piątek, 31 sierpnia 2012

Odcinek 436: Anna Kowalska, 1944 rok

Z dziennika Anny Kowalskiej

31 sierpnia 1944 roku
Ul. Koszykowa od strony Mokotowskiej w czasie Powstania.
Miesiąc już trwa powstanie. Od wczoraj nie ma wody. Niemcy zajęli pompy. Rano z panną Bieńkiewiczówną przeszłyśmy posterunek, który nas onegdaj zatrzymał, domagając się przepustki. Przyniosłyśmy trochę żywności z Polnej. Samoloty rano zrzucały bomby, raczej zdaje się małe. Ludność opiumuje się prasą i z niezrozumiałą wprost łagodnością znosi wszelkie udręki i cierpienia. Jerzy [mąż] przeprowadza książki z górnych sal  [Kowalscy wraz z Marią Dąbrowską i Stanisławem Stempowskim przenieśli się do Biblioteki Publicznej przy ulicy Koszykowej], zrzuca deski na podwórze z tego pokoju, do którego wpadła „krowa. Wczoraj wyciągnął spod gruzów płaszcz pocisku, spoczywający na bedekerach. Ma kilku chłopaków do pomocy, ale pracuje przeważnie sam, bo chłopcy są słabi i niechętni. AK przymusowo bierze ich do pracy, głównie przy barykadach.
Dziś na dziedzińcu biblioteki przybył drugi grób, nieznajomy zabity w przejściu przez Marszałkowską. Na grobie palą się świece. Ludzie przesunęli palmę. Oto nasze patio. AK przeszła do defensywy na wielu odcinkach. Na Starym Mieście cofnięto się. Zdaje się, że znowu oszczędzają amunicję jak na początku. Ale teraz chłopcy czekający z butelką benzyny na tank - nie patrzą już na niebo. Niebo jest równie wrogie jak ziemia. [...]
Tylko coś niespodziewanego może ocalić Warszawę, bo brak amunicji, wody i jedzenia, zupełna obojętność świata każą myśleć o najgorszej ewentualności. Warszawa znajduje się w wojnie z Niemcami.
Siedzę na dyżurze nocnym od dwudziestej do pierwszej. Jest ciepło. Ciepły wiatr szumi w liściach wina. Chwilami słychać świerszcze, dalekie gwizdy lokomotyw. Bliskie i dalekie salwy. Jedwabne rozdzierające cio” kul karabinowych. Przechodzą żołnierze. Młoda para: dziewczyna w kombinezonie z opaską i żołnierz. Dla nich powstanie jest radością.
Męczący jest dwoisty stosunek do wydarzeń: uczucie lojalności do walczących, do ciągłej tradycji i losu polskiego, a jednocześnie wstręt do rzeczy nieudanych, do ciągłych klęsk i niepowodzeń.
Kartka z kalendarza Powstania: 31 sierpnia 1944 rok..

Anna Kowalska, Dzienniki 1927-1969, Iskry 2008, s. 81-82.

czwartek, 30 sierpnia 2012

Odcinek 435: Agnieszka Osiecka, 1964 rok

List Agnieszki Osieckiej do Jeremiego Przybory

Warszawa, dnia 30 sierpnia 1964 roku
Drogi Jeremi

Jeżeli jesteś już taki stary jak ja, to chyba sam się domyślasz, że ten mój ostatni, zbyt długi wyjazd jest wyjazdem znaczącym... Nie to, że mi powiedziałeś w Bristolu, że nie możesz się ze mną ożenić. Ja się przecież nie upieram... Ale ta długa nieobecność i to dzisiejsze milczenie, już z Warszawy, jest czymś w rodzaju terapii przeciwko Tobie w ogóle.
To wszystko przez ten wysoki ton, który wzięliśmy (wziąłeś) na samym początku.
I stało się coś okropnego: wszystkie formy pośrednie są między nami niemożliwe.
Właściwie „wszystko” albo „nic”.
Więc tak chodzimy ze sobą i, nie umiejąc przestać, narażamy się na to, że całą jesień przetańczymy na dansingach, a zimę przemarzniemy na Wybrzeżu Kościuszkowskim, żeby przez cały przednówek martwić się w Ogródku Europejskiej. O lecie nie mówię.
W moim wieku to nie ma już sensu.
Więc proszę Cię, trochę płacząc: Nie dzwoń już do mnie.
Już nigdy nie zobaczysz mych oczu za mgłą, odchodzę smutna, zła
Agnieszka
Agnieszki Osieckiej i Jeremiego Przybory Listy na wyczerpanym papierze, oprac. Magda Umer, Agora 2010, s. 62.

środa, 29 sierpnia 2012

Odcinek 434: Miron Białoszewski, 1978 rok


Z dziennika Mirona Białoszewskiego

Skopje, 29 sierpnia 1978 roku
[...] Zjazd [festiwal poezji] się kończy. Zawieźli nas na upał pod daszki na długi nudny obiad. Obok motel i jezioro między samymi kamieniami. W Ohrydzie [sic!] w starym soborze, prostokątnym, nie centralnym, Świętej Zofii, późnym wieczorem, a właściwie w nocy, odbyło się wręczenie nagrody i tak zwana koronacja starego poety hiszpańskiego Albertiego. Alberti dostał nagrodę za swoją twórczość poetycką. Stał we wnęce głównej cerkwi pod Mądrością Bożą z wyciągniętymi rękami na fresku. Sam wyglądał w długich siwych włosach, z wyciągniętymi rękami i przemawiający patetycznie jak Bóg Ojciec. W rzędach krzeseł w cerkwi, w światłach siedzieli eleganccy ludzie, intelektualiści rozmawiający wszystkimi językami świata. Damy w oryginalnych sukniach.
Ja chodziłem po kruchcie oddzielonej od reszty murami. W cieniu oglądałem freski jeszcze nieodnowione. Różne postacie białe, w pochodach, a przez prześwi­ty oglądałem całą uroczystość, chodząc.
Ochryda, Sobór św. Zofii.

W Skopie [sic!] dzisiaj czytanie wierszy na tureckiej górze. Nad twierdzą turecką. W różnych językach świata. Wsiedliśmy do autobusu, żeby nas tam zawiózł. Zobaczyłem Rumunkę, która przedtem za każdym razem z kim innym szła i mówili, że co kilka godzin zmienia partnera do flirtu. Teraz siedziała uśmiechnięta w dziw­nym, jakby ślubnym stroju. Ktoś mi powiedział, że ona jest w stroju ludowym ru­muńskim. W kolorowym welonie. Na tureckiej górze noc, w dole światełka miasta, pod podcieniami ustawili nas, a właściwie usadzili w osobne rzędy krzeseł, naprzeciwko rzędy krzeseł z widownią. Pośrodku estrada. Oryginał czyta autor, po jednym wierszu, tłumaczenie po macedońsku czyta aktor albo aktorka. Pierwsza wystąpiła Brazylijka, ciemna, w czerwonej sukni. Potem Francuz czytał jakiś nudny wiersz o braku broni. Poświęcony partyzantom tutejszym, wspomnieniowy. Ten wiersz wszystkich nudził, jak i większość innych. Niektórzy czytali wiersze napisane tu i poświęcone Macedonii. Rumunka mówiła coś nastrojowo o księżycu

– Luna – luna

Ja przeczytałem szybko i rytmicznie Wywód jestem’u. Już po polsku miałem spore brawa, co mnie zdziwiło. Aktorka przeczytała to po macedońsku bardzo dobrze. Uśmiechy ze śmiechami. Czyli żywy odbiór. Tłumaczył ten wiersz nasz opiekun – Macedończyk. Podobno było mu trudno przetłumaczyć, ale mi się wydawało, że ten przekład mu wyszedł dobrze. [...]
Miron Białoszewski, Tajny dziennik, Wydawnictwo Znak 2012, s. 558.

wtorek, 28 sierpnia 2012

Odcinek 433: Menu z podróży statkiem M/S „Piłsudski”

Menu z podróży statkiem M/S „Piłsudski”

28 sierpnia 1938 roku


Restauracja na górnym pokładzie M/S „Piłsudski”.
M/S „Piłsudski”.
Źródło.

