wtorek, 31 lipca 2012

Odcinek 405: Julian Tuwim, 1945 rok

List Juliana Tuwima do Józefa Wittlina

Toronto, 31 lipca 1945 roku
Józef Wittlin.
Kochany Józiu! Pierwszą kartę do Ciebie, pisaną kilka tygodni temu, posłałem na adres nowojorski, z dopiskiem „Forward, ale widocznie nie została sforwardowana. Mam nadzieję, że ten list dojdzie. Potwierdź odbiór, pliiiiz. — Od Wikty odpowiedzi jeszcze nie miałem, czekam z utęsknieniem. Jak dotąd, nie depeszowałem do nikogo w kraju, bo komunikacja telegraficzna, jak i listowna, znajduje się jeszcze w stanie chaotycznym, czemu nie można się dziwić. Znam wprawdzie ludzi, którzy dostali odpowiedź na swoje depesze, ale znam też wiele takich, co ciągle jeszcze czekają. — Co do mnie, to czekam przede wszystkim na przyjazd ambasadora do Waszyngtonu, aby się dowiedzieć, w jaki sposób jak najprędzej wrócić do kraju naszej młodości. A jadę tam po nową młodość. Wierz mi, że to szczerze czuję. Będzie tam z początku ciężko, trudno, smutno, nawet obco. Ale powiedz mi, jak jest tutaj, in this country (wymawiaj: kałntri, z wykrzywioną gębą)? Łatwo? wesoło? swojsko? A będzie tu coraz ciężej, coraz smutniej, coraz bardziej obco. Więc niby po co sterczeć? Dla jakich ajdialsów? — Myślę, Józiu, że i Ty powinieneś poważnie zastanowić się nad powrotem. Zwłaszcza ze względu na Elżunię, bo grozi jej, jak wszystkim dzieciom europejskim na tym kontynencie, ajskrimizacja uczuciowa i intelektualna. Obserwuję to na jej rówieśniczkach, przebywających w Kanadzie. Poza tym: z czego Ty będziesz żył? Nasz rząd otoczy pisarzy najczulszą opieką — ale w kraju. Tutaj przecież nie będzie przysyłał „zapomóg, bo to byłoby groteskowym zjawiskiem. Nie myśl, że Ciebie w kraju „nie chcą i pozbądź się nałogu jałowych rozważań o swoich „grzechach i „winach z powodu niebytności w Polsce w ciągu ubiegłych sześciu lat. Ani Tobie, ani krajowi nie da to żadnych korzyści, ta psychologiczna jękliwość, te bezpłodne lamenty sumienia. Nikt do Ciebie nie będzie miał o nic pretensji: że nie byłeś, że nie cierpiałeś, że nie pisałeś, że nie podpisywałeś ze mną oświadczeń prosowieckich i prolubelskich — ani nawet o to, że podpisywałeś jakieś antylubelskie. Te rzeczy się skończyły i nie należy o nich myśleć. Należy jedno: pracować nad rekonstrukcją żywych objawów kultury polskiej. Możesz być w Polsce tym, czym   jesteś, nikt Ci w „światopogląd nie będzie zaglądał. Oczywiście, jeżeli zaczniesz działać przeciw rządowi, jego zarządzeniom politycznym itd. albo jeżeli się spikniesz z faszystowskimi skurwysynami, którzy ciągle jeszcze prowadzą tzw. krecią robotę — pójdziesz do więzienia. Ale przecież Ty nie jesteś 
Julian Tuwim.
polityk, ale Józio Wittlin, pisarz. Możesz więc być redaktorem, komentatorem innych pisarzy, wydawcą jakiejś biblioteki popularyzującej literaturę — polską, grecką, francuską, włoską — możesz pracować w bibliotece, w radio, w teatrze, możesz tłumaczyć książki i sztuki, możesz być nauczycielem, asystentem jakiegoś profesora literatury — roboty na każdym polu będzie po uszy. I nie myśl, jak myślą durnie, że Cię ktoś będzie „zmuszał do pisania tych, a nie innych, utworów. To tylko zrozpaczeni durnie i bankruci rozsiewają te plotki. Bo   zależy   im   na tym,   aby do Polski wróciło jak najmniej ludzi i żeby w Polsce było jak najgorzej. Błagają oni Boga nie tylko o upadek kultury i literatury polskiej, ale o głód, epidemie, pożary, wojnę domową, pogromy Żydów itd. Bo teraz tylko nieszczęścia i klęski kraju będą ich radością, zwycięstwem i... otuchą na przyszłość. — Czy zastanowiłeś się nad takimi zjawiskami, jak wyniki wyborów w Anglii, sprawą Leopolda w Belgii, koalicją komunistyczno-socjalistyczną w Norwegii, ostro-lewicowymi nastrojami we Włoszech etc., etc.? Czy tam wszędzie był Stalin i GPU? Sławetne „zastrzyki? A zobaczysz, w październiku jakie będą rezultaty wyborów we Francji! Więc i w Polsce, mój kochany, wszystko poszło radykalnie na lewo — i za zbliżeniem ze Sowietami. — Gdzież więc jest Twoje miejsce, poeto i synu wymordowanego narodu? Z rewolucją europejską, która się właśnie odbywa — od Oslo po Neapol, od Madrytu po Warszawę. — Chcesz, to wrócimy razem. Ściskam Was i całuję.
Twój
Julek
Julian Tuwim, Listy do przyjaciół pisarzy, oprac. Tadeusz Januszewski, Czytelnik 1979, s. 255-257.

poniedziałek, 30 lipca 2012

Odcinek 404: Aleksy Suworin, 1893 rok

Z dziennika Aleksego Suworina

30 lipca 1893 roku
Komunikat ministra finansów o rokowaniach handlowych z Niemcami. Wieczorem czytałem ustęp własnego artykułu o tym komunikacie, a potem napisałem:
I po cóż te wiadomości
Trafiły do naszych włości?
To z powodu reklamy rozmaitych rozweselaczy. Potem w dekadenckim stylu:
Aleksy Suworin.
W smutnym dziś jestem nastroju
I myśli trapią mnie dziwne.
Słyszę, jak muchy bez przerwy
Brzęczą uparcie w mej głowie.
Czuję, jak muchy pełzają
Po mojej korze mózgowej.
Czuję, jak tam się gromadzi
Kroplami to musze ścierwo.
Jak z wolna osiada na szybie
I gnojem napełnia myśli
I mózg zamącą bez miary.
Chirurgu, otwórz mi czaszkę
I wypędź przebrzydłe muchy,
I czystą źródlaną wodą
Przemyj dokładnie me myśli,
Bo przyjdzie mi chyba oszaleć...
„Nie żadne muchy masz w głowie
Odpowie chirurg z uśmiechem —
„To starość stoi na progu
I zżera ci mózg nieustannie
I wody do niego dolewa.
 Aleksy Suworin, Dziennik, tłum. i oprac. Jerzy Pański, Czytelnik 1975, s. 112-113.

