sobota, 30 czerwca 2012

Odcinek 374: Salvador Dali, 1952 rok

Z dziennika Salvadora Dali

30 czerwca 1952 roku
Kolejny dzień poświęcony w pierwszym rzędzie gromadzeniu i wydzielaniu śliny. Skończyłem śniadanie o szóstej rano, a ponieważ czułem, jak rozpiera mnie energia, by malować wielkie sklepienie Wniebowzięcia, zmusiłem się najpierw do precyzyjnego wykonania łuski złowionego wczoraj ptaszora, co prawda tylko jednej, ale za to nieprawdopodobnie błyszczącej i srebrzystej. [...] Po południu malowałem niebo aż do zmroku. To głównie ono sprawia, że ślinię się tak obficie. Pęknięcia wywołują uczucie gwałtownego pieczenia. Można by rzec, iż mitologiczny robak toczy kąciki mych ust. [...]
Pojawił się Juan, mój dziesięcioletni model, abym poszedł z nim na nabrzeże pograć w piłkę. [...] Zeszliśmy obaj na nabrzeże. Dzień miał się ku końcowi. Gala, w nieco melancholijnym nastroju, ale bardziej opalona, piękniejsza i cudniej rozczesana niż kiedykolwiek, dostrzegła nagle robaczka świętojańskiego, który błyszczał jak moja poranna łuska. [...]
Tour de France, 1952 rok.
Należy dodać, że wszystko to zbiega się w czasie z kolarskim wyścigiem dookoła Francji, którego przebieg komentowany w radiu przez Georges’a Briqueta śledzę w najdrobniejszych szczegółach. Lider wyścigu, Bobet, zwichnął sobie kolano, z nieba leje się żar. Chciałbym, aby cała Francja wsiadła na rowery, aby wszyscy pedałowali w pocie czoła, wspinając się niczym bezsilni szaleńcy po stokach nie do pokonania, podczas gdy boski Dali w sybaryckiej ciszy Port Lligat maluje najrozkoszniejsze okropieństwa. O tak, kolarski wyścig dookoła Francji sprawia mi ustawiczną satysfakcję, do tego stopnia, że niedostrzegalnie, lecz uporczywie gromadzi się ślina pielęgnująca w kącikach mych ust przekrwione, strupowate, kretyńskie, chrześcijańskie, pokryte bliznami ranki mojej duchowej rozkoszy!
Salvador Dali, Dziennik geniusza, tłum. Jan Kortas, Wydawnictwo L&L 2002, s. 35–36.

piątek, 29 czerwca 2012

Odcinek 373: Władysław Broniewski, 1920 rok

Z pamiętnika Władysława Broniewskiego

29 czerwca 1920 roku
Z patrolu na patrol, z wypadu na wypad, i tak bez przerwy, bez odpoczynku. Rezerw nie mamy, za słabi jesteśmy, aby się bronić, więc musimy atakować. Jest to taktyka ofensywnej obrony. Teraz dopiero przypomina się stara wojna, kiedy to nie spało się, nie jadło, tylko biło.
Wczoraj wróciłem na swój dawny odcinek w Zubkowiczach. Bolszewicy, spędzeni wczorajszym wypadem, zachowują się spokojnie. Przestał mnie nareszcie boleć ząb, który przez trzy dni doprowadzał mnie do wściekłości. Trzymałem się już tylko morfiną, której działanie dopiero teraz poznałem.
[...] Przed nami, za nami trupy.
Wczoraj dowiedziałem się, że Jankowski zabity, także Jasiewicz, Bielański. I tak się o tym nie mówi, nie łamie rąk, bo niejedno jeszcze jutro czeka.
Im dłużej jestem na wojnie, tym pewniej dochodzę do wniosku, że wojna w imię czegokolwiek jest niedorzecznością.
Wojna o zniesienie wojen? - Nie. A jednak jest to kataklizm nieunikniony, fatalizm wiszący beznadziejnie nad ludzkością.
Treścią przecież każdej walki, celem jest dobro człowieka - a antytezą tego przyszłego dobra jest śmierć. I wracam znów do poglądów, że ludzkość naprzód pójdzie tylko po drodze anarchizmu.
A terror wszelki tępić się będzie jak ludożerstwo.
Jednak kiedy? Jak długo będę żył? I czy życie moje odpowiada wartości tej bolszewickiej awantury? Nie mogąc tego wyprowadzić logicznie, ulegam sile przyzwyczajenia, pewnego rodzaju ambicji i żyłce jakby sportsmeńsko-myśliwskiej.
W ogóle, o ile wojnę traktować jako sport, bez głębszych refleksji, to może się ona nawet podobać.
Właściwie wszystko, co napisałem, jest głupstwem.
Boć i bolszewicy piszą, że oni wypowiedzieli wojnę wojnie! [...]

Władysław Broniewski, Pamiętnik 1918-1922, oprac. Feliksa Lichodziejewska, Państwowy Instytut Wydawniczy 1987, s. 183-184.

czwartek, 28 czerwca 2012

Odcinek 372: Katherine Mansfield, 1919 rok

List Katherine Mansfield do lady Ottoliny Morrell

Hampstead, piątek, 28 czerwca 1919 roku
Diabelne zimno wciąż trwa. Noszę jeszcze mój pas ratunkowy, nasycony od wewnątrz maściami. Ach te noce. Siedzę na łóżku i czekam, aż czarne drzewa staną się zielone. A jednak świt, który wreszcie nadchodzi, jest tak piękny, a zarazem taki straszny – narodziny światła są takie cudowne, że prawie warto na to czekać. Kiedy w nocy biją godziny, odbywam wędrówkę po miastach – w wyobraźni. Niewidzialna, prześlizguję się przez nieznane ulice, zastanawiam się, kto zamieszkuje duże domy o ciężkich drzwiach, albo też przyglądam się odpływającym łodziom na jakimś wybrzeżu i wdycham nocny zapach pełnego morza – aż bezsenność staje się ekstazą. Jaka to dziwna i realna rzecz, życie osobiste – własne, tajemne, osobiste życie. Nikt nie wie, co się myśli. Nikt nie ma nawet najlżejszego pojęcia, kim się właściwie jest...
Parliament Hill w Hampstead.
Katherine Mansfield, Listy, tłum. Maria Godlewska, Czytelnik 1978, s. 176–177.