Za dzisiejszą notkę serdecznie dziękujemy Ani (Czytanki Anki).



poniedziałek, 27 sierpnia 2012

Odcinek 432: Jan Sobieski, 1667 rok

List Jana Sobieskiego do żony, Marii

Au camp, 27 sierpnia 1667 roku
– Mnie na pogrzebie [królowej Ludwiki Marii, żony Jana Kazimierza] być w Krakowie nie przyjdzie, bo nieprzyjaciela co godzina już tylko wyglądamy, a królowi na złość nie tylko wojsko zwinęli, ale i wszystkie jego regimenty zwinęliby mu byli, gdybym ja z obozu nie był nadjechał. Nie będzie nas tedy w polu, jak siedm tysięcy, a nieprzyjaciela najmniej sto dwadzieścia tysięcy, bo i Turków jest już kilkanaście tysięcy przy nich. Pospolitego ruszenia wszyscy gwałtem się napierają, którego się dwór boi; i tak zginiemy dlatego. Posłałem Piwa [dowódcę regimentu] w kilka chorągwi ku Białej Cerkwi, gdzie się przebrać nie mógł, ale mu się w drodze bardzo poszczęściło: Tatarów bił, ludzi wszystkich odgromił [odbił wziętych w jasyr] i niemało więźniów nabrał. —
Aleksander Orłowski, Walka wojsk pancernych z Tatarami.
Jan Sobieski, Listy do Marysieńki, oprac. Leszek Kukulski, t. 1, Czytelnik 1973, s. 216–217.

niedziela, 26 sierpnia 2012

Odcinek 431: Władysław St. Reymont, 1900 rok


List Władysława St. Reymonta do Wandy Szczukowej

Warszawa, niedziela, 26 sierpnia 1900 roku
Wanda!
Władysław St. Reymont.

Za kwiaty, które już parę tygodni temu dostałem, a zaraz po adresie wiedziałem, że to od Ciebie, dziękuję Ci bardzo.
Myślałem, że jesteś w Warszawie, tak że cały tamten dzień oczekiwałem na Ciebie. Później dopiero zrozumiałem, że musiałaś kazać je przysłać.
O, nie, pieniędzy teraz mi nie potrzeba. Ale za Twoje dobre i życzliwe chęci dziękuję Ci całą duszą.
A ja jeszcze wciąż jestem w szpitalu, ale mam go już tak dosyć, że z niecierpliwością oczekuję na pasport. Otrzymawszy go wyjadę natychmiast.
Odwozi mnie i pozostaje ze mną Lange poeta i jedna z sióstr moich. Jadę na pobrzeża Adriatyku, bo tam będzie cicho i spokojnie, a zdaje mi się, że tam wyzdrowieję rychło. Prawdopodobnie zamieszkam na Lido obok Wenecji. Będę miał kąpiele morskie i różne zakłady lecznicze przy sobie, a miasto, które bardzo lubię, o dwadzieścia minut drogi.
Ale nie czuję się dobrze. Trochę zacząłem chodzić, chociaż z pomocą.
Do wszystkich moich nędz, z tej katastrofy płynących, przyszła nowa – miałem bardzo potłuczone nogi, pókim leżał, dokuczały mało – ale teraz, gdy chodzić zacząłem, pokazało się, że w stawach kolan porobiły się jakieś wysiękowe historie. Jeśli się to rozszerzy – to nie chcę już myśleć o tym.
Widzisz, jakim ja teraz niedołęgą!
Nie chcę już myśleć o tym ani pisać, tak mnie to uczucie własnej niemocy rozdrażnia.
Ale za wiadomości o sobie i Twoich dziękuję Ci całym sercem.
Wyjadę w tych dniach i prosto do Wiednia, tam tylko odpocznę i ruszę dalej.
Z Wenecji napiszę.
A gdybyś chciała napisać tam do mnie?
Napisz: Poste-Restante Zakopane, a później przyślę Ci szczegółowy adres.
Do widzenia. Całuję Twoje dobre ręce całą najgłębszą przyjaźnią i życzliwością.
Szczerze oddany
Wł. St. R
Władysław St. Reymont, Miłość i katastrofa. Listy do Wandy Szczukowej, oprac. Tomasz Jodełka-Burzecki, Państwowy Instytut Wydawniczy 1978, s. 82–83.

sobota, 25 sierpnia 2012

Odcinek 430: George Byron, 1819 rok

List George'a Byrona do hrabiny Teresy Guiccioli

Bolonia, 25 sierpnia 1819 roku 


Hrabina Teresa Guiccioli.
Kochana moja Tereso, czytałem tę książkę w Twoim ogrodzie — miła moja. Ciebie tam nie było, bo inaczej nie mógłbym jej czytać. To Twoja ulubiona książka, a autorka była mi przyjacielem. Nie zrozumiesz tych angielskich słów i inni ich nie zrozumieją — z tego to powodu nie nagryzmoliłem ich po włosku. Ale poznasz pismo tego, co Cię namiętnie kochał, i zgadniesz, że nad książką, która należy do Ciebie, potrafił myśleć tylko o miłości. W tym słowie, pięknym  we wszystkich językach,   ale  najpiękniejszym   w  Twoim  —  Amor  mio  — zawiera się moje istnienie i na tym świecie, i na tamtym. Czuję, że  istnieję  tutaj,  i  obawiam się,  że  będę  istniał po  śmierci —  i  Ty  zdecydujesz po co. Przeznaczenie moje spoczywa w Twoich rękach, a Ty jesteś kobietą siedemnastoletnią i od dwóch lat poza klasztorem. Naprawdę, wolałbym, abyś tam pozostała   albo  przynajmniej, bym Cię nigdy nie był spotkał jako mężatki.
Ale na to wszystko za późno. Kocham Cię i Ty mnie kochasz, a przynajmniej tak mówisz i postępujesz tak, jak byś mnie kochała, co jest w każdym razie wielką pociechą. Ale ja Cię więcej niż kocham i nie mogę przestać kochać.
Pomyśl o mnie czasami, kiedy Alpy i ocean będą nas dzieliły — ale nigdy nie rozdzielą, chyba że Ty tego zechcesz.
Byron

George Byron, Listy i pamiętniki, tłum. Z. Kubiak, S. Kryński, B. Zieliński, H. Krzeczkowski, M. Skroczyńska, Państwowy Instytut Wydawniczy 1960, s. 235-236.