niedziela, 29 lipca 2012

Odcinek 403: Teofil Lenartowicz, 1889 rok

List Teofila Lenartowicza do Julii Jabłonowskiej

 Florencja, 29 lipca 1889 roku
Teofil Lenartowicz.
Droga, serdeczna Pani
List Jej pisany 15. 7 w tej chwili odbieram razem z cygarniczką, za które nie wiem już jak podziękować. Do kraju, jak mi radzi droga Pani, w stanie moim zdrowia i przy ciągłych burzach, o których gazety polskie donoszą, wybierać się na to, żeby zaciągnąwszy tam po kilkunastu dniach podróży (podzielonej na małe odległości i odpoczynki) położeć się w łóżku albo co najmniej tak być znużonym, żeby nie móc ruszyć się z miejsca, byłoby do życzenia. Nie - luba Ojczyzno - bądź zdrowa. O sercach dwóch, trzech ludzi w kraju nie wątpię, o reszcie wątpię.
[...] Z powrotem do Florencji czuję się cokolwiek lepiej. Chłodno tu, nawet za chłodno, tak że mi wczora w południe w mieszkaniu moim na Montebello noga uziębła.Śniegi na górach, wichry i burze co dzień na dolinach, a co pioruny dokazują, naczytać się nie można, najoczywiściej diabelska to siła.
Wystawy (ekspozycje) tak mi spowszedniały i takim się na nie zrobił obojętny, że choćbym był w Paryżu, nie wiem, czy bym się wybrał na ich podziwianie. P. Stanisław Tarnowski powiada, że wlezie na wieżę [Eiffla] w drodze do Canteret, gdzie go doktory wyprawiają, i w tym samym liście donosi, że z poezjami Bohdana ciężko, chiba że prenumeratę zbierać będą. Oj! biedni my poeci, strasznie nami ten wiek poniewiera. Ano, za późnośmy się porodzili.
Paniusiu droga, serdeczna, ej, co tam, byle nasza przyjaźń trwała, pereat mundus [niech zginie świat].
Władysław Mickiewicz znać ma ząb do mnie, kiedy się od dwóch lat nie odzywa.
Ale dość. Ekspediuję do Lwowa biuścik Darowskiego śp., którego strata daje mi się czuć jako jedynego serdecznego ogniwa, jakie mnie z krajem wiązało tam na miejscu, święty zacny Polak.  Gillera medalion naturalnej wielkość zrobię jeszcze przed jesienią, jak żądają.
Adieu, moja droga, najzacniejsza Pani, jak mi będzie źle bardzo, to zaraz do Niej ucieknę jak zając ruszony ze swojej lichej kotliny. Adieu, adieu. Rączki drogiej Pani całuję
Teofil
Teofil Lenartowicz, Julia Jabłonowska, Korespondencja, oprac. Józef Fert, TNKUL 2003, s. 274-275.

sobota, 28 lipca 2012

Odcinek 402: Maria Konopnicka, 1887 rok


List Marii Konopnickiej do stryja, Ignacego Wasiłowskiego

Warszawa, 28 lipca 1887 roku
Serdeczny uścisk mój więcej by Ci powiedział w tej chwili niż moje słowo. Dlatego też uważam to za bardzo smutne, że tak daleko jesteś, drogi Stryju, że nie przyjeżdżasz nigdy do Warszawy, i że tylko tych kilka wyrazów przesłać Ci mogę wraz ze szczerymi życzeniami, w dniu imienin Twoich.

Przede wszystkim rada bym bardzo wiedzieć, jak Ci, drogi Stryju, przeszła zima? Czy zdrowie Twoje poprawiło się w tym roku i czy pamiętasz o tym, że lato jest porą jakiegoś systematycznego leczenia się, choćby tylko zapobiegawczego. Mój miły Stryju! Powi[nie]neś dawno już porzucić tę filo­zoficzną obojętność dla samego siebie. Powinieneś dbać o siebie, pracą się nie zamęczać, umilić sobie życie, wszak ono i tak niewesołe. Co prawda, to znam bardzo mało jego warunki, ale wyobrażam sobie, że tłem jego jest samotność, pamięć ciężkich lat tułactwa i uczucie osierocenia. Ale po co ja to piszę? Ach, przebacz mi, drogi Stryju, jeśli Cię zasmuciłam...
U nas tu trochę nowości. Najpierw mam teraz urocze mieszkanko w ogrodzie Frascati. Jest to prawdziwy raj w lecie. Dwóch tylko rzeczy nie jestem pewna w tym raju. Najpierw – jak tu będzie zimą, a po wtóre, czy zawsze zdołam zarobić tyle, żeby zapłacić 400 rubli rocznie komornego. Drogo to bardzo.
Ogrody Frascati, rys. Zygmunt Vogel.
Są trzy pokoiki, z jednego drzwi szklane na ogród, kuchnia, przedpokój. Już teraz kiedy przyjedziesz do Warszawy, drogi Stryju, to będziesz tu miał wygodę wszelką. Ani schodów, ani kurzu, ani gwaru – jak na wsi. Po wtóre, Zośka wraca z Paryża za dni kilka, jako już skończona panna [nauczycielka, absolwentka Instytutu Panien Polskich]. Teraz zacznie pracować na trochę pewniejszej podstawie. Instytut kończy z odznaczeniem jako wzorowa uczennica. Wiesz, drogi Stryju, że Tobie zawdzięczam możność jej wysłania z kraju. Daj mi to Boże, abym dług ten materialny uiścić mogła jak najrychlej, bo co do długu wdzięczności, zachowam go względem Ciebie na zawsze, tak za tę pomoc, jak za wszystkie wzruszenia dobre, którem Ci od dzieciństwa swego i zanim mnie znałeś – winna byłam i jestem.
Reszta moich dzieci pracuje też jak może, ja także. Naturalnie, że o wyjeździe w tym roku nie myślę. Tu wszakże pić muszę wody marienbadzkie, których wszakże boję się zacząć, bo to zawsze odejmie energię do pracy, a ja pracować ciągle muszę, jeśli mam wystarczyć na to co konieczne. [...]
Drogi mój Stryju! Kocham Cię bardzo [...]
M.
Maria Konopnicka, Listy do Ignacego Wasiłowskiego, oprac. Jacek Nowak, Instytut Badań Literackich 2005, s. 201–202.

piątek, 27 lipca 2012

Odcinek 401: Stefan Żeromski, 1885 rok


Z dzienników Stefana Żeromskiego

27 lipca 1885 roku (poniedziałek)
Byłem na jarmarku w Bodzentynie. Włóczę się do tej mieściny codziennie, gdyż wyglądam listu czy listów. Sprzysięgli się – czy qui diable? Nikt, literalnie nikt piórem dotąd drapnąć nie raczył. Nieraz taka mię bierze złość, gdy przychodzę na tę improwizowaną pocztę bodzentyńską i dowiaduję się, że listu nie ma, że mam chęć dać uczniowskiego „byka” w nos poczciarzowi, który mi daje Gazetę Warszawską, sądząc, że mię uszczęśliwia. Ze złości czytuję Gazetę Warszawską. Jest to nadzwyczaj mądre pismo! O!! Na jarmarku co bywa? – Bywa błoto po kolana, Żydzi, baby i chłopi, konie, krowy i uczniowie. Gdzieniegdzie, śród powodzi babskich „smatek”, krowich łbów i chłopskich „wściekłych czap” – jak oaza dominuje szlachecka bryczka. Na bryczce zazwyczaj siedzi pani X lub, co się częściej zdarza, pani Y. Pisk, wrzask, ścisk, syk, ryk, bek, szloch, wrzawa, kurzawa etc. Widziałem dwie panny Kuczborskie, z których jedna przeobraziła się w panią Kowalską, żonę owego „Towalskiego”, co to dwudziestu czterech liter nie wymawiał w Radoszycach, a był wymarzonym wszystkich tamecznych dziewoi (z towarzystwa naturalnie).
Władzio na koniu rozbijał chłopów i baby i zmuszał do bicia niejedno serce, zwracał oczy niejednej z panien X i Y na swą zawadiacką postać. On typowo zawadiacko-szlacheckie ma narowy. Wróciwszy do domu czytałem do późna w noc gazety. Później nie mogłem usnąć. Księżyc świecił prosto w okno, naprzeciw którego spałem. Przeszła noc bezsennie. Zwykłe moje marzenia.
Zamek w Bodzentynie, drzeworyt z 1882 roku.
Stefan Żeromski, Dzienniki, t. 1, Czytelnik 1953, s. 304–305.