środa, 27 czerwca 2012

Odcinek 371: Bolesław Prus, 1908 rok


„Kronika tygodniowa” Bolesława Prusa

„Tygodnik Ilustrowany” nr 26, 27 czerwca 1908 roku
[...] Już nie pamiętam, kiedy Warszawa, rumieniąc się i skromnie spuszczając oczy, wyszeptała po raz pierwszy: „Spodziewam się... tramwajów elektrycznych.” No i owo „spodziewanie się” trwało tak długo, że przez ten czas mogło przyjść na świat ze dwadzieścia słoni i ze cztery wieloryby...
Nareszcie zaczął zbliżać się „moment”... Więc naprzód wykopano stare bruki, a następnie ułożono je z powrotem, może być, że cokolwiek na innych miejscach. Potem zaczęto naprawiać stare szyny tramwajowe, ażeby wnet uprzątnąć je i zastąpić nowymi. Później – na najruchliwszych ulicach miasta – wyrosły niby kilkupiętrowe szubienice i zaczęło robić się ciemno z powodu napowietrznych drutów, tworzących coś pośredniego między siecią rybacką a olbrzymim parasolem...
Wkrótce zapowiedziano, że ruch elektrowozów rozpocznie się niebawem, następnie zrobiono poprawkę, że ruch jeszcze się nie zacznie. Potem odbyło się poświęcenie i pierwsze próby elektrowozów w remizach i na przyległych podwórkach... A potem zaczęto sobie życzyć z powodu rozmaitych uroczystości:
– Bodajbyś doczekał wypuszczenia tramwajów elektrycznych!...
Wtem... któż zdoła opisać zaciekawienie, radość i dumę warszawiaków, kiedy pewnego dnia rozeszła się wiadomość, że elektrowozy nareszcie wyjechały na ulicę... [...]
Kiedy pierwszy raz pokazały się olbrzymie, niby meblowe, wozy bez koni publiczność skupiła się na chodnikach tak gęsto, jak w czasie przejazdu nieboszczyka szacha perskiego. A kiedy pierwszy raz pozwolono dostać się do wnętrza, ludzie pchali się, jak po bilety loteryjne. I przez kilka dni należało do szyku, jeżeli mógł kto powiedzieć o sobie:
– Jechałem tramwajem elektrycznym!
Tramwaje elektryczne
na ul. Marszałkowskiej,
przed 1914 rokiem.
Takich szczęśliwców pokazywano palcami na ulicach.
[...] Publiczność z najwyższym zachwytem, z najgłębszą tkliwością powitała nowo narodzone dziecię Warszawy, myśląc: jaką by mu dać najpiękniejszą mamkę, najhigieniczniejszy smoczek, najładniej haftowane pieluszki. Aż tu naraz – ukochane niemowlę na jednej ulicy potrąca stójkowego, na drugiej obala stróża, tam kaleczy chłopca, ówdzie łamie rękę staruszce, a wreszcie – na czysto zabija kilka osób... Trudno też dziwić się, że wystraszona publiczność jednym głosem zaczęła wołać:
– Gwałtu!... ależ to nie jest niemowlę... to nie nadzieja miasta!... To rozjuszony tygrys... wściekły hipopotam... to gilotyna!...
Istotnie trochę za dużo krwi popłynęło na elektrowozowych chrzcinach. [...] Nasze elektrowozy w pierwszych dniach istnienia zapomniały o prawie stopniowego rozwoju, o konieczności tego, ażeby mieszkańcy Warszawy stopniowo przywykli do wielkich prędkości, lecz – od razu chciały jeździć... piętnaście wiorst na godzinę, w dodatku po ulicach ciasnych, zatłoczonych wozami, dorożkami, rowerami i automobilami, pędzącymi tak prędko, jak gdyby pragnęły w najkrótszym czasie dojechać do przystanku Jana Bożego.
Nie wątpię, że kiedyś elektrowozy będą u nas biegały po piętnaście wiorst, pod tym jednak warunkiem, że zaczną od ośmiu lub dziesięciu wiorst i prędkość tę będą powiększały bardzo stopniowo, może w przeciągu kilku miesięcy. Tymczasem miło mi zaznaczyć, że szalona jazda tramwajów elektrycznych osłabła, a jednocześnie ucichły wieści o przejechaniach. [...]
Bolesław Prus, Kroniki. Wybór, t. 2, oprac. Stanisław Fita, Państwowy Instytut Wydawniczy 1987, s. 193–195.