piątek, 24 sierpnia 2012

Odcinek 429: Francis Scott Fitzgerald, 1940 rok


List Francisa S. Fitzgeralda do córki, Scottie

1403 North Laurel Avenue Hollywood, Kalifornia
24 sierpnia 1940 roku
Kochana Scottino,

Wyobrażam sobie to przyjęcie. Pamiętam, jak wkrótce po ślubie zabrałem Zeldę do młodych państwa X i o mało nie umarliśmy z nudów, chociaż na ogół od początku bywaliśmy w domach lepszych o parę pięter od menage przeciętnego biznesmena. Biznes – jakież to nudne zajęcie! A jak wysoką cenę w ludzkich war­tościach płaci się za dobry biznes! [...]
Tak czy inaczej zdaje mi się, że masz dość rozumu, żeby zauważyć, że X ma dobrze w głowie. Wyższe wy­kształcenie daje Ci ogromną przewagę nad dziewczy­nami, bo większość z nich wcale się nie spieszy pójść w Twoje ślady. Wszystko jest kwestią proporcji. Jeżeli wyjdziesz za oficera, połowę życia spędzisz na biciu pokłonów przed gorszymi od Ciebie, zanim Twój mąż nie awansuje wysoko. Jeśli – na co są szansę – po­ślubisz człowieka interesu – bo dziś ta sfera działalności przyciąga większość energicznych i interesujących chłopców, to będziesz musiała rozgrywać swoje karty w sposób właściwy dla hierarchii kół przemysłowych. Dlatego nie tracę nadziei, że życie umieści Cię wśród prawników albo ludzi, którzy wejdą do polityki czy wielkiej publicystyki. Żyją oni swobodniej i z więk­szym rozmachem.
Reklama to gang, podobnie jak film i giełda. Nie możesz pozostać uczciwym, kiedy wiesz, że Twój za­wód w samym założeniu nie daje społeczeństwu nic prócz wartości moralnie ujemnych – najprościej biorąc – i polega na karmieniu łatwowiernej publiczności podejrzanymi obietnicami. [...] 
Francis Scott Fitzgerald i mała Scottie.
Niewiele mi piszesz o poglądach X. Czy sprzeciwiałby się Twojej pracy zawodowej poza domem? Domyślam się, że ma wdzięk osobisty i konwencjonalne zalety, niezbędne dla powodzenia w interesach, ale prócz tego, czy to jest jakaś indywidualność? Czy ma charakter? Albo wyobraźnię? Czy jest szlachetny? Czy czyta książki? Czy interesuje się czymś oprócz wygód życiowych i polowania na kaczki – sztuką, nauką? Krótko mówiąc – czy są w nim jakieś możliwości rozwoju, dzięki którym życie z nim będzie ciekawe? To nie przychodzi później, tylko albo jest dane człowiekowi od razu, albo się nigdy nie objawi.
Pytam wcale nie po to, żeby otrzymać odpowiedź, tylko jeszcze raz zwrócić Ci uwagę, że jeżeli jest to typ przeciętny, to za rok znajdziesz takich więcej – więcej niż kiedykolwiek – a osiemnaście lat to raczej wcześnie na jakiekolwiek poważne zobowiązania. [...]
Kochanie, nawet żartem nie mów: „chyba się załamię”, gdy mówisz o duchowych rozterkach, jakie mogą Cię czekać w najbliższych kilku latach. Czyżby Twoje pokolenie było aż tak słabe, że czuje się kompletnie wykończone, gdy tylko stwierdzi, że życie nie zawsze jest serią pięknych czy łatwych decyzji. W Twoim pokoleniu, w pokoleniu Twojej matki i babki większość dziewcząt musiała podejmować trudne decyzje mając Twoje lata i nie bądź niemądra – nie spotyka Cię nic wyjątkowo trudnego. Chłopcy też nie są lepsi – niektórzy, gdy dostają powołanie do wojska, mają natychmiast roztrzęsione nerwy. Ale Ty przecież nie jeden już orzech miałaś do zgryzienia, więc skąd to rozczulanie się nad sobą, którego nie znoszę. Spójrz odważnie rzeczywistości w oczy i trzymaj głowę tak jak należy: do góry.
Całuję czule
Papa
[...]
Francis Scott Fitzgerald, Listy do córki, tłum. Ariadna Demkowska-Bohdziewicz, Czytelnik 1982, s. 143–146.

czwartek, 23 sierpnia 2012

Odcinek 428: William Faulkner, 1925 rok


List William Faulknera do matki

Paryż, niedziela, 23 sierpnia 1925 roku
Droga Mamo,

Jestem w trakcie pisania nowej powieści, wielkiej powieści. To coś zupełnie nowego. Przyszło mi do głowy dopiero przedwczoraj. Odłożyłem tę o moskitach i nie sądzę, żebym był na tyle dorosły, żeby ją tak napisać, jak powinna być napisana. Za mało wiem o ludziach.
Paryż, "Cafe du Dome", 1925 rok.

Tutaj zimno, nikt w ogóle nie chodzi w strojach z Palm Beach. Ubrania nosi się wełniane, zwykle kamizelkę, a wieczorem płaszcz. I całkiem tu tanio. Mój pokój, duży, wychodzący na podwórze i niedaleko od Ogrodów Luksemburskich, kosztuje 11 franków dziennie, czekolada z rogalikiem na śniadanie 1,50, chleb i ser, które zjadam u siebie w pokoju albo w ogrodzie, dwa franki, tak że mam 6 albo 7 franków na dobry obiad i utrzymuję się za 20 franków dziennie. Jeden frank to 5 centów.
Już od trzech dni pada, ale się tym nie przejmuję, dopóki mogę siedzieć w swoim pokoju i pisać. Myślę, że tę powieść skończę do listopada.
Francuzi są zwariowani na punkcie dzieci. Dorośli z dziećmi na ulicy albo w ogrodzie to strasznie fajny widok. Mam nadzieję, że jutro odbiorę swoją walizkę z biura Ekspresu. Wysłałem ją do Paryża z Genewy brzez cały czas od tamtej pory używam 2 wełnianych koszul, 2 par skarpet i 2 b.v.d. [krótkich kaleson firmy B.V.D.]. Pozdrowienia dla wszystkich. Zastanów się i napisz, czy jest coś, co chciałabyś, żebym Ci tutaj kupił.
Billy
William Faulkner, Listy, tłum. Ewa Życieńska, Czytelnik 1983, s. 18–19.

środa, 22 sierpnia 2012

Odcinek 427: Jan Lechoń, 1954 rok


Z dziennika Jana Lechonia

22 sierpnia 1954 roku
Nic nie robiłem – i czuję, że potrzeba mi właśnie próżniactwa. Zgubiłem się w Nowym Jorku, jak tylu ludzi, jak tyle milionów ludzi i chcę się znaleźć, jak mówili nasi poczciwi polscy marzyciele, „na łonie natury”. [...]
Nowy Jork, 1956 rok.
 
Nie modliłem się dotąd nigdy o powrót do Polski. Trzeba to jakoś robić – bo już teraz tylko na Boga można liczyć, który jest wprawdzie wysoko, ale bliżej nas niż Churchill i Eisenhower.
Jan Lechoń, Dzienniki, t. 3, Państwowy Instytut Wydawniczy 1993, s. 443–444.

wtorek, 21 sierpnia 2012

Odcinek 426: Zofia Broniewska, 1924 rok

List Zofii Broniewskiej do syna, Władysława

21 sierpnia 1924 roku
Kochany Władziu!

Wczoraj przed wieczorem przybyłyśmy z Janką do Warsz[awy] dla załatwienia kilku sprawunków, dziś rano miałyśmy powrócić do Choszczów[ki] – tymczasem nieustanny deszcz zatrzymuje nas w domu, tak że może nawet wcale dziś nie wyjedziemy. List Twój pisany w wiedeńskiej kawiarni zastałam i widzę, iż tak Cię praca biurowa [w konsulacie w Pradze] zniechęciła i przygnębiła, że nawet tak piękne miasto, jakim jest Praga, nie podobało Ci się. Tak, mój kochany, nigdy nie pracowałeś systematycznie i nie możesz się do tej roboty wciągnąć, a jednak Twój kolega, p. D., jest już tam drugi rok, pracuje i nie ma zamiaru zmieniać. Przed chwilą był p. Mierzejews[ki] w sprawie swoich listów [...].
Otóż wziął on Twój adres [...]. Możliwe zatem jest, iż w Pradze otrzymasz list z Paryża z propozycją objęcia tam innego rodzaju zajęcia.
Prawdopodobnie praca dziennikarska bardziej odpo­wiadałaby Twemu usposobieniu i zamiłowaniu, ja jednak nie radziłabym Ci przyjmować takowej, gdyż przy Twoich wielkopańskich zachciankach i absolu­tnym braku zmysłu praktycznego stale klepałbyś biedę przysłowiowego literata.
Władysław Broniewski.
Moja rada zatem jest taka, żebyś przynajmniej do października przesiedział w konsulacie; jeśli udałoby Ci się otrzymać posadę w poselstwie, to najpierw zbadaj, jakiego rodzaju i ilogodzinne zajęcie, żebyś tak sobie, jak i ludziom, nie zawracał głowy i nie robił zawodu, a gdy i z tym Ci się nie uda, wracaj od października na warszawski uniwerek. Co się tyczy Twoich spraw finansowych, to na drugi czy trzeci dzień po Twym wyjeździe przysłał krawiec ostrzeżenie, że weksel sprzeda, o ile do 9 bm. nie zostanie wykupiony. Toteż w sobotę dziewiątego odebrawszy emeryturę udałam się na Polną i wręczyłam krawcowi 50 złp., a weksel wycofałam. Zosia załatwiła Twą sprawę w czytelni, zdaje się bez kosztów, przez znajomość z p. Tosią. Zapytujesz w swym liście, czy odebrałam pieniądze za Virtuti; naturalnie, że nie, wszak nie zostawiłeś żadnego dowodu na odbiór, jak również nie wiem, w której kasie wypłacają. [...]
Deszcz przestaje padać, zatem wracamy jeszcze dziś na wieś.
Nie rób mi wstydu i przynajmniej do października zostań w konsulacie, o Paryżu nie marz i nie wybieraj się przed skończeniem uniwersytetu w kraju.
Ściskam Cię serdecznie.
Twoja kochająca Cię
Matka
Czy kupiłeś sobie coś z bielizny?
Od bliskich i dalekich. Korespondencja do Władysława Broniewskiego 1915–1930, oprac. Feliksa Lichodziejewska, Państwowy Instytut Wydawniczy 1981, s. 125–127.