czwartek, 26 lipca 2012

Odcinek 400: Sławomir Mrożek, 1969 rok

Z dziennika Sławomira Mrożka

26 lipca 1969 roku 
Witold Gombrowicz
Gombrowicz umarł w nocy, 24/25 lipca 1969.
Kobieta na górze ma atak epilepsji.
Ja wczoraj miałem atak życia. Teoretycznie byłem ześmiertnięty.
Tylko teoretycznie. Tydzień przedtem umarł Kobiela.
Wczoraj w nocy wypiłem samotnie dużo dużo wódki. Ale się nie upiłem. tylko wstąpiłem w natchnienie, pewnie dlatego, że dużo i dobrze jadłem. Przez cały dzień. Doszedłem do jakichś wniosków, które, mam nadzieję, trochę pamiętam. Lepiej żebym je pamiętał pomięcią wisceralną [dotyczącą jelit] niż cerebralną.
Ogólnie, a czytam w tym czasie Platona: Fedon, o nieśmiertelności duszy, cały ów kierunek, aby przeczekać życie, bo ono nieprawdą, do śmierci zaś się przygotować, bo ona prawdą, wydał mi się niechętny, podejrzany. A kto to mówi, ja, który mam silny jej instynkt i zrozumienie dla śmierci.
Wiec jakby wczoraj we mnie coś się odwróciło albo przynajmniej zrównoważyło.
O ile wiem, Gombrowicz był bardzo po stronie życia. Jadł zawsze tak, jak ja jadam tylko od czasu do czasu, Chciał zawsze tak (silnie), jak ja chce tylko od czasu do czasu.
[...]
Sławomir Mrożek, Dziennik, t. 1: 1962–1969, Wydawnictwo Literackie 2010, s. 607  608.

Za dzisiejszą notkę serdecznie dziękujemy Ani (Czytanki Anki).



środa, 25 lipca 2012

Odcinek 399: Antoni Czechow, 1888 rok

List Antoniego Czechowa do Aleksego Suworina

25 lipca 1888 roku, Suchum
Abchazja.
Piszę z Abchazji! Noc spędziłem w klasztorze Nowy Afon, a dziś od rana jestem w Suchumie. Przyroda zdumiewająca — do szaleństwa, do rozpaczy. Wszystko zaskakujące, bajkowe, głupie i poetyckie. Eukaliptusy, krzewy herbaciane, cyprysy, cedry, palmy, osły, łabędzie, bawoły, szaro-niebieskie żurawie, a przede wszystkim góry, góry i góry — bez końca i kresu... Siedzę teraz na balkonie, na dole leniwie przechadzają się Abchazi w strojach karnawałowych kapucynów; naprzeciwko bulwar z drzewkami oliwkowymi, cedrami i cyprysami, za bulwarem ciemnobłękitne morze.
Upał nie do wytrzymania! Gotuję się we własnym pocie. Czerwone wiązanie kołnierza sflaczało od potu i puściło sok; koszula, czoło i pachy zupełnie mokre. Ratuję się jak mogę kąpielą... Zapada zmierzch... Niedługo pojadę na statek. [...]
W Afonie poznałem archijereja Giennadija, biskupa suchumskiego, który konno objeżdża swoje włości. Ciekawe indywiduum.
Kupiłem matce święty obrazek, przywiozę.
Gdybym pomieszkał w Abchazji choć miesiąc, napisałbym pewnie z pół setki urzekających baśni. Z każdego krzaczka, ze wszystkich cieni i półcieni na stokach gór, z nieba i morza wyziera tysiące tematów. Jestem świnia, że nie umiem rysować.
Życzę zdrowia. Niech anioły niebieskie czuwają nad Panem. [...]
Antoni Czechow, Listy, t. 1, oprac. Natalia Modzelewska, tłum. Natalia Gałczyńska, Ałła Sarachanowa, Wydawnictwo Literackie 1988, s. 174.

wtorek, 24 lipca 2012

Odcinek 398: Virginia Woolf, 1919 rok

Z dziennika Virginii Woolf

Czwartek, 24 lipca 1919 roku 
Edward Morgan Forster.
Wczoraj wieczorem podejmowaliśmy Forstera i Bussych. Morgana wszystko łatwo przytłacza, nawet wesołość Bussych. Jest nieświatowym, przezroczystym człowiekiem, kapryśnym i oderwanym, chyba niezbyt przejętym tym, co mówią o nim inni, za to o jasnych poglądach na to, czego chce. Nie sądzę, żeby chciał błyszczeć w światku intelektualnym, a na pewno już nie w światku modnym. Jest fantastyczny i niezwykle wrażliwy, dla mnie szalenie pociągający jako charakter. Przypomina wędrującego bez celu motyla, jako że nie ma w nim napięcia czy pośpiechu. Ohydne byłoby dla niego zdominowanie rozmowy. Zapadał się w fotelu albo przechadzał po pokoju, wertując książkę. Nawet kiedy państwo Bussy już poszli, nie zrobiliśmy zbyt wielkiego postępu. Przyjedzie do Asheham, jeśli zapłacimy mu za bilet. W banku ma tylko dwadzieścia sześć funtów. Podobał mi się taki prosty sposób wyjaśniania spraw.

Virginia Woolf, Chwile wolności: Dziennik 1915-1941, oprac. Anne Olivier Bell, tłum. Magda Heydel, Wydawnictwo Literackie 2007, s. 128.

poniedziałek, 23 lipca 2012

Odcinek 397: Salvador Dali, 1952 rok


Z dziennika Salvadora Dali


23 lipca 1952 roku
Trzy tysiące czaszek słoni!