wtorek, 26 czerwca 2012

Odcinek 370: Jean Guitton, 1957 rok

Z dziennika Jeana Guittona 

26 czerwca 1957 roku
Jean Guitton w czasie wywiadu.
Pewien inspektor oświaty powiadał, że — jeśli to tylko możliwe — należałoby wprowadzić egzaminy ustne przed pisemnymi. Egzaminy ustne pozwoliłyby eliminować niezdolnych w sposób sprawiedliwszy niż pisemne, które są anonimowym kontaktem z istotą pozbawioną twarzy. Jak można osądzić człowieka na podstawie znaków pisarskich, nie nawiązując z nim dialogu? Na egzaminie pisemnym można przepisać; ustny wyda prawdę; człowiek jest wtedy z konieczności sam. Ustny zakłada obecność człowieka, który śledzi przebieg egzaminu... W ten sposób po egzaminach ustnych zatrzymałoby się najlepszych kandydatów i tych poddałoby się egzaminowi pisemnemu. Wspomniany inspektor dotknął ogromnego i bardzo dawnego już problemu. Zajmował on Platona, który w stosunku do znaków pisma, wyzbytych pamięci i nie dających się komentować, okazywał nieufność. Platon nie potrafił się obyć bez dialogu. Rozumiem go doskonale. Zawsze lubiłem być egzaminatorem na egzaminach ustnych, zostać nagle twarzą w twarz z jedną, niepowtarzalną osobą, często zbyt milczącą w konfrontacji z pytaniami — a tak trudno je zadawać w sposób, który by nie onieśmielał albo nie zawierał już w sobie odpowiedzi; z osobą młodą, trochę nieśmiałą, której zaufanie trudno zdobyć i którą trudno sprawiedliwie ocenić; albowiem pytanie, czy to usłyszane, czy wyciągnięte jak numer na loterii, jest przypadkowe. I kto wie, czy nie trafia właśnie w jakąś sferę ignorancji, której istnienie jest nieuniknione.
Ja nie staram się stwierdzić, czego kandydat nie wie, co muszą stwierdzić moi koledzy w zakresie nauk ścisłych. Próbuję zorientować się, jak głęboko sięga u tego przedstawiciela gatunku ludzkiego świadomość, co naprawdę wie. Najchętniej zostawiłbym mu wybór pytania, aby go przypadkiem nie zaskoczyć. Trzeba go zatem rozgryźć do głębi poprzez coraz to dokładniejsze pytania, żeby stwierdzić, czy mówi tylko to, co zna powierzchownie, nauczywszy się na pamięć, czy jest inteligentny, czy przejawia już swoją młodą osobowość, czy się zastanawia, czy unika pułapek, czy umie już panować nad sobą. Egzamin ustny przypomina życie ludzkie: stajemy oko w oko z losem, który przybiera postać zagadkowego egzaminatora, oszczędnego w słowa, surowego, ironicznego i pełnego współczucia; a choć wszystko zdawałoby się przemawiać przeciwko temu, okazuje się, że koniec końców ów człowiek poddając nas ciężkim próbom pragnie naszego rozwoju i ocalenia.
Dialog w trakcie ustnego egzaminu jest istotnie niezastąpiony. Człowiekowi dojrzałemu pozwala na przelotny kontakt z jednostką, wstępującą w życie, nosicielką przyszłości, która jutro będzie sądzić swoich dzisiejszych sędziów, tak jak i myśmy to robili.
Ale czasem powiadam sobie, że ustny egzamin rodzi także złudzenia. Pozorne wartości zyskują przewagę nad wartościami głębszymi: łatwość wysłowienia nie przynosząca istotnych treści, sztuka uchylania się od odpowiedzi, wdzięk młodej twarzy, a u dziewcząt — nawet sztuka budzenia litości. Wszystko to przydaje się w życiu i wiąże się ze sztuką uwodzenia, ale uniwersytecki egzamin nie tych umiejętności dotyczy. I przeciwnie — prawdziwa znajomość przedmiotu, ale powolność czy nieśmiałość, zaskoczenie, lęk przed porażką, skrępowanie odczuwane w obecności nowego profesora, który pyta w odmienny sposób — wszystko to może młodego geniusza zmusić do milczenia. I najlepsi mogą odpaść właśnie na egzaminie ustnym.
Ustny egzamin nie pozwala przekonać się, czy pytany zna ortografię, czy stawia znaki przestankowe, co jest jeszcze ważniejsze, ponieważ dowodzi umiejętności myślenia. Czy posiada poczucie ładu, kompozycji, toku myślowego. Czy jego dokładność sięga najmniejszego ułamka i odcienia znaczeniowego. Czy potrafi on znieść cztery godziny milczenia.
Egzamin pisemny, który oszczędza nam sądów powodowanych sympatią, ich pochopności, daje większe możliwości osądu sprawiedliwego. Toteż wziąwszy wszystko pod uwagę, powiedziałbym, że dobrze jest zaczynać od pisemnego, ponieważ zawsze trzeba zaczynać od oddania sprawiedliwości.
Egzaminy w University of Adelaide, 18 listopada 1957 roku.

Jean Guitton, Dziennik 1952-1964, tłum. Aleksandra Olędzka-Frybesowa, Pax 1984, s. 250-252.

poniedziałek, 25 czerwca 2012

Odcinek 369: Marian Brandys, 1977 rok

Z dziennika Mariana Brandysa

Warszawa – Obory, sobota, 25 czerwca 1977 roku
Sklep Pewexu.
Rano jedziemy z Haliną do sklepu dewizowego Peweks, bo jak twierdzi, musi sobie kupić prawdziwe dżinsy, gdyż „jest to idealny strój na więzienie, gdyby wypadło siedzieć, a jeśli wszystko skończy się dobrze, to i na pielgrzymkę do Częstochowy się przyda”. Uwielbiam takie wygłupy Haliny, zwłaszcza że wiem, ile ją kosztuje to trzymanie fasonu. Zdradza się z tym przy rozmaitych okazjach. Na przykład w żaden sposób nie mogłem jej nakłonić, żeby po te dżinsy poszła sama. „Ty możesz – mówi do mnie – bo masz konto dolarowe i nikt twoich sprawunków w Peweksie nie zakwestionuje, ale ja...” Ani na chwilę nie zapomina o tych wszystkich anonimowych listach i anonimowych telefonach na temat dolarów, którymi „zagraniczne ośrodki dywersyjne opłacają KOR”.
Ma zresztą Halina i swoje przyjemności. Po drodze do Peweksu i w samym sklepie ciągle ktoś ją poznaje i darzy życzliwym uśmiechem bądź niskim ukłonem. A plastyczka, pani Młodożeńcowa, u której zamówiła sobie ręcznie malowaną suknię, odmawia przyjęcia za nią pieniędzy i oświadcza, że wystarczającą dla niej zapłatą jest „zaszczyt, że Mikołajska będzie ją nosiła”.
Marian Brandys, Dziennik 1976–1977, Iskry 1996, s. 312–313.