poniedziałek, 20 sierpnia 2012

Odcinek 425: Karol Szymanowski, 1905 rok


List Karola Szymanowskiego do Henryka Neuhausa

Tymoszówka, 20 sierpnia 1905 roku
czwartek
Karol Szymanowski.
Hariczku najdroższy.
Powodem mego milczenia jest kompletne obałwanienie przez forsowną pracę ostatnich dni nad Uwerturą, siadywałem czasami po 5-7 godzin; dopro­wadziło mię to do takiej okropnej impotencji duchowej, że skończywszy ją, omal nie myślałem o samobójstwie. Dotychczas nie przyszedłem do normy i przeważ­nie zabijam czas jak mogę przepisywaniem partytury, paleniem i czytaniem głupich powieści i Romantyków, przy czym przekonałem się, że Krasińskiego nienawidzę, a Słowacki bywa czasami głupi i napuszony jak paw! Dlatego list Twój przyszedł trochę nie w porę i znów zabiorę się do porządnego odczytania go. Najwięcej mię ucieszył nagi fakt, że na serio myślisz o tym, co uważałem za jedyne wyjście dla Ciebie, to jest o pisaniu i że to będzie w największej zgodzie z tym, co pisałeś w liście o stosunku do mnie, tylko na wielką skalę, bo ileż takich „mnie" może być na świecie. [...] Bądź „litościwym” i pisz do mnie, jeżeli możesz (ciekawy jestem, co chciałeś dodać?), nie czekając na duży list ode mnie, bo rzeczywiście, co ja Ci w moim obecnym (chwilowym, mam nadzieję) stanie mogę napisać, co warto by było przeczytać?! Cieszę się obecnie jedynie stwierdzeniem zdolności do samopogardy, choć to wygląda na paradoks. [...] Ściskam serdecznie Ciebie, a Ty ode mnie swoich. Czekam listu albo Ciebie
K. Szymanowski
Karol Szymanowski, Korespondencja, t. 1, oprac. Teresa Chylińska, Polskie Wydawnictwo Muzyczne, 1982, s. 64-65.

niedziela, 19 sierpnia 2012

Odcinek 424: Samuel Pepys, 1660 rok


Z dziennika Samuela Pepysa

19 sierpnia 1660 roku, niedziela
Dzieci króla Anglii Karola I,
mal. Anthony van Dyke, 1637 rok.
Rano żona mi powiedziała, że suczka urodziła cztery szczeniaki i miewa się dobrze, acz żona była w strachu, czy nie zdechnie przy tym porodzie, ile że pies, co je spłodził, był bardzo wielki. Tego ranka sir W. Batten, Penn i ja poszliśmy do zakrystiana z żądaniem ławek dla Urzędu [Marynarki] w kościele, których na poczekaniu dać nam nie mogli, ale powzięli rezolucję, że zbudują dla naszych urzędników osobną galerię. Potem na nabożeństwie i słuchaliśmy kazania pana Millesa, bardzo dobrego ministra. Do domu na obiad, gdzie żona przyodziała się w nowe szatki, które wczoraj kupiła, i w samej rzeczy materia i galoniki są przednie, ale przy jasnej barwie srebrne obszywki nie nadto świetnie się prezentują. Pan Creed i mój brat Tom obiadowali z nami. Po obiedzie żona przyniosła nam pokazać szczeniaki, które są bardzo wdzięczne. Kiedy goście odeszli, poszedłem na górę, by ułożyć moje papiery, a ujrzawszy suknie żony porzucone w nieładzie, rozgniewałem się na nią, co mnie potem gryzło.
Dziennik Samuela Pepysa, t. 1, tłum. Maria Dąbrowska, Państwowy Instytut Wydawniczy 1954, s. 91.

sobota, 18 sierpnia 2012

Odcinek 423: Ewa Felińska, 1839 rok

Ze wspomnień Ewy Felińskiej, zesłanej do Berezowa na Syberii

18 sierpnia 1839 roku
Syberyjski szaman.
[...] Szamany są to kapłani wywierający wielki wpływ na umysły Ostiaków, tak przez posiadanie pewnych sekretów, jak przez swe proroctwa. W rodzie szamanów przechowuje się z pokolenia w pokolenie nauka pewnych sztuk kuglarskich, które uderzając swą cudownością umysły ludu nieoświeconego, służą niby za dowód  bezpośrednich  stosunków tych kapłanów ze światem innej natury. Mówiono mi, że szamani w obecności Ostiaków, a rzadko Ruskich, wbijają nóż w piersi człowieka, który po wyjęciu nie zostawia żadnego śladu. Że odcinają członki, które się zrastają siłą cudowną, że palą bumażki w oczach widzów, a potem je całe wygrzebują z popiołu, i inne robią dziwne sztuki. Nie widziałam sama żadnej ze sztuk wymienionych,  bo szamani są ostrożni i aby skłonić do działania, trzeba wprzód posiąść ich zaufanie. Ale mi rozpowiadali ci, co się mienili być świadkami naocznymi.
U nas sztuki podobnej albo i większej siły straciły swe znaczenie nawet w klasie najciemniejszego pospólstwa, bo Żydki będąc w posiadaniu onych i pokazując je za kilka groszy, oswoili wyobraźnię, zniżyli ich znaczenie. Ale w tamtych stronach Ostiacy, a nawet Ruscy wszystkich klas, biorą je za objawy wiadomości nadprzyrodzonych.
Wiara w nadprzyrodzoność jest w obiegu wszystkich mieszkańców tamtej okolicy; niewiadomość skrywając granice możnego nastraja dziwnie wyobraźnię i usposabia do wierzenia we wszystko, co zadziwia. A nawet im opowiadania są dziwniejsze, im bardziej rozmijają się z prawdopodobieństwem, tym chciwiej są  słuchane, uprzejmiej przyjęte i gorliwiej bronione. Zapewniano mię, że szamani rozrąbują często człowieka w drobne kawałki, później składają rozerwane cząstki, a używszy pewnych znanych przez siebie sposobów, wracają do życia posiekanego. Na przekonanie przytoczono mnóstwo podobnych wypadków.
Wróżbiarstwo szamanów zachowuje dotąd wielką wziętość między mieszkańcami tamtej okolicy różnych wyznań. Nie tylko Ostiacy, ale i Ruscy przybiegają do nich po odkrycie przyszłości w znaczniejszych wypadkach życia i odchodzą prawie zawsze zadowoleni przekonani o prawdzie. Szamani utrzymują swe znaczenie tą polityką, że nie poniewierają swej sztuki na zawołanie każdego. Trzeba wiele próśb, starań i zachodów, nim szaman skłoni się do wróżenia. Przy tym nie wróżą darmo ani za lada co; tym sposobem ograniczają zbyteczną ciekawość. Za każde wróżbiarstwo nie biorą mniej nad wartość rena, którego cena odpowiada, jak wyżej powiedziałam, 5 r. asygnacyjnych i jest znacznym majątkiem dla ubogiego Ostiaka. Dla tych przyczyn przybiegają tylko do wróżbiarstw w ważnych zdarzeniach,  przez  co  tak prorocy  jak  i  proroctwa zyskują na poważaniu i mniej są na szwank wystawione.
Szaman przed jurtą.
Rozpowiadał mi jeden z większych urzędników duchownych obrządku greko-rosyjskiego, który skądinąd światłem o wiele przewyższał swoje owieczki, że raz, objeżdżając z obowiązku podwładne mu parafie, zawieją został zmuszony szukać schronienia w jurcie ostiackiej będącej nie opodal jego drogi. Gdy został przyjętym, dowiedział się od swych przewodników, że się znajduje w jurcie sławnego w owej okolicy szamana. Zawieja nie ustawała. Duchowny był przymuszony zabawić dni kilka w gościnnej jurcie. Więcej z nudy niż z ciekawości przyszło mu na myśl prosić szamana, aby powróżył, ale ten, wiedząc jakiego stanu był gość jego, taił się ze swą sztuką, bojąc się odpowiedzialności. Gdy jednak za bliższym poznaniem duchowny pozyskał ufność szamana, ten ostatni dał się uprosić.
Widno, że wróżbiarstwo szamana wielkie zrobiło wrażenie, gdy nawet po upłynionych latach kilku, kiedy mi rozpowiadał, nie mógł zachować krwi zimnej. Mówił, że oprócz wykazania przeszłości, którą odgadł najtrafniej, przepowiedział mu jeszcze bliską zmianę jego losu oraz śmierć syna pełnego nadziei, zamęście i śmierć córki.
„Wszystko się sprawdziło — dodał duchowny z melancholicznym wyrazem. — Zostałem przeniesiony z miejsca, które zajmowałem, na inne wtenczas, kiedy mi się ani śniło, i to bardzo prędko po zrobionej wróżbie; później straciłem syna pełnego nadziei i córkę. Jednym słowem, wszystko się spełniło aż do drobiazgów. Spełnienia reszty oczekuję spokojnie, nawet godziny śmierci, która ma nadejść niebawnie. [...]
Ewa Felińska, Wspomnienia z podróży do Syberii, pobytu w Berezowie i Saratowie  [w:] Zofia Trojanowiczowa, Sybir romantyków, Wydawnictwo Literackie 1992, s. 333-338.