Pod wieczór składa mi wizytę pewien francuski pułkownik. Kiedy rozpoczynamy rozmowę na temat czaszki słonia, zwracam się do niego:
– Mam ich już pięć!
– Po co aż tyle czaszek słoni?! – wykrzykuje.
– Muszę ich mieć trzy tysiące. I będę je miał! Myślę, że Maharadża, jeden z moich przyjaciół, dostarczy mi ich mnóstwo. Rybacy wyładują je dokładnie naprzeciw nas, na tamtym małym pomoście. Każę pokryć nimi geologię planetarną Port Lligat.
– To będzie piękne! Godne Dantego! – wykrzykuje pułkownik
– Przede wszystkim, będzie to najwłaściwsze posunięcie. Niczego nie można tu posadzić bez uszczerbku dla krajobrazu. Zwłaszcza nie powinny tu rosnąć jodły. Dałoby to opłakany efekt. Właśnie czaszki słoni będą najbardziej odpowiednie.
Salvador Dali, Łabędzie odbijające się
w wodzie jako słonie, 1937 rok.
Salvador Dali, Dziennik geniusza, tłum. Jan Kortas, Wydawnictwo L&L 2002, s. 53.

niedziela, 22 lipca 2012

Odcinek 396: Maria Pawlikowska-Jasnorzewska, 1941 rok

List Marii Pawlikowskiej-Jasnorzewskiej do męża, Stefana

Środa [właśc. wtorek], 22 lipca 1941 roku
Kochany Loteczku!
Możliwe, że ten list przyjdzie do Ciebie niedopłacony i sam sobie zapłacisz za niego, mój Robaku, a to dlatego, że taką plajtę przeżywam, jak dawno nie pamiętam!
„Ta dama wydała 1 funta na swoje zęby.
Czyż nie były to dobrze wydane pieniądze?”.
Reklama gabinetu stomatologicznego.
Musiałam, bardzo nie chcąc, iść do dentysty, bo mi trzecia już plomba wypadła z przodu i przestraszyłam się, że mi nerw będzie potem chciał wyrywać, więc wyrywam ja ci do niego i mając całego majątku funta, mówię mu, że dziś jedna plomba i na tym koniec (10 szylingów). Tymczasem on się zabrał gracko i nic mi nie mówiąc (one były obok siebie te zęby), zaplombił mi dwa i zażądał sucho funta. Z nim żadnych targów nie ma, jest bardzo świetny dentysta, ale z walutą państwową obchodzi się stricte i poważnie bardzo. Z wielkim więc smutkiem wypłaciłam na stół cały stan posiadania i nie wiem, co jutro zrobię. [...] Taki bieg rzeczy ostatecznie zniechęca mnie do pozostawania tu bez Bajbaka, słowo Ci daję, że nie widzę żadnej możliwości na zdobycie kilku szylingów. Niech Bajbak natychmiast przysyła choć 10 szylingów w kopercie, może wytrzymam tak aż do Twojego przyjazdu. [...]
Przysłane moje pisma przez Ciebie bardzo mnie znudziły, nie masz racji, że mi wszystko tak odsądzasz. Uwagi pana Robaka bardzo interesujące i nawet zadziwiające, ale nie musisz mi Bajbak jakichś koszów redakcyjnych urządzać, bo tu chodzi o mój chleb także. Co do wysuszonych sklepów etc. to masz pełną rację i dziękuję za zwrócenie uwagi, bo to było bez sensu. A też i o słowikach – co racja, to racja. Ale wolałabym, abyś inne rzeczy ocenił lepiej. [...]
Papierosy dla Ciebie, mój Panku, mam, ale może będę zmuszona je wy sprzedać teraz po kawałku, bo nawet paczki nie mam za co wysłać. Ale plomby za to śliczne, nie powinnam się martwić zanadto, bo ten wydatek i tak mnie czekał.
Poza tym gotuję dużo bobu sama, radia nie wykupuję, bo nie wiem ile, zresztą w ogóle nic teraz finansować nie mogę. [...]
Ściskam Cię, dobra świnko, tylko mi nie rób dyktatorka, proszę Cię bardzo, a rób dobrego kotka białego, którego kocham. Dlaczego wszystko Ci się nie podoba? O samolotach, o słońcu, o tym i owym było ładnie. O Polkach i starych Polakach może być, że nie na czasie, ale powinieneś mi przyznać, że racy a. Jeszcze raz przyznaję, że słowa Bajbaka o wojnie są prawdziwie świetne i cała historia o wystawie, obrazie itd. Główka jak makówka, nie mówię, ale pisać to Ci się nie chce, a mnie się ma chcieć. Wcale się zresztą nie gniewając, naprawdę całuję ciepłą mają Robaczkę miliony razy i proszę pisać i przybywać niedługo.
Your wife, Ll.
PS Bądź spokojna, że nie poślę tych bzdur, wierzę Ci właściwie, tylko nie przesadzaj, aby nie popsuć sobie u mnie kredytu.
Lilka. Wspomnienia o Marii Pawlikowskiej-Jasnorzewskiej, oprac. Mariol Pryzwan, Państwowy Instytut Wydawniczy 2010, s. 110–111.

sobota, 21 lipca 2012

Odcinek 395: Aleksander Puszkin, 1825 rok

List Aleksandra Puszkina do Anny Wulf

21 lipca 1825 roku
Puszkin. Pożegnanie z morzem,
obraz Iwana Ajwazowskiego i Ilii Repina
z 1887 roku.
Piszę do Pani, pijany na smutno — widzi Pani, iż dotrzymuję słowa.
Zatem jest Pani w Rydze? Czy podbiła Pani wiele serc? Czy wybiera się Pani za mąż? Czy zastała Pani ułanów? Proszę powiadomić mnie o wszystkim jak najdokładniej — wiadomo Pani przecież, iż pomimo mych złośliwych żartów, leżą mi bardzo na sercu wszystkie Jej sprawy. Chciałem Panią zwymyślać, ale nie śmiem tego uczynić na tak imponującą odległość. Zaś co do morałów i rad, oto one. Proszę słuchać uważnie: 1) Zaklinam, proszę być lekkomyślną jedynie wobec swych przyjaciół (rodzaju męskiego), którzy wykorzystają to wyłącznie dla siebie, podczas gdy przyjaciółki zaczną Pani szkodzić, będąc — proszę to sobie dobrze zapamiętać — tak samo próżnymi i gadatliwymi istotami jak Pani. 2) Proszę nosić krótkie sukienki, bo ma Pani prześliczne nóżki, i nie stroszyć włosów na skroniach, choćby to było najmodniejsze, gdyż posiada Pani, na nieszczęście, okrągłą buzię. 3) Ostatnimi czasy nabrała Pani doświadczenia, ale proszę nie dać tego po sobie poznać, i gdy jakiś ułan powie, [...] proszę się nie śmiać, nie krygować, nie okazywać, że Pani to schlebia — proszę wytrzeć nos, odwrócić się i zmienić temat rozmowy. 4) Proszę nie zapomnieć o ostatnim wydaniu Byrona.
Czy wie Pani, dlaczego chciałem ją zwymyślać? Hm? Przewrotna dziewczyna bez serca... itd. A obietnice — czy ich Pani dotrzymała? Nie będę już o nich wspominać i wybaczę Pani, zwłaszcza iż przypomniałem sobie o nich dopiero po Pani odjeździe. Dziwne — gdzie miałem rozum? A teraz pomówmy o czymś innym.
Całe Trigorskoje śpiewa Niemiły jej nocy czar, a mnie boli serce, wczoraj z Aleksym przegadaliśmy 4 godziny z rzędu. Nigdy dotąd nie rozmawialiśmy tak długo. Proszę zgadnąć, co nas tak raptem zbliżyło. Nuda? Pokrewieństwo dusz? Nie wiem. Każdej nocy spaceruję po ogrodzie i powtarzam sobie; ona tu była — kamień, o który się potknęła, leży na moim stole, przy gałązce zwiędłego heliotropu, piszę dużo wierszy — wszystko to, jeśli Pani chce, bardzo przypomina miłość, lecz przysięgam, wcale nią nie jest. Gdybym był zakochany, w niedzielę wiłbym się z wściekłości i zazdrości, tymczasem było mi tylko smutno. I jednak myśl, że dla Niej nic nie znaczę, że rozbudziwszy i zająwszy Jej wyobraźnię, syciłem tylko Jej ciekawość, że wspomnienie o mnie ani na chwilę nie uczyni Jej bardziej zamyśloną wśród flirtów ni też smutniejszą w chwili przygnębienia, że piękne Jej oczy zatrzymają się na jakimś ryskim elegancie z takim samym chwytającym za serce, namiętnym wyrazem — nie, ta myśl jest dla mnie nie do zniesienia. Proszę Jej powiedzieć, że umrę — nie, lepiej proszę Jej tego nie mówić, będzie się tylko śmiała, to urocze stworzenie.
Ale proszę Jej powiedzieć, że jeśli w jej sercu nie ma ukrytej czułości dla mnie, tajemnego i melancholijnego pociągu, to gardzę Nią, słyszy Pani? Tak, gardzę mimo całego zdumienia, które powinno w Niej wzbudzić to tak obce dla niej uczucie.
Żegnam, baronówno, proszę przyjąć pełne szacunku pozdrowienia od prozaicznego wielbiciela Pani. 
21 lipca PS. Proszę mi przysłać obiecany przepis — uczyniłem już tyle głupstw, że brak mi sił — przeklęty  przyjazd, przeklęty odjazd.
Aleksander Puszkin, Listy, tłum. Marian Toporowski, Danuta Wawiłow, Państwowy Instytut Wydawniczy 1976, s. 146-149.