niedziela, 24 czerwca 2012

Odcinek 368: Maria Dąbrowska, 1922 rok

List Marii Dąbrowskiej do męża, Mariana

Krynica 24 czerwca 1922 roku
Drogi –
Znowu będziesz na mnie krzyczał – bo mi znów smutno bez li­stu od Ciebie. Taki jesteś skąpy – tak się cenisz.
No, wszystko jedno –
Przed kilku dniami jeździłyśmy z panią Konopacką na wycieczkę do Jaworzyny. [...] Był to pierw­szy dzień pogody i wycieczka bardzo piękna. [...]
Na tę wycieczkę jechało się tak – najpierw śliczną drogą nad Czarnym Potokiem, potem dojeżdża się do wodospadu, który co prawda spada z wysokości stoku, ale to miejsce jest urocze – wśród świerków i łąk jaśniejących jak chryzolity. Woda potoku jest ciemna od dna przesyconego igliwiem i torfem górskich łąk. Nad tym wodospadem jest mleczarnia. Tu dorożka staje teraz trzeba iść na Jaworzynę. To jest najwyższy szczyt w okoli­cy – ma 1116 m nad poziomem morza. Właściwie trzeba mi­nąć trzy szczyty. Najpierw jest bardzo stromy – coś dziwnego – łąka cudowna będąca nieomalże ścianą przepaścistą. Pełna storczyków bladolila, kampanuli, rumianków, skabiozy, niezapominajek. [...] Dochodzi się do miejsca nieco mniej stromego. Stąd widać na rozległych zielonych halach chaty-szałasy, schronienia pastuchów, jak ta, którą widzieliśmy w Orlicy w kinematografie. Teraz mamy przed sobą drugi szczyt – nieco najwyżej 150 me­trów ponad to, gdzieśmy weszły – ale pokryty trawą suchą i bar­dzo śliską, a tak samo pochyły. Dochodząc do wierchu spotyka­łyśmy tu i tam szare omszałe kamienie, dziwnie wystające z ziemi. Wierzchołek ten był przełęczą. W dwie strony spada śliczny szafirowy głąb dolin. Tą, przełęczą szeroką, porośniętą na skłonach bukowym lasem, idzie się jak po równej drodze dosyć długo. W połowie jej spotyka się ów sławny Kamień Diabelski pod Jaworzyną. Stoi on pośród bukowej zarośli jak w świątyni. Ogarnęło mnie zdumienie, gdy go zobaczyłam, tak jest podobny do egipskiego Sfinksa. Żałowałam, że nie wzięłam ołówka i kartki, żeby ci go narysować. Są do niego przywiązane zwykłe legendy, że niósł go diabeł i nie doniósł itd. [...]
Kamień Diabelski.
Gdy minęłyśmy bukowe zagaje, na lewo od nas było łagodnie pochylone bezleśne wzgórze. W jego połowie znowu taka chatynka. Chciałyśmy zaglądnąć do środka, ale tak była zarośnięta pokrzywą, że ani dojść. Dopiero za tym szczytem ukazał się drugi, najwyższy – to była Jaworzyna. Szło się do niej znowu przełęczą łagodnie spadającą na boki i już w coraz większych przestworzach niebieskiego powietrza i przecudnych widoków na lasy i wzgórza. Wicher tam był tak szalony, że trudno było ujść, ale bardzo miło. Wreszcie szczyt, porośnięty trawą, bez krzaczka – na nim słup z napisem. Tam dopiero rozkwita w duszy to samo wielkie uczucie co nad morzem. Nad nami niebo było przejrzyste i szafirowe – a naokoło tyle tego nieba, ile go jest nad ziemią – na brzegach coraz gęstsze, jak różowy krem – a pod nim lila i szafirowe fale gór – już zupełnie jak morze. Tatry widać było ledwo, że ledwo, a tak wysoko, że trud­no było uwierzyć, że to góry ziemi.
Cała ta podróż na szczyt i z powrotem 2 i pół godziny – na dole W mleczarni nad potokiem zjadłyśmy podwieczorek i wró­ciły do Krynicy. [...]
Całuję
twoja Mi

Ich noce i dnie. Korespondencja Marii i Mariana Dąbrowskich 1909–1925, oprac. Ewa Głębocka, Iskry 2005, s. 626–628.

sobota, 23 czerwca 2012

Odcinek 367: Oskar Wilde, 1897 rok


List Oskara Wilde'a do lorda Alfreda Douglasa

Środa, 23 czerwca 1897 roku                                      
Cafe Suisse, Dieppe
Oskar Wilde i Alfred Douglas.
Mój Kochany Chłopcze,
Dzięki Ci za list, który dostałem dziś rano. Moja fete była ogromnym sukcesem: piętnastu gamins podejmowałem truskawkami, śmietanką, morelami, czekoladkami, ciastami i sirop de grenadine. Miałem ogromny tort z lukrem, z Jubile de la Reine Victoria wypisanym na nim literami z różowego lukru w zielonej rozecie i ogromnym wiankiem czerwonych róż wokół. Wszystkie dzieci poprosiłem wcześniej, żeby sobie wybrały prezenty: wszystkie wybrały instrumenty muzyczne!!!
6 accordions
5 trompettes
4 clairons.
Zaśpiewały Marsyliankę i inne pieśni, zatańczyły ronde, a także zagrały Boże chroń królową: powiedziały, że jest Boże chroń królową, a ja nie chciałem być odmiennego zdania. Wszystkie miały też chorągiewki, które im dałem. Były nadzwyczaj wesołe i urocze. Wzniosłem toast za zdrowie La Reine d'Angleterre, a one zakrzyknęły Vive la Reine d'Angleterre!!! Następnie wzniosłem toast za La France, mere de tous les artistes, a na zakończenie za Le President de la Republique: pomyślałem sobie, że lepiej będzie jeśli to zrobię. Wszystkie jak jeden mąż zakrzyknęły Vivent le President de la Republique et Monsieur Melmoth!!! Tak więc imię moje zostało połączone z imieniem prezydenta. Co było zabawne, zważywszy, że zaledwie miesiąc upływa odkąd wyszedłem z więzienia.
Bawiły się od 16.30 do 19-ej: kiedy wychodziły, każdemu dałem koszyczek z kawałkiem jubileuszowego ciasta z różowym lukrem i napisem, oraz bonbons.
Zdaje się, że urządziły wielką manifestację w Berneval-le-Grand i poszły pod dom Mera, gdzie zakrzyknęły Vive Monsieur le Maire! Vive la Reine d'Angleterre. Vive Monsieur Melmoth! Drżę na myśl o moim położeniu.
Dziś przyjechałem tu z Ernestem Dowsonem na obiad z malarzem Thaulowem, olbrzymem o wrażliwości Corota. Zostaję na noc i jutro wracam.
Jutro napiszę o rozmaitych rzeczach.
Twój, najdroższy chłopcze, na wieki
Oskar
Nic nie mogło być inaczej: Listy Oskara Wilde'a, oprac. i tłum. Danuta Piestrzyńska, Wydawnictwo Książkowe Twój Styl 2005, s. 160-161.


piątek, 22 czerwca 2012

Odcinek 366: Tadeusz Bobrowski, 1877 rok

List Tadeusza Bobrowskiego do siostrzeńca, Józefa Teodora Konrada Korzeniowskiego (Josepha Conrada)