piątek, 17 sierpnia 2012

Odcinek 422: Krystyna Wańkowiczówna, 1941 rok


List Krystyny Wańkowiczówny do siostry, Marty

17 sierpnia 1941 roku
Krystyna Wańkowicz
(1919–1944).
Siedzę teraz na małej, bardzo zielonej łączce na skraju Puszczy Kampinoskiej. Tyle tylko wiem o miejscu mego biwaku, bom się tłukła całe rano jakimiś zakazanymi ścieżkami przez bajora i dziurawe mostki puszczy, aż straciłam orientację i zupełnie nie wiem, w jakim kierunku i w jakiej odległości jest dom.

Od dwudziestu czterech godzin zachowuję się jak krnąbrna pokojówka, a raczej jak zbuntowana dziopa do wszystkiego. Wszystkiemu winien sierpień. Pyszny miesiąc. Jarzębiny są już dawno czerwone, a przedwczoraj, na Zielną, na wsi tam pewnie oni pojechali do Olchowca na mszę z bukietami kwiatowo-kłosowo-owocowo-jarzynowymi. I ścierniska na święcickim gaju są najlepsze do galopów, bo podorywki jeszcze pewno nie zaczęte. W sierpniu upały są najbardziej nasycone i w żadnym innym miesiącu tak głębokie i wilgotne cienie nie leżą pod drzewami w suche, gorące dni. I żadne inne noce nie mają takiego ciemnego nieba z lecącymi gwiazdami, ani ogórków z miodem, ani pierwszych jabłek, ani takich niebieskich zmierzchów. I jeszcze nigdy sierpnia nie spędzałam w Warszawie...
Każdego roku o tej porze, kiedy zwoziło się ostatnie zagraby ze ściernisk, a pola czerniały od pierwszych podorywek, ciotka Maria mawiała, że powietrze jest jesienne, choć słońce grzało jak w czerwcu. Wtedy serce ściskało się straszliwym żalem za końcem wakacji. I wtedy było najrozkoszniej. Czy nie myślisz, że przyjemność wtedy jest najpełniejsza, gdy obok niej stoi smutek, gdy jest tym smutkiem jakby podkreślona? Dlatego lubię sierpień, że w żadnym innym miesiącu nie ma takiego natężenia radości dojrzałego, pełnego lata i tak intensywnego smutku lata przełamującego się ku jesieni jednocześnie.
Wczoraj, po okresie deszczowym, pierwszy raz wylazło na niebo słońce. Chwyciły mnie wakacyjne wspomnienia i już rano, przy motykowaniu kartofli na działce, ruszałam się jak mucha w smole, a głupie wekowanie fasoli zajęło mi całe popołudnie. Na te weki chyba kto zły urok mi rzucił: wszystkie butle mi pękły w gotowaniu, korki strzelały z hukiem w górę, rozlała się woda. Grzebałam się z tym do nocy. Uporawszy się wreszcie, wściekła i zmordowana, wypełzłam z kuchni na taras i... rozdziawiłam usta z zachwytu. Bo noc była całkiem niewarszawska. Ciepła. Z powodu godziny policyjnej cicha i pusta. Z powodu zaciemnienia – czarna zupełnie. Ogródek pachniał maciejką, petuniami i rosą. Gwiazdy leciały po ciemnym niebie tak prędko, że zanim zdążyłam wypowiedzieć życzenie, już gasły i tylko jedna smuga była po nich na niebie. Wywlekłam polowe łóżko na taras ku zgorszeniu domowej gawiedzi, żeby przed zaśnięciem załapać bodaj jedną gwiazdę i wypowiedzieć życzenie. Ale że kości bolały od okopywania grzęd, zasnęłam, ledwom się przyłożyła do poduszki. Tak więc i życzenie licho weźmie.
Kiedym się obudziła, słońce świeciło mi prosto w twarz, a pęd dzikiego wina, spuszczający się z zielonego dachu nad tarasem, jeździł mi po nosie. Ranek był... Nie, nie truchlej! Opis ranka już nie nastąpi! Liczę się z Twoimi nerwami. Więc żeby znaleźć trafne a lakoniczne określenie: ranek był sierpniowy („rezeda pachnie jak rezeda”). Wy­skoczyłam z łóżka, które nie omieszkało się z hukiem zawalić, pogna­łam pod prysznic, wypiłam szklankę wczoraj zdobytego mleka, podpompowałam opony rowerowe i zwiałam szosą modlińską zostawiając nie posłane łóżko, brudne naczynia i cały ranny bałagan domowy na biednej głowie mamowej. Zapakowałam się na jakieś karkołomne leśne ścieżki, starym zwyczajem waląc się z rowerem w każdej głębszej koleinie, podrapałam łydki, obgryzły mnie komary, zgubiłam kierunek, w jakiejś leśnej chałupie wyżłopałam litr wody i zwycięsko wychynęłam na kraj lasu na jakąś słoneczną łoneczkę, na której się już dekuję dobre parę godzin. Mam mocne postanowienie nieruszania się stąd do wieczora. Leżę na trawie i dobrze mi.
Melchior i Krystyna Wańkowiczowie, Korespondencja, oprac. Aleksandra Ziółkowska, Twój Styl 1993, s. 108–109.

czwartek, 16 sierpnia 2012

Odcinek 421: Edmund i Juliusz de Goncourt, 1862 rok


Z dzienników Edmunda i Juliusza de Goncourt

16 sierpnia 1862 roku 
Felicien Rops, Stara służąca
z Antwerpii, 1874–1875.
O dziesiątej dzwonek. Słyszę rozmowę między sprzątaczką i odźwier­nym. Drzwi się otwierają, wchodzi odźwierny z listem: „Panowie, przynoszę wam smutną nowinę”. Biorę list, ma pieczęć [szpitala] Lariboisiere. Rose [służąca de Goncourtów] umarła dziś o siódmej rano.