piątek, 20 lipca 2012

Odcinek 394: Eugène Delacroix, 1847 rok

Z dziennika Eugène Delacroix
 

 20 lipca 1847 roku
George Sand i Fryderyk Chopin. Obraz Adolfa Karpellusa.
— Dzień mojego wyjazdu do Champrosay, gdzie spędziłem ponad dwa tygodnie. Z rana (czy w przeddzień) otrzymałem list, w którym pani Sand pisze mi o swojej kłótni z córką.
Rano, kiedy jadłem obiad po powrocie z muzeum, gdzie otrzymałem zamówienie na kopię Straży, przyszedł Chopin. Mówił mi o liście, który otrzymał; przeczytał mi ten list prawie cały zaraz po moim powrocie. Trzeba przyznać, że jest nieludzki. Okrutne namiętności i długo tłumiona niecierpliwość wyszły na jaw. Mocą kontrastu, który byłby zabawny, gdyby wydarzenie to nie było tak smutne. Autorka od czasu do czasu zajmuje miejsce kobiety i rozpływa się w tyradach zapożyczonych z powieści czy filozoficznego kazania. [...]
Eugène Delacroix, Dzienniki: 1822-1863, t. 1, tłum. Joanna Guze i Julia Hartwig, Zakład Narodowy im. Ossolińskich 1968, s. 146.

czwartek, 19 lipca 2012

Odcinek 393: Antoni Słonimski, 1936 rok

Antoni Słonimski, Recenzja „Przedwojennej buchalteriiEmila i Arnolda Golz

19 lipca 1936 roku
Teatr Letni: „Przedwojenna buchalteria”, komedia muzyczna w 3 aktach Emila i Arnolda Golz; przeróbka i piosenki Mariana Hemara; reżyseria Janusz Warnecki
Adolf Dymsza.
Utarł się zwyczaj wystawiania latem operetek i wodewilów. Jest to zwyczaj specyficznie warszawski. Być może, wywodzi się jeszcze z epoki „ogródków” i „słomianych wdowców”. Że niby żonusia u wód, a mężulek bibosz i śniadankiewicz mknie do teatrzyku na coś pikantnego. W tym wypadku jest to istotnie coś pikantnego, ale w najszlachetniejszym sensie tego słowa. To Dymsza. Kopernik i Einstein humoru, Napoleon — bo mały i Alain Gerbault — bo sam.
Zabawnie spreparowany przez Hemara tekst tej głupkowatej poza tym historyjki daje pole do wszystkich niezawodnych i bardzo osobistych wyczynów wielkiego komika. Dymsza jest genialny, bo nie jest podobny do nikogo. Nie przypomina w niczym żadnego z komików europejskich, a jego podobieństwo do ekscentryków amerykańskich ogranicza się prawie wyłącznie do mistrzowskiej ekwilibrystyki, do absolutnej zręczności ciała, tak absolutnej, jak istnieje słuch absolutny. Dymsza jest młody, silny, muzykalny, ma potężny głos i wspaniałe mięśnie. Czasem w trupach akrobatów cyrkowych występuje jeden niezdarny akrobata, któremu nic się nie udaje. Ten oczywiście musi umieć najwięcej. Podobnie Dymsza, aby osiągnąć tak wysoki gatunek parodystyczny, musi panować nad wszystkimi środkami gry scenicznej w sposób nieomylny. Żałować tylko należy, że reżyser, nie rozumiejąc dość dobrze istoty humoru Dymszy, tuszował go i skazywał na niepotrzebną dyskrecję. Była w tym nierozsądna ambicja naginania tego króla kabaretu do wymagań teatru. Dymsza jest pełnowartościowy, gdy się rozszaleje. Trzeba mu było pozwolić na zupełne szaleństwo. Mamy nadzieję, że w następnych przedstawieniach wielki komik odbije sobie niepotrzebny umiar, do którego zmuszał się chwilami na premierze.
Dzielnie sekundowali Dymszy pp. Karczewski, Bogucki, Łapiński, Orwid i pani Janecka. Śpiew i wdzięk przedstawienia reprezentowały pp. Brochwiczówna, Grossówna i młoda osóbka oznaczona w programie, jak dobra marka koniaku, trzema gwiazdkami.
Antoni Słonimski, Gwałt na Melpomenie, t. 2, Czytelnik 1959, s. 314-315.