10/22 czerwca 1877 roku, Kazimierówka
Mój Kochany Chłopcze!
List Twój z d. 8 maja (zapewne Waszego stylu) otrzyma­łem tydzień temu dopiero, to jest naszego 3 bm. i na ko­niec choć trochę uspokoiłem się o Ciebie.
Nie pojmuję doprawdy, dlaczego moje nie dochodzą Cie­bie, bo oto jest trzeci, który piszę od chwili otrzymania Twojego powiadomienia, że zostajesz w Marsylii. [...]
Mieliśmy zimę nadzwyczaj długą, bo aż do ostatnich [dni] marca, następnie kwiecień bardzo zimny i suchy, potem maj suchy i bardzo gorący — deszczu już szósty tydzień nie mamy, a znowu zimna i grady. Żyta i pszenice niezłe i trzymają się — inne zboża mizerne, a buraki także. Ceny zna­cznie podskoczyły na zboże, ale go nie ma, i to podniesie­nie cen nie tyle jest skutkiem gwałtownego potrzebowania, wiele upadku naszych pieniędzy. Jak długo wojna potrwa? Przewidzieć niepodobna! Ale to pewne, że jakiekolwiek bę­dzie jej rozwiązanie, na stanie ekonomicznym wszystkich, a w szczególe na naszym, mocno zaciąży.
Marsylia około 1900 roku.
Pytasz mnie, Mój Drogi, czy możesz wziąć przed 3/15 sierpnia leżące u bankiera 300 fr., gdybyś przed tą porą miał z Marsylii wyjechać. Rzecz jasna, że możesz, a nawet i wcześniej, boć widzę, że wyekspensowawszy się na kuracją przy zarabianych miesięcznie 60 fr. trudno, byś ich nie potrzebował. Zważywszy tę potrzebę, nie mając sam nic do przesłania Ci, a szczególnie z powodu okropnego kursu pieniędzy naszych, pragnąc od podobnej straty — dla nikogo niekorzystnej — jak najdłużej się chronić, w nadziei, że kursa się poprawić mogą, proszę też wuja An­toniego, by z procentu uzbieranego od zostawionych dla Ciebie przez śp. Katarzynę K. [ciotkę Korzeniowskiego] w Kasie Oszczędności 1000 guldenów przesłał Ci fr. 200. Dziś właśnie do niego o to piszę. Będzie to dwuletni procent od tej sumki. Wi­dzisz, że długo zbierać trzeba, a prędko stracić przychodzi. Ma się rozumieć, że jakikolwiek będzie kurs we wrześniu, Ty swoją pensją mieć musisz, i będziesz ją miał! Ale pyta­nie, jakim sposobem ją możesz otrzymać wyjeżdżając do Indii na rok cały? Otóż, proszę, pomyśl o sposobie? [...] Dla mnie przesłanie z góry całorocznej pensji jest uciążliwe, szczególnie tego roku! Otóż widzisz, Panie Bra­cie, jak to człowiek za własne winy pokutuje; gdyby nie zeszłoroczna eskapada, która całą półroczną pensją pochłonęła, mógłbyś całoroczną pensją mieć od razu, bo tak byłem się rozporządził, że się składała zawsze pół roku naprzód. [...] Napisz też, jak Twoje zdrowie? I co to za zajęcie masz za 60 fr., które zarabiasz? Pisz często, pókiś w Marsylii.
Ściskam Cię i błogosławię całym sercem.
Twój Wuj
T.B.
Tadeusz Bobrowski, Listy do Conrada, oprac. Róża Jabłkowska, Państwowy Instytut Wydawniczy 1980, s. 28–30.

czwartek, 21 czerwca 2012

Odcinek 365: Stefan Żeromski, 1885 rok

Z dzienników Stefana Żeromskiego

21 czerwca 1885 roku
[...] Te kilka ostatnich dni naszego roku są porą zawiązywania węzłów na przyszłość. Kilkudziesięciu moich kolegów ruszy w świat, a ilu to z nich porwie los w dalekie strony, ilu poniży i zdepce, ilu postawi na wyżynach! Dziś jeszcze wszyscy równi i bracia, a później jedni zamienią się w panów, inni w nędzarzy i stworzy się między jednymi i drugimi mur... kasty. Janek na koszt rządu jedzie do Lipska, pięciu do Petersburga, Tomek, Frank, Wojna, Wilkoszewski, blagier Zaremba na prawo – reszta do „almae matris” naszej warszawskiej. Oj, ten uniwersytet warszawski – nędzaż to, nędza! Chonowski, Tłuchowski na medycynę, Rychłowski na prawo, a inni gdzie Bóg da.
Za trzy lata Jasio będzie profesorem łaciny i greczyzny... Zabawna sytuacja – ja bowiem będę dulczał jeszcze na dobre gdzieś w uniwersytecie, Bóg wie na jakim fakultecie, a może grywał na deskach scenicznych romantyczno-sentymentalnych bohaterów. Ach, gdyby to raz już zrucić [!] „tę Dejaniry palącą koszulę” — granatową!
Zabawna rzecz jest patrzeć na sztubaków, przebierających się w cywilne kapelusze i sak-palta! „Zły” Halik, Piasecki, Rewoliński, Boleś – pompatycznie przymierzają to wszystko, by po otrzymaniu patentów puścić Kielcom wraz z papierosowym dymem fimfę ostateczną...
Jeżeli „są chwile w życiu ludzkim”, to porzucenie gimnazjum – jest najpiękniejszą... [...]
Gmach Męskiego Gimnazjum w Kielcach, do którego w latach 1874–1886
uczęszczał Stefan Żeromski.
Stefan Żeromski, Dzienniki, t. 1, Czytelnik 1953, s. 283.

środa, 20 czerwca 2012

Odcinek 364: Aleksander Gierymski, 1885 rok

List Aleksandra Gierymskiego do Prospera Dziekońskiego

20 czerwca 1885 roku, sobota
Roma, Caffe Greco, Via Condotti
Mój Kochany Prosperze!
Jeżeli Ci dotąd nie odpisałem, to nie dlaczego innego, tylko dlatego, że mi było trochę wstyd pisać po Twoim liście. – Co chcesz, byłem tak biedny, spiłowany; widziałem cały mój upadek, widziałem się opuszczonym, całe moje nadzieje, jakie jeszcze mieć mogłem – do czarta. – Jednym słowem nędza... Po odebraniu listu z pieniędzmi chciałem na­tychmiast odpisać, ale nie wiedziałem, komu; potem odkładałem z dnia na dzień i tak zeszło jak dotąd. – Zresztą, nie gniewajcie się na mnie, ja już taki, czort mnie zabierz. – Jestem ogromnie kontent w tej chwili; nie miałem ani grosza dziś jeszcze, pożyczyłem od Cieszkowskiego, ma­larza, franka na kupno marek 4-ch, żeby posłać listy do Lewentala, Orgelbranda, Ciebie i do komisjonera do Bolonii. Napisałem pierwsze dwa listy, wrzuciłem do skrzynki i poszedłem na spacer z Cieszkowskim. Zapalając się w rozmowie dusiłem moją prawą kieszeń od kamizelki. Do diabła, natrafiłem na jakieś zmiętoszone papierki; patrzę – 10 rubli. Dziesięć rubli, więc 25 franków jak z nieba! Patrz, jak mi się przydało noszenie pieniędzy w kieszeni od kamizelki, a Tyś mi za to wymyślał!
[...] nie będę w tej chwili dalej pisał – to już a conto tego szczęścia, co mnie spotkało, wypiłem trzy wermuty; a człowiek w tych warunkach jest mało interesujący.
Addio Caro!
Alexander