Biedaczka! więc to koniec. Wiedziałem, że jest skazana; ale w czwartek widziałem ją żywą jeszcze, szczęśliwą niemal, wesołą... I oto jesteśmy obaj w salonie z tą myślą, którą wywołuje śmierć: „Już jej nie zobaczymy!” – myśl machinalna, która wciąż powtarza się w sercu.
Jaka strata dla nas, jaka pustka! Przyzwyczajenie, uczucie, oddanie dwudziestopięcioletnie, ktoś, kto znał całe nasze życie, otwierał listy pod naszą nieobecność, komu opowiadaliśmy wszystko. Bawiłem się z nią w serso, kupowała mi rożki z jabłkami na mostach. Czekała na Edmunda do rana, kiedy, jeszcze za życia matki, szedł na bal do Opery. Pielęgnowała cudownie matkę, która umierając złączyła jej ręce z na­szymi. Miała klucze do wszystkiego, prowadziła dom, robiła dla nas wszystko. Od niepamiętnych czasów stroiliśmy te same żarciki z jej brzydoty i braku fizycznego wdzięku. Od dwudziestu pięciu lat całowała nas co wieczór na dobranoc.
Dzieliła z nami radości i smutki. Była jedną z tych oddanych osób, o których się marzy, by zamknęły nam oczy. Znała nasze ciała, ich choroby i dolegliwości, wiedziała, jak o nas dbać. Znała wszystkie nasze przyzwyczajenia, wszystkie kochanki. Była częścią naszego życia, meblem w naszym mieszkaniu, tym, co pozostało po naszej młodości, czymś czułym, oddanym, gderliwym i czuwającym niczym wierny pies; była przy nas, wokół nas, i zdawało się, że odejdzie razem z nami.
Nigdy już, nigdy jej nie zobaczymy. Ktoś, kto krząta się w kuchni, nie jest nią; ona nie otworzy już nam drzwi, nie powie „dzień dobry”, wchodząc rano do sypialni! Wielka to dla nas strata! Wielka odmiana, która zdaje nam się jedną z tych uroczystych cezur w życiu, kiedy to, jak powiada Byron, los zmienia konie.
Edmund i Juliusz de Goncourt, Dziennik, tłum. Joanna Guze, Państwowy Instytut Wydawniczy 1988, s. 170–171.

środa, 15 sierpnia 2012

Odcinek 420: Mary Shelley, 1822 rok

List Mary Shelley do przyjaciółki, Marii Gisborne

15 sierpnia 1822 roku
Mary Shelley.
Obiecałam przesłać ci relację o ostatnich fatalnych miesiącach mego pełnego nieszczęść życia. W poniedziałek, ósmego, Jane otrzymała list Edwarda. Pisał w nim, że czeka na Shelleya [męża Mary], który jest w Pizie, „ale — dodawał — jeśli nie przybędzie do poniedziałku, przypłynę feluką, tak, że spodziewaj się mnie najpóźniej we wtorek, wieczorem. To był ten straszny poniedziałek, u nas przez cały dzień była burza i nawet do głowy nam nie przyszło, że mogliby wypłynąć w morze. Dotarły do nas wieści — wciąż żywiłyśmy nadzieję — gdyby jeszcze opisać ci całą śmiertelną udrękę, jaką znosiłyśmy, mogłabyś pojąć, czym jest bezmiar cierpienia — gdy każda chwila zdaje się nie do zniesienia, a jednak mija, by ustąpić następnej, jeszcze bardziej bolesnej. Powiedziałam do Jane: „Gdyby na brzegu znaleziono jakieś ślady, Trelawny wróciłby, aby nas zawiadomić. Nie wrócił, więc nie tracę nadziei. Wieczorem wrócił jednak — wszystko było skończone — znaleziono ich na brzegu. — Cóż, wszystko to trzeba było jakoś znieść.
Dzisiaj jest ten dzień  —  słońce świeci jasno — gdy [przyjaciele] udali się na opustoszałą część wybrzeża, aby oddać ostatnią posługę ich ziemskim szczątkom, jest to możliwe tylko pod warunkiem, że ciała zostaną na miejscu spalone na popiół.
Wkrótce będę musiała opuścić Italię — i wówczas — nastąpi kres wszystkiego prócz rozpaczy. Adieu. Mam nadzieję, że jesteś szczęśliwa.
Twoja na zawsze
Mary
Kremacja Shelleya, obraz Louisa-Edwarda  Fourniera.
Cyt. za: Frank McLynn, Sławne listy o ludziach i wydarzeniach zmieniających losy świata, Arkona 1995, s. 137.

wtorek, 14 sierpnia 2012

Odcinek 419: Józef Czechowicz, 1928 rok

List Józefa Czechowicza do Wacława Gralewskiego

[Brody] Nazaret, 14 sierpnia 1928 roku
Józef Czechowicz.
Drogi Wacku!
Podróż moja do Galicji była bardzo przyjemna. Jechałem drogą lądową przez Lwów, dzięki czemu ominęła mnie przyjemność obejrzenia Jaffy oraz morska choroba. Obecnie jestem w Brodach, nie bardzo podłym mieście, które wobec tej znamiennej cechy zidentyfikowałem z Nazaretem  (powinien bym właściwie zrównać Brody z Betlejem, ale mniejsza o to).
Żywią  mnie nieźle [Czechowicz przebywał na wakacjach u swej siostry Kazimiery i jej męża] i na pewno bym utył i ociężał o kilka kilo, gdyby nie dieta. Coś się we mnie popsuło i oto już trzeci tydzień żyję mlekiem słodkim, zsiadłym, prażonym oraz w innych postaciach. Z zapałem zajadam miejscowy przysmak tzw. sahlzstangle, co się po ludzku wykłada solodrągi. Są to bułeczki podłużne z solą i kminkiem.
Jadąc ze Lwowa ułożyłem prawie całą legendę. Za radą Krygiera chwytałem pomysły i zdania na gorąco i notowałem je. Zobaczymy, co z tego wyjdzie. A nuż system tego doświadczonego pissage'a jest słuszny?
Człowiek się całe życie uczy.
Ponieważ zamierzam tu siedzieć jeszcze czas jakiś, nie pogniewałbym się, gdybyś dał znak życia.
Czas spędzam dziwnie próżniaczo. Przeważnie leżę na słońcu pod daszkiem werandy pełnej kwiatów. Czego tu nie ma! Gladiole, fiołki alpejskie, tulipany, renensztok, figusy etc. Pszczoły brzęczą w tym gąszczu, niekiedy nawet bąk. A ja leżę godzinami, patrzę na chmurki, kwiaty i jest mi bardzo anielsko.
Siostra moja ma miłego męża. Razem urządzamy eskapady za miasto, śmiejemy się z byle czego, opowiadamy sobie kawały itp. Jest to typ bezradnością życiową przypominający Wydrę, a prostotą serca i poczciwością z kościami co najmniej mu dorównuje.
Kiedy oni wychodzą do kina, to ja rozkładam arkusik papieru, takiego samego jak ten, na którym teraz piszę, i szkicuję wiersze. Robota idzie dość ciężko. [...]Stosunki polskie zaczynają przypominać Olimpiadę. Wyjdzie taki as i niespodzianie wszystkich zaćmiewa. Gdybym tak zaczął po ukraińsku, zaraz bym wylazł na wierzchołek ich literaturki jako poeta laureatus. Tam jeszcze można bez konkurencji. Cóż, „życie jest piękne...
Byłem tu niedawno w kinie, które ma poplamiony ekran. Bohaterowie robią wskutek tego wrażenie trędowatych, ale to wzmacnia efekt. Wyobraź sobie trędowatego milionera, którego trędowata matka zabrała podstępnie miliony swemu trędowatemu pasierbowi. Pod tytułem tego filmu widziałem na własne zdrowe oczy określenie:
dramat erotyczno-salonowy w stylu Karola Maya i Edgara Poe.
Przyznam się, że afisz ten dał mi wrażenia równie silne jak sam film. [...]
Czekam na list.
Twój J. C.
Józef Czechowicz, Listy, oprac. Tadeusz Kłak, Wydawnictwo Lubelskie 1977, s. 280-281.

poniedziałek, 13 sierpnia 2012

Odcinek 418: Stefan Żeromski, 1886 rok

Z dziennika Stefana Żeromskiego

13 sierpnia, (piątek — nocą), 1886 rok
[...] Rano idziemy do kąpieli. Rosa zimna tuli się na igłach sosen, na trawach i leśnych mchach. Mówiemy [!] wtedy o wszystkim... Podaję jej ramię i idziemy tym cudnym Zofii-laskiem. Dzisiejszy dzień popsuła pani Betłey — jutro też wybierzem się wcześniej. Po kąpieli i dobrym prysznicu, kiedy chłód i rzeźwość zetrą z ciała ociężałość, następującą po nocy namiętnej, patrzy się czysto w oczy te cudne, w usta szkarłatne całuje ukradkiem. Sprzeczamy się o białość naszych rąk, przesadzam przez płot. (Niech Bóg broni, bym zobaczył pończoszkę!) Ona zarumieniłaby się, gdybym zobaczył jej pantofelek! Pijemy herbatę z apetytem — i do pracy. Szyjemy! [...]
Stefan Żeromski, Dzienniki, t. 1, Czytelnik 1953, s. 419.