środa, 18 lipca 2012

Odcinek 392: Zygmunt Krasiński, 1841 rok

Z listu Zygmunta Krasińskiego do Delfiny Potockiej

18 lipca 1841 roku
Delfina Potocka
O 4-tej stąd ruszamy dziś. Znów się o noc jedną, o kraj cały jeden odsadzę od Ciebie. Jutro rano przeklnę słońce w Toskanii, popłynę do Aquila Nera. Tam gdzie kątek sobie obrawszy, siędę pisać do Ciebie, znów Ci kawał serca mego poszlę stamtąd, tak jak dzisiaj stąd.
[...] Na tym statku wciąż szukam Twej postaci, na tej ławce, gdzieś tyle godzin we środę przesiedziała, siadam teraz i spuściwszy głowę smętnieję co chwila głębiej, trzymam się sznurów owych, których się trzymałaś, łokieć opieram tam, gdzieś Twój opierała, jak mogę, czując, że się coraz bardziej oddalam, staram się coraz mocniej wiązać i łączyć wspomnieniami z Tobą, całą pracą ducha pracuję na przekór czasowi i przestrzeni. Dziób okrętu porze wody w stronę Genui. Ja się trzymam obrócony ku Neapolowi i nie na innej siedzę ławce, jedno na tej, gdzie Ty byłaś, a gdy wchodzę do salonu, szukam kanapy tej, na której Cię pamiętam. Droga ta cała pamiątkami zasnuta. Dwa razyśmy ją odbyli razem. O pamiętaj, pamiętaj o mnie [...].
Cyt. za: Marta Piwińska, Miłość romantyczna, Wydawnictwo Literackie 1984, s. 261.

wtorek, 17 lipca 2012

Odcinek 391: Rainer Maria Rilke, 1897 rok

List Rainera Marii Rilkego do Lou Andreas-Salomé

Wolfratshausen, 17 lipca 1897. Sobota rano.
Lou Andreas-Salomé.
Samotny siedzę, przede mną na stole
mały, przybladły Twój portret z dzieciństwa;
w nim rozpoznaję to, co teraz dla mnie 
marzeniem tęsknym: lekki, zagubiony, 
melancholijny uśmiech, a pod brwi łukami, 
pod bielą czoła czuwają oczy Twe łagodne, 
już wtedy umiejące sięgać w życia głębie 
i rozdające wokół tysiąc łask promiennych.

Lubię ten obrazek bardzo. O wiele więcej na nim z Ciebie niż na tym ostatnim zdjęciu od „Elwiry. Ta czystość rysów, ta prostota, to ciemne poszukiwanie we wzroku, co w jednym momencie może rozjaśnić nagły uśmiech objawiający się u Twych warg, tego wszystkiego nie ma na nowej fotografii. A ponadto kryje się tu jeszcze jeden z Twych największych cudów: Twe oczy, zda się, napotykają jakąś zagadkę, przez chwilę lekki cień je łagodnie przesłania niby rozpostartym skrzydłem. I nagle uśmiech na Twych wargach zakwita, zanim Twe zamyślone oczy go przeczują, pnie się na policzki i zaraża pociemniałe źrenice, aż rozbłysną w gorącej, wyzwalającej radości. A potem rośnie blask tego uśmiechu, ogarnia Cię całą, opływa Twą postać, jak jakaś promienna aureola. I tego nie ma na nowym zdjęciu. Jesteś na nim taka, jaką Puk Cię widzi. O Ty, gdybym dał im obraz Ciebie takiej, jaką jesteś naprawdę, wszystkie dzieci przechodzące mimo poklękałyby przed nim. A ja wszedłbym między dzieci i ukląkłbym pośród nich.
Kochana Ty! Wracaj już prędko. Tak smutno, gdy na moje „dobranoc nie mam odpowiedzi. Zasypiając mówię to sobie po parę razy głośno — i czekam... czekam...
Dziś pada deszcz. Chyba także i nad Kufsteinem.
Rainer Maria Rilke, Lou Andreas-Salomé, Listy, tłum. Wanda Markowska, oprac. Anna Milska, Czytelnik 1986, s. 87-88.

poniedziałek, 16 lipca 2012

Odcinek 390: Anne Frank, 1943 rok



Z dziennika Anne Frank

Piątek, 16 lipca 1943 roku

Kochana Kitty,
Otto Frank zwany „Pimem” (1889–1980),
ojciec Anne.
Znowu włamanie, ale tym razem prawdziwe! Dziś rano jak zwykle o godzinie siódmej Peter poszedł do magazynu i natychmiast zobaczył, że zarówno drzwi do magazynu, jak i na ulicę były otwarte. Natychmiast zawiadomił o tym Pima, który nastawił w kantorze prywatnym radio na Niemcy i zamknął drzwi na klucz. Potem razem poszli na górę. Zwykła komenda w podobnych wypadkach „nie myć się, być cicho, o godzinie ósmej siedzieć w pełnej gotowości i nie chodzić do toalety” była jak zwykle ściśle przestrzegana. Wszyscy w ósemkę cieszyliśmy się, że tak dobrze spaliśmy w nocy i niczego nie słyszeliśmy. Byliśmy wprawdzie trochę oburzeni, gdy przez całe rano nikt się nie pokazał na górze, a pan Kleiman do wpół do dwunastej kazał nam czekać jak na szpilkach. Powiedział nam, że włamywacze wypchnęli łomem drzwi zewnętrzne i sforsowali drzwi do magazynu. W magazynie było jednak niewiele do zabrania i dlatego złodzieje spróbowali szczęścia piętro wyżej. Ukradli dwie kasetki na pieniądze z czterdziestoma guldenami, czystymi książeczkami żyrowymi i czekowymi, a potem najgorsze: cały nasz przydział cukru w bonach na równe 150 kilogramów. Niełatwo będzie zdobyć nowe bony.
Pan Kugler myśli, że ten włamywacz należy do tego samego cechu, co ten sprzed sześciu tygodni i przez wszystkie troje drzwi (drzwi do magazynu, dwoje drzwi wejściowych) próbował dostać się do środka, ale mu się to wówczas nie udało.
Ten wypadek znowu spowodował trochę zamieszania w naszym budynku, ale bez tego Oficyna nie może, zdaje się, wytrzymać. Cieszyliśmy się oczywiście, że maszyny do pisania i kasa leżały bezpiecznie w naszej szafie na ubrania.
Twoja Anne
PS. Lądowanie na Sycylii. Znowu o kroczek bliżej do...!
Anne Frank, Dziennik (Oficyna), tłum. Alicja Dehue-Oczko, SAWW 1993, s. 95–96.

niedziela, 15 lipca 2012

Odcinek 389: Maria Ginter, 1941 rok

Z notatek więziennych Marii Ginter z d. Zieleniewskiej


Warszawa, 15 lipca 1941 roku

Leżałam na sienniku marząc, jak zwykle, o wolności, kiedy nagle z korytarza dobiegł szczęk kraty i głos [strażniczki oddziałowej] Piątkowej:
– Zieleniewskie na przesłuchanie!
Zaczęłam szukać pantofli i klęłam w duchu, że znów nas ciągną na Szucha zamiast wypuścić na wolność. Piątkowa otworzyła celę i przyjrzała się uważnie kartce:
– Nie! Omyliłam się! – wykrzyknęła. – Na wolność, nie na przesłuchanie!
Zaczęłyśmy się całować, tańczyć i skakać. W szalonym pośpiechu pakowałam rzeczy, byle szybciej wyjść już z tych murów. Tymczasem w celi zrobił się tłok. Wszystkie znajome przybiegły nas pożegnać. Lubiano nas, więc radość panowała ogólna. Nie wiedziałam, co robię, kto mnie całuje i wszystko wylatywało mi z rąk.
Oddziałowa stwierdziła, że odkąd tu, pracuje, nie było takiego ruchu w więzieniu, Nawet chore w szlafrokach zeszły ze szpitala.
Do kąpielowego, gdzie odbierało się rzeczy, odprowadzono nas tłumnie. Zdenerwowany Niemiec rozpędził wszystkie więźniarki do celi.
Wreszcie opuściłyśmy gmach Serbii.
W bramie żegnała nas zapłakana Józka. Zaczął padać deszcz. Danusia, trzymając mnie za rękę, poszła z nami aż do furtki.
Pozostałości bramy Pawiaka,
wysadzonej w 1944 roku.
Ciężko było pozostawić te wszystkie współtowarzyszki niedoli, które nie wiedzą kiedy i czy w ogóle wyjdą. Opuszczenie Danusi bolało jednak najbardziej.
W kancelarii załatwiałyśmy formalności z depozytami. Po złożeniu kilku podpisów, wręczyli nam wreszcie zwolnienia do ręki.
Po krótkiej rewizji w dyżurce stanęłyśmy przed bramą. Deszcz ciągle padał. Drżałam niecierpliwie, gdy strażnik mocował się z potężną kratą. Wreszcie otworzyła się ostatnia zapora. Brama trzasnęła głucho. Byłyśmy na wolności!
Przypomniały się słowa tak często śpiewanej w celi piosenki:
Gdy wyjdziesz,
Trzaśnie za tobą brama
I pozostaniesz sama,
Jak gdyby nigdy nic...
Maria Zieleniewska-Ginterowa, Z pobytu w celi małoletnich, w: Wspomnienia więźniów Pawiaka, Ludowa Spółdzielnia Wydawnicza 1978, s. 205–206.