Rzym, Via Condotti, fotografia z końca XIX wieku.
Maksymilian i Aleksander Gierymscy, Listy i notatki, oprac. Juliusz Starzyński, Halina Stępień, Ossolineum 1973, s.  258–259.

wtorek, 19 czerwca 2012

Odcinek 363: Jerzy Pilch, 2010 rok

Z dziennika Jerzego Pilcha

19 czerwca 2010 roku
Kibice z wuwuzelami.
Naprawdę dajesz radę, Pilchu? Otóż nie. W każdym razie nie całkiem. Po pełnym tygodniu, po obejrzeniu dwudziestu meczów, trochę zacząłem trzeszczeć. Rzecz niedopuszczalna - jak się ogląda mundial, trzeba oglądać wszystko. Tylko frajerzy oglądają wybrane mecze, tylko oni wiedzą, które wybrać. Dziecinada czysta - na mundialu nie ma meczów mniej ważnych. Ileż to razy, gdy byłem młody i naiwny, opuszczałem jakieś spotkania na oko bezbarwne i na rozum bez znaczenia i zawsze się okazywało, że na tych trzeciorzędnych sparingach działy się rzeczy wstrząsające i niepoczytalne: jakieś monstrualne wyniki, jakieś niebywałe ekscesy, jakieś krwawe porażki stuprocentowych faworytów, jacyś kuwejccy szejkowie na płycie.
Jeszcze więksi frajerzy zaczynają oglądać od jednej ósmej, najwięksi od ćwierćfinałów; kto zaczyna oglądać od półfinałów, bardzo jest podejrzany, a kto ogląda tylko finał, ten - przywołajmy klasyka - paskudnym jest gwałtownikiem, strasznym rabuśnikiem, największym łajdakiem.
Przymierzyłem się do wszystkiego, nie dałem rady, łeb mi od nieustannego jazgotu zaczął pękać. Każdemu meczowi, nawet - hę, hę - trzeciorzędnemu ta sama akustyka towarzyszy. Jest tak, jakby każde zawody odbywały się w jakimś upiornym kokonie nad- a może pod-dźwięków, wewnątrz kosmicznego roju tropikalnych pszczół. Jest tak, jakby niemilknące afrykańskie stadiony miały nigdy nie zamilknąć, jakby miały huczeć jeszcze całe lata. Wuwuzele. Mundial jazgotliwych trąb nie do wytrzymania.
Jerzy Pilch, Dziennik, Wielka Litera 2012, s. 126-127.

Za dzisiejszą notkę bardzo dziękujemy Ani (Czytanki Anki).

poniedziałek, 18 czerwca 2012

Odcinek 362: William Faulkner, 1953 rok

List Williama Faulknera do Joan Williams

18 czerwca 1953 roku
Joan Williams
i William Faulkner.
[...] Ciężko się nad tym [opowiadaniem] napraco­wałaś, wiem o tym. Do jednego nie przyłożyłaś się dosyć solidnie, do tego, żeby wykorzystać ten czas, kiedy byłem z Tobą, na nauczenie się ode mnie najlepszego podejścia do fabuły, żeby ją wycisnąć do ostatniej kropelki. Nie stylu. Tak samo nie chcę, żebyś się uczyła mojego stylu, jak i Ty, tak samo też nie chciałbym Ci kiedykolwiek pomagać swoją krytyką. Chcę po prostu, żebyś się nauczyła, w najprostszy i najszybszy sposób, jak oszczędzić sobie nerwowej szarpaniny i emocjonalnego wyczerpania, jakie przynosi praca, która nie jest całkiem w porządku. Jak podejść do fabuły, żeby ją opowiedzieć w sposób najbardziej, w jaki potrafisz, właściwy. Jak tylko się tego nau­czysz, nie będziesz potrzebowała mnie ani nikogo.
Ja nauczyłem się pisać od innych pisarzy. Dlacze­go ty nie miałabyś tego zrobić? Możesz nawet postą­pić tak: kiedy uważasz, że pomoc Ci potrzebna, przyj­mij ją ode mnie. A potem, gdyby Cię gryzło sumie­nie, że fabuła nie jest wyłącznie Twoja, zapamiętaj sobie po prostu to, czego się z tego opowiadania nau­czyłaś, a samo opowiadanie spal, aż będziesz mogła wykorzystać to, czego się nauczyłaś, bez potrzeby zwracania się do mnie. Spisanie czegoś na papierze, opowiedzenie tego to rzemiosło. Jakże inaczej może się młody cieśla nauczyć budowania domu, jeśli nie przez pomaganie doświadczonemu cieśli? Nie nauczy się tego przez samo przyglądanie się gotowym domom. Gdyby to było możliwe, każdy mógłby być cieślą, pisarzem... [...]
William Faulkner, Listy, tłum. Ewa Życieńska, Czytelnik 1983, s. 208–209.

niedziela, 17 czerwca 2012

Odcinek 361: Samuel Pepys, 1668 rok

Z dziennika Samuela Pepysa

17 czerwca 1668 roku
Dobrą drogą do Colnbrook, dokąd przybyliśmy na południe; tam zjedliśmy obiad i oporządziwszy się trochę przed wjazdem do Londynu, wyruszyliśmy. Ale cały dzień byłem w złym humorze, rozmyślając o niedbalstwie mojej żony i jej kaprysach i dąsach, których nabrała, przebywając długo beze mnie, której swobody nie będę mógł jej pozwalać, jako że jest głupia. Przed nocą przybyliśmy pomyślnie do domu, a ja odwiedziłem sir W[illiama] Penna, którego zastałem już zdrowym. Tedy do moich na kolację, wszyscy dosyć weseli, aczkolwiek miarkuję, że moja żona ma coś na wątrobie, co tylko czeka na sposobność, żeby wybuchnąć.
Colnbrook, zdjęcie współczesne.