niedziela, 12 sierpnia 2012

Odcinek 417: Adam Mickiewicz, 1834 rok

List Adama Mickiewicza do Antoniego Edwarda Odyńca

Paris, 12 sierpnia 1834 roku
Celina Mickiewicz.
Owóż, kochany Edwardzie, trzeci już tydzień, jak żyjemy z Celiną na własnym gospodarstwie. Pojmiesz, jako stary mąż, że nie miałem wiele czasu pisać do ciebie. Rozwodzić się nad teraźniejszym  szczęściem jeszcze za wcześnie; tyle ci tylko powiem, że od trzech tygodni nie byłem ani razu w kwaśnym humorze, a często czułem się wesoły i pusty, jakim od dawna nie byłem. Życz mi tylko, żeby tak zawsze było. Celina też powiada, że jest zupełnie szczęśliwą, i cieszy się jak dziecko. Trzy tygodnie szczęśliwe: dobre i to na tym świecie i w takich czasach. Musisz też wiedzieć o naszym gospodarstwie. Mieszkamy daleko od środka miasta, w zaciszu, jak na wsi. Mamy tylko trzy pokoje, własne meble, wkrótce mieć będziemy fortepiano. Od rana Celina robi kawę, potem niby to gospodaruje, kręci się, świegoce i śmieje się aż do wieczora. - Po nudach pierwszych wizyt rzadko gdzie wychodzimy. Wieczorem dawna kompania, Domejko, Zan i parę innych osób zagląda do nas. Ale jeszcze moi znajomi niezupełnie przywykli do mojego nowego meblu i trochę zażenowani.  Powoli jednak wrócę do dawnego trybu życia i  zacznę  coś  robić;  bo przez  cały  ten  czas  próżnowałem i używałem tylko życia. [...]
Cyt. za: Dzikie nasze położenie: wybór listów romantycznych, wybór, wstęp i oprac. Danuta Sosnowska, Twój Styl 1995, s. 60.

sobota, 11 sierpnia 2012

Odcinek 416: Sándor Márai, 1938 rok

Z zapisków Sándora Márai

11 sierpnia 1938 roku
Sándor Márai.
W tych gorących dniach, kiedy poczta codziennie przynosi kolorowe widokówki to z gór, to znad morza, kiedy ludzie uganiają się za nowoczesnymi sposobami podróżowania i przeżywania świata, przypomniał mi się stary album. Odszukałem go i długo przeglądałem.
Ten album ma sto lat, pochodzi z tajemniczej rodzinnej rupieciarni. (Każda rodzina ma coś takiego). Minęło sto lat od czasu, kiedy człowiek, który wykleił te karty fotografiami, wycinkami z gazet i pamiątkami, co jakiś czas wyjeżdżał i zwiedzał świat. Znał już pociąg i statek parowy, ale najczęściej podróżował powozem. Musiał być kimś ciekawym świata, bo wybierał się w podróż co rok, był w Szwajcarii, W Paryżu i w Londynie, objechał też Węgry, odwiedził Kassę, Löcse, Oradeę. Wszystko, co po drodze zobaczył i uznał za godne zapamiętania, trafiało do albumu, który potem gdzieś się zawieruszył, a ja go teraz oglądam po stu latach.
Ten mój daleki i nieznany krewny podróżował jeszcze z pietyzmem. Pojechał do Paryża, obejrzał w Luwrze Wenus z Milo, kupił barwną reprodukcję, przywiózł ją do domu, wkleił do albumu i podpisał: Wenus z Milo. Kupił też obraz przedstawiający angielski parlament, umieścił go w albumie i podpisał: „Tu mieszka angielska demokracja. W Karlsbadzie oglądał przedstawienie teatralne, przywiózł stamtąd na pamiątkę drukowany złotymi literami program teatralny. W Lilafured na brzegu jeziora Hamori zobaczył dwie ciekawe, rzadkie odmiany paproci, które również znalazły się w albumie. Z Paryża przywiózł egzemplarz sławnego pisma „Charivari z 7 marca 1838 roku, pełnego plotek i śmiesznych karykatur. W Wiedniu bardzo spodobał mu się ogród schönbruński, przywiózł stamtąd kwiat. Dziesięć lat później zdobył portret Petöfiego, wkleił do albumu i podpisał: „Dziś widziałem Petöfiego.
Ten album jest skromny i naiwny. Z rozczuleniem przewracam jego pożółkłe karty. Ale po chwili coś sobie uświadamiam i ogarnia mnie wstyd. Bo ja już nie śmiałbym przywieźć z Paryża i umieścić w albumie obrazka z Wenus z Milo ani podpisać go przez wzgląd na niedokształconych. Obcy już nam ten drobiazgowy, odświętny, nieśmiały i delikatny sposób oglądania, odczuwania, nasłuchiwania świata. My każdego lata rzucamy się na niego jak szaleni, opychamy się nim obiema rękami. Wszystkiego nam mało! W ciągu sześciu dni chcielibyśmy zobaczyć góry — wszystkie góry! — od Szpicbergów do Tatr Wysokich, Lido, Paryż, razem z Luwrem i Juan-les-Pins, za pół ceny. Kto dziś wybiera się w podróż, pospiesznie wysyła jedną-dwie kartki „z tego pięknego miejsca i uważa za naturalne, że to piękne miejsce jest Kopenhagą czy Wenecją. Sto lat temu podróżny wymawiał jeszcze te nazwy z nabożeństwem. Do Gastein szykował się tak jak my na wyprawę do Indii, ale był jeszcze bardziej przejęty i wzruszony. Przeżycie stanowiła zwykła podróż do Wiednia czy nad jezioro Hamori, nawet przemówienie króla Ferdynanda otwierające narady parlamentu węgierskiego w Pozsony było dla słuchacza wydarzeniem, choć cesarz i król Ferdynand był, biedak, półgłówkiem i w Pozsony udało mu się wygłosić wszystkiego półtora zdania. Dawny podróżnik obserwował, słuchał, widział i zapamiętywał. My już tylko jeździmy.
Podróżujemy wygodnie, bardzo szybko i na wielką skalę. W ciągu dziesięciu godzin przelatujemy z Pesztu do Helsinek. A pocztówka, którą wysyłamy do kraju ze stolicy Finlandii, Londynu czy Rzymu, najczęściej przychodzi później niż my, niespokojni wędrowcy. Mój krewniak przed stu laty jechał przez świat powoli, ale coś widział. Każda rzecz była dla niego nowością, nawet Wenus z Milo i cesarz Ferdynand. Dla nas wszystko jest takie, jakbyśmy już to widzieli — może w jakimś prospekcie? — a błyskawiczne wojaże odbywali właściwie tylko dla sprawdzenia. Tak, wszystko jest na swoim miejscu, rzeźby Thorvaldsena, szczyt Jungfrau, pomnik Ibsena w Oslo i parlament angielski. W porządku, możemy wracać do domu. Świat mieści się w aparacie Kodaka, wspomnienia przesuwają się jak klatki filmu, wszystko jest niewyraźne i zlewa się ze sobą, a wspomnienia z podróży kurczą się do rozmiarów hasła. Podróżny sprzed stu lat jeszcze marzył o świecie jak o trudnym i zarazem wspaniałym przeżyciu, o Petófim i o angielskim parlamencie. Ja dziś zazdroszczę mu tych marzeń.
Sándor Márai, W podróży, tłum. Teresa Worowska, Fundacja Zeszytów Literackich 2011, s. 88-91.