sobota, 14 lipca 2012

Odcinek 388: Serafina, 18.. rok

Z dziennika Serafiny

14 lipca 18.. roku
Radca tajny z panem Oskarem, dziś pożegnawszy nas, wyjechali do Herburtowa dla przygotowań do wesela – a raczej do pobytu mojego tam po powrocie ze Szwajcarii... Oskar był niezmiernie czuły... nie wiem, jak to nazwać – zapalczywy raczej... ręce całował... ciągle, a gdy mama wyszła... chwycił mnie wpół i pozwolił sobie usta do ust przycisnąć... Ledwiem miała czas uderzyć go w twarz, gdy odskoczył... Przepraszał potem... Kocha mnie tak, po swojemu, dziko, gwałtownie... ale – obrzydliwie... Bądź co bądź – cierpieć go nie mogę...
I my się w tych .dniach wybieramy nazad do Sulimowa, mama tylko trochę niezdrowa... i trochę sprawunków zostało do zrobienia... Otóż się Pilska zdziwi, gdy jej opowiem historię moją, bo trudno taić się przed nią...
Flora także... wyszpiegowała, jeśli nie wszystko, to przynajmniej połowę... Cóż mnie to dziś obchodzi? Niech sobie mówią ludzie, co chcą...
Nasze towarzystwo karlsbadzkie także się powoli rozprasza... Ja opuszczam to miejsce z radością... bo dla mnie nie ma nic miłego, tylko wspomnienia... Im bliżej to zamążpójście – tym mi się wydaje straszniejsze
Sam na sam z nim! a! to śmierć! – Trzeba się rzucić w świat? Z nim znowu... Jakże ja go pokażę światu...
Józef Ignacy Kraszewski, Dziennik Serafiny, Zrzeszenie Księgarstwa 1987, s. 92–93.

piątek, 13 lipca 2012

Odcinek 387: Józef Czechowicz, 1934 rok

List Józefa Czechowicza do Wacława Gralewskiego, dziennikarza i pisarza

Lublin, 13 lipca 1934 roku
Józef Czechowicz.
Miły Waciu!
Jestem na 10-dniowym urlopie. Więcej nie będę miał wczasów w okresie wakacyjnym. Tych 10 dni spędzam dość wesoło — w Lublinie. Całymi dniami wędruję poza miastem, biegam nago, kąpię się, na wieczór lecę do domu na żer i dziewczęta. [...]
Zajęcia umysłowe? Przeglądam Meyersona i dochodzę do wniosku (a wniosek w nogi!), że podbudowa biologiczna nie jest w filozofii konieczna.
Od poezyj odpoczywam. Właściwie wiele rzeczy chodzi mi po głowie, ale kiedy to realizować? Przewiduję, że w Płomyku będę miał jeszcze więcej pracy aniżeli dotychczas. Eheu.
Ten list piszę w knajpie na Wieniawie. Urocza knajpa — znasz ją pewno (w alei Długosza, tuż za szkołą rzemieślniczą). Prawdę mówiąc, ohydne mi się to wszystko wydaje i obawiam się, że moje skłonności do ascezy pewnego pięknego dnia wezmą górę nad wszystkim, z pobudek zgoła innych niż absolutne. Po prostu wstrętne mi są te wszystkie ochlaje, obżarstwa i nieczystości, i to wstrętne fizycznie. Był czas, że chciałem wszystko poznać w tym kierunku, aby przez ujęcie możliwie dużej liczby poszczególnych wypadków zbudować własny stosunek do powszechności tych wypadków, do ich idei. A dziś wolałbym, aby wiele rzeczy ludzkich było mi obcymi jak drzewa Zanzibaru.
Niczego nie żałuję. To nie jest żal i rozpamiętywanie czasu minionego. [...]
Może napiszesz mi kilka słów?
Adres: Warszawa, Dobra 6.
Good bye! 
J. Czech
[...]
P. S. W szczególności napisz, czy masz urazę o wypożyczenie lokalu. Tak a priori założyłem sobie, że nie możesz mieć o to żalu, ale ciekaw jestem sprawdzenia owych założeń.
Józef Czechowicz, Listy, oprac. Tadeusz Kłak, Wydawnictwo Lubelskie 1977, s. 280-281.

czwartek, 12 lipca 2012

Odcinek 386: Konstanty Ildefons Gałczyński, 1947 rok

List Konstantego Ildefonsa Gałczyńskiego do Zofii Nałkowskiej

Kraków, 12 lipca 1947 roku
Droga Pani,
Piszę do Pani na gorąco, a apostrofuję w ten właśnie sposób, bo sądziłem, że Pani jest wyrafinowaną komtessadenoaj, a tu okazało się, że Pani należy do klanu ludzi mi bliskich, tj. tych, którzy znają just balance between common sense and aspired. Może nie konwenansowe precyzuję się, ale przyzwyczajony jestem do głośnego myślenia. Zaś co do pisania, to dość wcześnie uświadomiłem sobie, że nie chodzi mi o pisanie, tylko o działanie za pomocą przypadkowego instrumentu – pióra. A kto działa, ten błądzi – i stąd pewnie wynikły ponure błędy mojej poetyckiej młodości. Potępiam je, te błędy, i publicznie je potępiłem, ale nie zapieram się ich, ponieważ tak, jak kobieta konsekwencje swojej urody, tak mężczyzna musi ponosić konsekwencje swojego charakteru. Poza tym św. Augustyn powiedział, że „wszystko współpracuje ku dobremu, nawet grzechy", chwileczkę, zaraz zacytuję oryginał:
omnia cooperantur in bonum  etiam peccata.
Serdecznie z żoną Natalią z Krakowa pozdrawiamy
K.I. Gałczyński
Kraków, 12 lipca 1947, Krupnicza 22
Natalia i Konstanty Ildefons Gałczyńscy.
Pozdrowienia dla Czarodzieja. Korespondencja K.I. Gałczyńskiego, oprac. Kira Gałczyńska, Świat Książki 2005, s. 29.