Dziennik Samuela Pepysa, t. 2, tłum. Maria Dąbrowska, Państwowy Instytut Wydawniczy 1954, s. 337.

sobota, 16 czerwca 2012

Odcinek 360: Gabriela Zapolska, 1891 rok

List Gabrieli Zapolskiej do Stefana Laurysiewicza

Paryż, 16 czerwca 1891 roku
Drogi Dziudasku!
Papieru nie mam, ale piszę, pozbierałam, co jest. Gram pojutrze. Tak się boję! Czego to Ciebie nie ma w tej chwili? Dodawałbyś mi otuchy. Żeby mi byli choć dali rolę niewielką, ale takiego woła. Mam monologi po 15 wierszy, i to w gniewie. Nawet namyślać się nie mogę nad wymową. Dyrektor jest bardzo dobry i szczęściem pederasta, więc mi daje pokój, a tylko chce mnie dobrze postawić na nogi. Dał mi drugą rolę w dużej sztuce 3-aktowej Les deux Camilles, którą grają ciągle. Aktorka (Bearn) odchodzi i ja ją zastąpię. Rola dobra, zabawna, sługi w oberży. W Montmorency!!! Kostium bardzo piękny, szwajcarski, czerwony z białym, chustka jedwabna na głowie czerwona. Grać będę za tydzień od czwartku.
Jestem bardzo zmęczona. Chodzę do Samary, na próby, do domu i co wieczór muszę być na spektaklu, żeby widzieć moją przyszłą rolę i osłuchać się, bo mi dadzą tylko dwie próby z aktorami. Wpadłam bardzo szczęśliwie [...].
Dosyć Cię nanudziłam o sobie i o swoim teatrze, teraz pomówmy o Tobie. Ojca sprowadź koniecznie. Zobacz się z nim, pomów, pogódź. Zrób to, co on zechce, bez względu na mnie. Ja Ci powiedziałam, że pojadę za Tobą. Co mi szkodzi grać tutaj? To mnie pozuje w oczach bydła krajowego. Wreszcie czas mi zajmuje, nie nudzę się. [...]
Co do ojca Twego, to widzisz, mój Skarbusiu, oni (ci starzy) to już tak zawsze. Jeżą się, buńczuczą, a potem i tak do tych opornych dzieci wracają. Widzisz, takie charaktery jak ja i Ty, niepodległe, idące na przebój o własnej woli, to starym imponują. Niby się srożą, a w duszy respekt czują. Ot, i mój ojciec przysłał mi 500 franków i długi list, w którym pisze: „Sam jestem na stare lata. Sam jeden, zrujnowany, i jak pies na tej ziemi waruję, aby jej z zębów nie puścić i wam zostawić.” [...] Pięćset franków oddałam do Kasy Oszczędności na placu Clichy. A jakże! A żebyś wiedział! Mam oszczędności. A ty nie! A ja mam meble, a Ty nie! Nie, i Ty masz, bo co moje, to Twoje. Jak przyjedziesz, to wiem, że mi tam będziesz powoli ulgę z tapicerem czynił.
Makow[ski] pisał do mnie rozpaczliwy list, że mu życie zbrzydło i że lada dzień sobie w łeb strzeli, bo nie może się pozbyć namiętności, jaka go na samo moje wspomnienie ogarnia. Wie, że to jest szaleństwem, i dlatego chce skończyć z egzystencją, która się stała dla niego straszną męczarnią. Okropne to, co Ci powiem. Ale mam przekonanie, że on to zrobi. Nie mogę go wstrzymać, a przecież Bóg wie, że niczym nie zawiniłam i nie przyłożyłam się do tego szału, który go opanował. Najgorsze to, bo 54 lata najcięższy wiek do przebycia dla mężczyzny z niezaspokojoną namiętnością w sercu. Cóż począć! Przeciw wodzie płynąć niepodobna. Nie odpowiadam mu. Milczę! Niech się dzieje, co chce. Winy mojej w tym nie ma!
Co Ci więcej napiszę?
Chyba ucałuję Cię mocno, serdecznie, jak umiem i mogę najlepiej. Nie proszę Cię o listy, bo wiem, że skoro masz czas i możesz, to piszesz bez prośby.
W tych dniach wyślę Ci fotografię, duży biust w dekoltowanej czarnej sukni.
Całuję jeszcze po milion milionów razy.
Twoja
Paniusia
Gabriela Zapolska, Listy, t. 1, oprac. Stefania Linowska, Państwowy Instytut Wydawniczy 1970, s. 184–185.

piątek, 15 czerwca 2012

Odcinek 359: Fryderyk Chopin, 1841 rok

List Fryderyka Chopina do przyjaciela, Juliana Fontany, w Paryżu 

Nohant, 15 czerwca czerwca 1841 roku
Julian Fontana.
Moje Kochanie.
Posyłam Ci sto franków na rozmaite wydatki, z których najprzód odbierzesz sobie na Szarywary, oddasz za komorne (owe światło), zapłacisz w domu listy odźwiernemu, bukieciarkę, co się o sześć upomina. Kupisz mi u Houbigant Chardin na Faubourg St. Honore mydło benjoin, 2 pary rękawiczek szwedzkich (znajdziesz gdzie w szafie starą na miarę), flakon patchouli, flakon bouquet de Chantilly. W Palais Royal, w galerii po stronie teatrów, prawie we środku, jest duży sklep galanterii (jak u nas mówią); ma dwa okna z wystawami rozmaitych szkatuł, figlów i nicości, świecących, eleganckich i drogich. Tam się spytasz, czy nie mają rączki ze słoniowej kości do drapania sobie głowy. Musiałeś widzieć podobny figiel nieraz: mała rączka, zakrzywiona zwykle, biała, na czarnym kijku osadzona. Zdaje mi się, żem tam taką widział; spytaj się, a powiedzą Ci. Otóż wyszukaj ten figiel i przyślij, jeżeli nb. nie drożej jak 10, 15, 20 albo 30. Niech Ci Pleyel da egzempl[arz] moich Preludiów, a od Schl[esingera] weź moje wszystkie Etiudy. Jeżeli mój biuścik Dantana jest u Sussa, kup 2 i każ dobrze na drogę zapakować; jeżeli nie, idź, proszę Cię, do Dantana, co mieszka na St. Lazare, tam gdzie Alkan (którego uściskaj jak zobaczysz), i spytaj się, czy można je mieć i gdzie dostanie (za jedną drogą przypomnij mu mój brązowy, co miał kazać ulać). Znajdziesz w szafce u góry butelkę blaszaną płaską, obszytą we flanelę co się na brzuch przykłada z ciepłą wodą, także poduszkę nową nadymaną, co to na drogę kupiłem. [...]
Ch.
Cyt. za: Francja w pamiętnikach Polaków, oprac. Andrzej Gawerski, Interpress 1981, s. 205-206.