piątek, 10 sierpnia 2012

Odcinek 415: Virginia Woolf, 1920 rok

Z dziennika Virginii Woolf 
Wtorek, 10 sierpnia 1920 roku

Virginia Woolf.
Spędziłam całe popołudnie na malowaniu klozetu polowego na żółto. Teraz mogę podsumować swoje prace: wymalowana i posprzątana jadalnia; poręcze pomalowane na niebiesko; schody na biało; a teraz jeszcze klozet. Kiedy wracaliśmy w niedzielę do domu, a dzień był gorący i bezwietrzny, L. naszkicował swoją wizję przyszłości wydawnictwa. Zaoferujemy Partridge'owi udziały, dodając jako przynętę do tej skromnej propozycji bardziej być może łakomy kąsek, czyli sekretarzowanie Leonardowi. Gdzieś tak w połowie obiadu L. rozwinął te plany dalej: czemu nie kupić pełnego wyposażenia drukarskiego? Czemu nie? Może nawet otworzyć warsztat. Nieustannie z sedna rzeczy wyrastają jakieś nowe rozgałęzienia. Jakie to przyjemne, tak sobie robić plany pod jesień. Nelly wciąż cierpiąca na tajemnicze schorzenia, w związku z czym prosimy, żeby się nie pokazywała...
Virginia Woolf, Chwile wolności: Dziennik 1915-1941, oprac. Anne Olivier Bell, tłum. Magda Heydel, Wydawnictwo Literackie 2007, s. 156.

czwartek, 9 sierpnia 2012

Odcinek 414: Gustave Flaubert, 1846 rok

List Gustave'a Flauberta do Luizy Colet

Noc z soboty na niedzielę, północ. 9 sierpnia  1846 roku
Gustave Flaubert.
Niebo jest czyste; księżyc świeci. — Słyszę, jak marynarze śpiewając podnoszą kotwicę, by wyruszyć wraz z przypływem morza, który się zbliża. Ani chmur, ani wiatru. Rzeka jest biała pod księżycową poświatą, czarna w cieniu. Ćmy trzepocą dokoła moich świec i zapach nocy dociera do mnie przez otwarte okna. A ty, czy śpisz,? — Czy jesteś w swym oknie? Myślisz o tym, który myśli o tobie? Marzysz? Jaką barwę ma twoje marzenie? — Upływa tydzień od naszego pięknego spaceru w Lasku Bulońskim. Jaka przepaść od owego dnia! Te czarowne godziny upłynęły niewątpliwie dla innych jak poprzednie i następne, ale dla nas to była chwila promienna, której odblask będzie oświetlał zawsze nasze serce. To była najczystsza radość i tkliwość, prawda, moja ukochana? Gdybym był bogaty, kupiłbym ten powóz i umieściłbym go w mojej wozowni, aby nigdy więcej go nie używać. Tak, powrócę, i to rychło, gdyż myślę o tobie wciąż, wciąż marzę o twojej twarzy, o twych ramionach, o twej białej szyi, o twoim uśmiechu, o twym głosie namiętnym, wraz gwałtownym i słodkim jak krzyk miłosny. — Powiedziałem ci, zdaje się, że kocham zwłaszcza twój głos.
Dziś rano czekałem na listonosza ma ulicy nadbrzeżnej dobrą godzinę. Dzisiaj spóźnił się. Ileż serc przyprawia o bicie, nie wiedząc o tym, ten cymbał z czerwonym kołnierzem! Dziękuję za twój dobry list, ale nie kochaj mnie tak, nie kochaj mnie tak, sprawiasz mi ból! Daj mi kochać ciebie! Widać nie wiesz, że kochać zbytnio to przynosi nieszczęście obu stronom; to tak jak z dziećmi, które zbyt pieszczono, gdy były małe, umierają wcześnie. Życie nie po to jest stworzone; szczęście to potworność! Ukarani są ci, którzy go szukają. [...]
Gustaw Flaubert, Listy, tłum. Wacław Rogowicz, Państwowy Instytut Wydawniczy 1957, s. 43-47.

środa, 8 sierpnia 2012

Odcinek 413: Katherine Mansfield, 1921 rok


List Katherine Mansfield do Doroty Brett

Montana, 8 sierpnia 1921 roku
Chalet des Sapins w szwajcarskiej
Montanie, gdzie mieszkała Mansfield.
Przepraszam za ten papier. Jestem na górze i nie mam innego pod ręką. Siedzę na szerokim balkonie, na który wychodzi moja ubieralnia. Jest wczesny ranek, wierzchołki drzew wyglądają, jakby były z polerowanego złota, a lekki wiatr huśta się na gałęziach. Góry po drugiej stronie szerokiej doliny stoją nieruchomo w słońcu; po ich dalekich, sennych szczytach szybują srebrzyste obłoczki. Ale najbardziej lubię patrzeć na głębokie, ostre cienie w rozpadlinach i na zboczach gór; stały się częścią mojej wizji. Nie umiem sobie wystawić, aby można żyć obok piękniejszego i bardziej doskonałego widoku. Przyglądam mu się – z małymi przerwami – od wczesnego ranka do późnej nocy, gdy nietoperze wylatują i ćmy czepiają się włosów...

Proszę Cię i błagam nie myśl, że aż tak bardzo potrzebne mi są pieniądze. Mogę je zawsze zdobyć. „Mogę pojechać do jakiejś cudownej miejscowości i nadstawiać kapelusza albo sprzedawać maść borną, wartości l pensa, za 2 szylingi i 6 pensów, zdobywając na czysto 2 szylingi i 5 pensów, albo – nie, nie lękam się już o pieniądze. A przy tym zarabiam – suma zarobku zależy od mojej pilności. Obecnie mam 30 funtów długu, a w tej chwili przyszły dwie zakonnice i przyniosły roboty wykonane przez dzieci w klasztorze. Te kochane istoty (mam romantyczną sła­bość do zakonnic), łagodne gołębice w niebieskich kapturach, słodkie, zamknięte w sobie, wyjęły małe wyprawki z ciężkiego pudła i tak je zachwalały, że wydałam 2 funty i 7 szylingów na maleńkie flanelo­we kaftaniczki i fartuszki dla dziecka siostry mojej służącej Ernestyny, którego jeszcze nie ma na świe­cie.
Rachunek rzeźnika na czerwonym papierze jest nie uregulowany – nie będę mogła go teraz zapłacić. Więc widzisz, taka już jestem, jeśli chodzi o pieniądze – nie warto mnie żałować ani mi pomagać. [...]
Muszę skończyć ten list i wziąć się do mojego opowiadania. Nazwałam je „W zatoce”. Pełno w nim (mam nadzieję) piasku, wodorostów i kostiumów kąpielowych porozwieszanych na werandach, sandałów na parapetach okien, drobnych, różowych, „morskich” powoi, kanapek nieco przysypanych piaskiem i wznoszących się fal przypływu. Pachnie rybami (ach, mam nadzieję, że czuć ten zapach!).
Katherine Mansfield, Listy, tłum. Maria Godlewska, Czytelnik 1978, s. 362–364.

wtorek, 7 sierpnia 2012

Odcinek 412: Jarosław Iwaszkiewicz, 1965 rok


Z dzienników Jarosława Iwaszkiewicza

7 sierpnia 1965 rok

Jarosław Iwaszkiewicz z psem Tropem, 
Stawisko, 1963 rok.
Nareszcie prawdziwy letni dzień. Dzień nagroda za wszystkie trudne i przykre rzeczy, które mnie osaczyły ze wszystkich stron. W Stawisku żniwa, do których wszyscy przystąpili z tym weselem i uroczystością, jak to zwykle u nas. Wielka żniwiarka przyjechała z Brwinowa i wykosiła ten kawałek żyta w dwie godziny. Potem wszyscy – „dziadek”, Zygmunt, Szmell i Szymek – ustawiali kopki do dziewiątej. Wieczór ciepły, księżycowy. Lipy pachną w alei, aż dusi. Pszczoły pracowały jeszcze po zachodzie słońca. Siedzieliśmy na ganku z Jadwinią. Przepędzili krowy – nie Edek i Olek, jak w Brzezinie. Edek i Olek dzisiaj stare i łyse chłopy. Przemijanie jest piekłem, wieczny powrót codziennych spraw jest spokojem i rajem. To życie składające się z dwóch wiecznych fal – to jest takie piękne, do zachłyśnięcia się, do slez [do łez], jak mówił Tołstoj.
Jarosław Iwaszkiewicz, Dzienniki, t. 3: 1964–1980, oprac. Agnieszka i Robert Papiescy, Radosław Romaniuk, Czytelnik 2011, s. 96.