środa, 11 lipca 2012

Odcinek 385: Jerzy Andrzejewski, 1981 rok

Z dziennika Jerzego Andrzejewskiego

11 lipca 1981 roku
Dom Pracy Twórczej w Oborach.
Wczoraj w Warszawie, dzisiaj już normalnie, jak na ten czas spędzany w Oborach. Wczesne poranki wciąż zachwycają młodym słońcem i powietrzem jeszcze rześkim, natomiast dnie już upalne. Sporo pracy, też i sporo przesiadywania w cieniu, rozmowy, trochę, a nawet nieco mniej aniżeli trochę, a nawet nieco mniej aniżeli trochę czytania, posiłki o porach niezmiennych, myślenie o zatroskaniach natury osobistej, a też i tych, których wymiary rozleglejsze. Telewizja, wczesną wieczorną porą kończenie dnia. Sen, jak na mnie, uwzględniając złe w tym względzie nawyki, wyraźnie dobry.
Roztropnie uregulowany tryb życia udziela wiele pokrzepiającego spokoju, lecz też i nie jest wolny od pewnej dozy smutku. Ale przecież w ciągu dnia śmieję się dość dużo i rzeczywiście szczerze, choć z tego wcale nie wynika, że w takich momentach jestem naprawdę wesoły. 
Jerzy Andrzejewski, Gra z cieniem, Czytelnik 1987, s. 267.

wtorek, 10 lipca 2012

Odcinek 384: Camille Pissarro, 1888 rok

List Camille Pissarro do syna, Lucjana

Paryż, 10 lipca 1888  roku
Claude Monet, Autoportret.
Drogi Lucjanie,
Pisałem ci już, że obejrzałem obrazy Moneta. Z tego, co zobaczyłem, nie widzę postępu. Malarze w opinii swojej są pod tym względem jednomyślni. Krytyka Degasa jest najostrzejsza — określa sztukę Moneta jako sztukę obliczoną na handel. Zawsze był zresztą tego zdania, że Monet maluje tylko piękne dekoracje. Ale, jak powiada Feneon, są one obecnie bardziej pospolite niż kiedykolwiek. Renoir też uważa, że jest to krok wstecz, u diabła!... I co ty na to?... I Durand-syn utrzymuje to samo, ale tu, trzeba przyznać, przebija w nich żyłka kupiecka,
U Duranda spotkałem Moneta. Zdaje mi się zawsze, że ma ironiczny wyraz twarzy. Czytałem właśnie artykuł, gdzie skrytykowano, go w sposób idiotyczny, a argumenty tak głupie, że mu aż o tym powiedziałem, przy czym pochwały są również na tym samym poziomie. O sztuce nie mówiliśmy — i tak by mnie nie pojął. Kto wie zresztą, czy nie ma racji, każdy robi, jak może!
Spotkałem Bracquemonda, bardzo mnie chwalił za moją Dziewczynę łamiącą chrust [właściwy tytuł obrazu: Gelee  blanche, jeune paysanne faisant du feu]. Rozmawialiśmy na temat dzielenia tonów — oznajmił, że miał wątpliwości, czy obrałem właściwą drogę, sądzi jednak, że kroczę nią nieprzypadkowo i że przyniesie to owoce. Jak widzisz, bardzo sympatyczny.
Camille Pissarro, Gelee blanche, jeune paysanne faisant du feu.

Camille Pissarro, Listy do syna Lucjana, tłum. Kazimierz Kossobudzki, Zakład Narodowy im. Ossolińskich 1971, s. 126.

poniedziałek, 9 lipca 2012

Odcinek 383: Wojciech Kossak, 1913 rok

List Wojciecha Kossaka do Zofii Hoesickowej

Zakopane, środa, 9 lipca 1913 roku
Droga Pani Zofio.
Arcyksiążę Leopold Salwator,
generalny inspektor artylerii.
W lipcu 1913 r. przyjechał do Galicji
na inspekcję.
Wczorajszy dzień przekonał mnie, że siły moje są niespożyte. Wykreśliwszy z całej jednej doby spanie, prowadziłem od 4 z rana po błocie ślizgający się automobil, a odpowiedzialność za dostojne członki habsburskie razem z kierownicą była w moich rękach. Dzień targowy i przekleństwa od choler, ścierw z życzeniami połamań karków i czego tam jeszcze leciały pod adresem rakuskiego księcia [Leopolda Salwatora] tak swobodnie, jak i pod moim własnym. [...]
W tej chwili gdy ceremoniał przyjęcia Rakuszanina (chleb i sól, błogosławieństwo w kościele czarnodunajeckim, speech starosty etc. etc.) się odbył, wsiedliśmy na konie (ja na doskonałego irlandzkiego huntera od jenerała Rozwadowskiego dla mnie przeznaczonego) i ruszyliśmy pod groźnym niebem a z tragiczną sylwetą Tatrów na horyzoncie ku temu piekłu, jakim jest k.u.k. Artillerie Scharfschiessen [ostre strzelanie cesarsko-królewskiej artylerii]. Niewinne białe obłoczki unoszą się liczne w górę, błysk oślepiający, grom i w biedną podhalańską kamienistą ziemię padają odłamy żelaza, wyrywając dziury na chłopa głębokie. Ryczą haubice, konie, choć artyleryjskie, rzucają się, jak gdyby naprawdę coś dostały. Ołowiany deszcz siecze.
Daleko gorszy właściwie teraz się rozpoczął, zwykłe zakopiańskie „siąpienie” od 10 z rana do 2-giej. [...] Zsiadłem z konia, nie przebierając się (bo w co, kiedy nie miałem nic ze sobą), dowiedziawszy się, że arcyksiążę mnie potrzebować dziś nie będzie, drapnąłem „Austinem” tutaj. Władek, tub, przebranie się w suche ubranie, nie Marsa lecz Wenery panowanie, pani Mańcia, pani Genia i inne drogie, najsłodsze cacka. A bas l’armée, a bas la guerre! [precz z wojskiem, precz z wojną!] Głupie samce wojownicze, jakżeście mi antypatyczni, a wy, drogie, jakżeż miłe.
A teraz do sprawy, dla której Panią moją prozą nudzę. Pokój numer 3 i 4 [w pensjonacie] na dwa miesiące już wynajęty, jacyś państwo z aniołkiem. Aniołek drze się od 5 z rana i jeżeli mu nie życzyłem dziś, aby powiększył grono niebieskich, to przez wzgląd, że niebawem drugi takie same koncerta będzie wyprawiał. Ustępuję Pani numer 6 i wynoszę się na górę. Budziszewska zatrzymuje dla Pani do tego 5-ty i mogą być każdej chwili zajęte przez Panią. [...] Niechże więc parter tego roku będzie królestwem niepodzielnym mam z pisklętami, ja bym już i tak uciekł przed tamtym jednym, więc poświęcenia nie robię żadnego, Pani Zofio.
Jutro wracam jeszcze na tydzień do Krakowa, rączki całuję, Dunia ściskam – W. Kossak.
Wojciech Kossak, Listy do żony i przyjaciół 1883–1942, oprac. Kazimierz Olszański, t. 2, Wydawnictwo Literackie 1985, s. 126.