czwartek, 14 czerwca 2012

Odcinek 358: Vincent van Gogh, 1890 rok

List Vincenta van Gogha do brata, Theo

14 czerwca 1890 roku 
Wreszcie dostałem list dotyczący moich mebli: człowiek, u którego się znajdowały, był przez cały czas chory, ponieważ pomagał przy wyładowywaniu byków i jeden z nich ugodził go rogiem. Jego żona pisze mi, że dlatego odkładali ekspedycję mebli z dnia na dzień, ale że wyślą je dziś, w sobotę; ona także była chora i do tej pory jeszcze czuje się źle – ale ani słowa wyrzutu w liście, tyle tylko, że przykro im było, że nie przyszedłem się do nich pożegnać przed wyjazdem; mnie też jest z tego powodu przykro.
Vincent van Gogh, Pokój w Arles, 1888 rok.
Vincent van Gogh, Listy do brata, tłum. Joanna Guze, Maciej Chełkowski, Czytelnik 2002, s. 508.

środa, 13 czerwca 2012

Odcinek 357: Eliza Orzeszkowa, 1886 rok

List Elizy Orzeszkowej do kuzynki, Joanny Majewskiej

Grodno, 13 czerwca 1886 roku
Droga moja kuzynko,
Z całego serca dziękuję Ci za pamięć o mnie i list, którym mię obdarzyłaś. Po wiele razy myślałam o pisaniu do Ciebie, ale nie znając tegorocznego adresu Twego, uczynić tego nie mogłam. Cieszę się nad wyraz ze zdrowia Twego i Szanownej Twej matki, a mojej cioci, której życzliwej pamięci polecam się serdecznym ucałowaniem jej rączek. [...]
Ze mną nic nowego. Rok ubiegły po tym strasznym pożarze Grodna był mi bardzo i wielostronnie ciężkim. Miałam wiele pracy z pogorzelcami i oprócz strat majątkowych poniosłam wiele niewygód i kłopotów różnego rodzaju. Z powodu wielkiego braku mieszkań po pożarze wzięłam pierwsze lepsze w nowo odbudowanym domu, całą zimę przebyłam w zimnie i wilgoci, trochę też chorowałam. W tych dniach zmieniam mieszkanie na suchsze i cieplejsze, a za parę tygodni wyjadę na wieś, w te same miejsce, do którego od wielu już lat wyjeżdżam. O wycieczce do Warszawy albo gdziekolwiek w dalsze strony marzyć nawet nie mogę i z wielkim swoim żalem, ale z konieczności podobno długo jeszcze Waszej miłej Warszawki widzieć nie będę. Fortuna kołem się toczy, Droga moja Kuzynko, a dla mnie teraz odwróciło się złą stroną koło. Dziękuję Ci gorąco za pamięć o mojej kochanej, biednej matce, na której mogiłę wspomnienie Twe o niej poniosę. Karolina [służąca matki pisarki] nie tylko żyje, ale i za mąż wyszła. Wzięto ją zapewne nie dla wdzięków, ale dla posażku, którym ją moja matka w przedśmiertnym rozporządzeniu swym obdarzyła.
Całej rodzinie Twej, Droga Kuzynko, pozdrowienia najprzyjaźniejsze, a Tobie serdeczny i długi uścisk zasełam [sic!]. 
El. Orzeszkowa
Pożar Grodna w 1885 roku, drzeworyt według rysunku Czesława Jankowskiego.
Eliza Orzeszkowa, Listy zebrane, t. 7, oprac. Edmund Jankowski, Ossolineum 1971, s. 31–32.

wtorek, 12 czerwca 2012

Odcinek 356: Taras Szewczenko, 1857 rok

Z pamiętnika Tarasa Szewczenki

12 czerwca 1857 roku
Taras Szewczenko.
Oto pierwsze niezwykłe wydarzenie, które wciągam do mych notatek. Przygotowując swój pierwszy zeszyt do wspomnianych zapisków — złamałem scyzoryk. Wydarzenie pozornie błahe i nie zasługujące na uwagę, której mu udzielam zapisując je jako coś niezwykłego do swej księgi. Gdyby zdarzyło się to w stolicy lub chociażby w jakim przyzwoitym gubernialnym mieście, to oczywiście nie znalazłoby się w tym pamiętniku. Lecz zdarzyło się to w kirgiskim stepie w nowopietrowskiej twierdzy, gdzie taki drobiazg dla człowieka piśmiennego, jakim jestem, posiada wielką wartość; najważniejsze zaś, że nie zawsze jest do nabycia nawet za duże pieniądze. O ile uda mi się wyjaśnić moje kłopoty Ormianinowi — markietanowi, który ma kontakt z Astrachaniem, to nawet wówczas nie wcześniej niż za miesiąc w lecie, a w zimie dopiero po pięciu miesiącach można będzie otrzymać lichy scyzoryk i oczywiście nie taniej niż za monetę, czyli za rubla w srebrze. Zdarzało się jednak dość często, że zamiast rzeczą niecierpliwością oczekiwaną Ormianin uszczęśliwiał człowieka moskiewskim perkalem lub kawałkiem wielbłądziego sukna czy wreszcie kwaśnym, a przez niego zwanym damskim, czychir'em [tatarskim czerwonym winem]. Na pytanie, dlaczego właściwie nie przywiózł rzeczy potrzebnej, odpowiada: jesteśmy ludzie handlu, ludzie niepiśmienni, wszystkiego się nie spamięta. Cóż można odpowiedzieć na tak rozsądny argument? Jeśli się go zwymyśla, to uśmiechnie się tylko, a człowiek i tak pozostaje bez scyzoryka. Teraz więc wyjaśniło się, dlaczego złamanie scyzoryka w twierdzy nowopietrowskiej jest wydarzeniem zasługującym na uwiecznienie. Lecz mniejsza o twierdzę, o scyzoryk i markietana, niedługo, Bóg da, wyrwę się z tego beznadziejnego więzienia. A wówczas nie będzie miejsca w mym pamiętniku dla takich wydarzeń.
Scyzoryk z 1850 roku.
Taras Szewczenko, Pamiętnik, tłum. Helena Mankiewicz-Szaniawska, Czytelnik 1952, s. 25-26.