czwartek, 31 maja 2012

Odcinek 344: Samuel Pepys, 1661 rok

Z dziennika Samuela Pepysa

31 maja 1661 roku
Rembrandt, Stary człowiek w fotelu.
Do ojca, gdzie ku wielkiej mojej żałości zastałem rodziców bardzo powaśnionych, i rzeczywiście matka bywa teraz taka zgryźliwa, że nie wiem, jak ojciec może z nią wytrwać. Nagadałem jej tak, jak nie przystoi mi do matki gadać, alem nie zdzierżał, tak bowiem nieznośnie durna jest i głupia, że mój ojciec, biedaczysko, stał się bardzo nieszczęśliwym człowiekiem. Dużo się mówi o tym, że Parlament uchwali zbieranie w całym kraju dobrowolnej daniny dla Króla; wszelako myślę, że to niewiele przyniesie.
Samuel Pepys, Dziennik, t. 1, tłum. Maria Dąbrowska, Państwowy Instytut Wydawniczy 1954, s. 163.

środa, 30 maja 2012

Odcinek 343: Aleksy Suworin, 1893 rok

Z dziennika Aleksego Suworina

30 maja 1893 roku
Edgar Degas, Na wyścigach.
Wyścigi w Longchamps. Ludzi ze 200—250 (?) tysięcy. 15—20 tysięcy powozów ciągnie się sznurem w rozmaitych alejach na kilka wiorst. Chłopcy i dorośli. Za sprowadzenie powozu 5 franków. Dwie i pół godziny trwa, zanim się wszyscy rozjadą. Wróciłem o wpół do ósmej. Szukałem powozu dwie godziny. Stroje. Same stroje warte parę milionów. Matki z dziećmi przy piersi, całymi rodzinami. Prywatne osoby także sprzedawały bilety wstępu, po wyższej cenie. Przed kasą długa kolejka w kilku rzędach. Za ogrodzeniem szereg budek totalizatora. Tłumy przy nich. Bogaci ludzie. Wszelkich stanów. W jednym rogu — fontanna. Pojazdy, kapelusze, parasole, stroje — wszystko to tworzy cudowną ramę.
Wieczorem w Jardin de Paris. Wstęp 10 fr. Ils ont double le bureau. Śmiech, tańce, okrzyki. Bawią się jak pijani, ale nie są pijani. U nas natychmiast byłyby bójki i awantury. Tu wszyscy znają się na żartach. Ze 40 mężczyzn i z 10 kobiet, ująwszy się za ręce, biegną hałaśliwie wołając: Vive le midi!
Salut militaire — noga uniesiona w górę. Grand ecarte — rozkrok. Słowianin, zastępca dyrektora policji, nauczył się tego wszystkiego i robi to bez zarzutu. Kobieta podnosi spódnicę, pokazując pantalony aż do talii, mężczyzna chwyta kobietę i przewracając do góry nogami unosi w powietrze. Dokoła tańczących grupy ludzi. Śmiechy, oklaski, brawa. [...]
Aleksy Suworin, Dziennik, tłum. i oprac. Jerzy Pański, Czytelnik 1975, s. 98-99.

wtorek, 29 maja 2012

Odcinek 342: Bogusław Radziwiłł, 1665 rok

List Bogusława Radziwiłła do bratanicy, Anny Marii Radziwiłłówny, córki Janusza Radziwiłła


Z Królewca, 1665 Maja 29 
Scena z filmu Potop: Bogusław Radziwiłł i Oleńka Billewiczówna.
Oświecona Księżno, etc. Im mniej ceremoniji w listach WKsM najduję, tym o wyższym WKsM ku mnie sądzę afekcie, a tym bardziej  o szczerości WKsM zostawam  upewniony  oraz także miłością WKsM napełnione listy serce i duszę mi przerażają i nowe miłości zapały wzbudzają. Aleć mnie i niektóre  paragrafy  serdecznie  frasują, kiedy czytam, że WKsM powątpiwasz o mojej  miłości,  że z desperacyji pójdziesz już za Sapiehę, drugi raz za Niemca jakiegoś i że mi już wierzyć nie będziesz, jeśli za sobą koło Ś. Jana nie będziemy. Bodaj żeby mnie wszystko  złe popadło,  bodajbym w ziemię przepadł, jeślim ja zwłoki i odłogów w tej sprawie przyczyną i jeślibym  ja  nierad  ze  wszystkiej  mej  duszy  miał WKsM u siebie. Czy na żart ważyłbym 10 000 na dyspensę i cóż by mi też było po tym mitrężyć. Za czym, moja duszo, póty trwawszy, trzeba trwać i dłużej, bo przy ożenieniach zawsze się trafiają takie zawady. Pisałem już do Oficyjała Żmujdzkiego, ale on to odkłada do Biskupa. Biskup zaś Żmujdzki bardziej myśli teraz o tym, żeby został Biskupem Wileńskim, niż o naszej sprawie. Mam list WKsM ręką pisany, w którym mnie upewniasz, że byleś była pewną dyspensy, że potem, nie tęskniąc, terminu będziesz czekała.
Cyt. za: Listy miłosne dawnych Polaków, oprac. Michał Misiorny, Wydawnictwo Literackie 1971, s. 93.

poniedziałek, 28 maja 2012

Odcinek 341: Jan Lechoń, 1954 rok

Z dziennika Jana Lechonia

28 maja 1954 roku
Wczoraj popiłem, jak nie pamiętam kiedy. Waliłem w rozstrojone pianino, ryczałem rozstrojonym głosem różne polskie, ale co tu gadać, zwłaszcza rosyjskie sprośności, później w Village bawiłem się jak trzydzieści lat temu w Warszawie. Szczęśliwie powiedziawszy dużo głupstw – nie posunąłem się do niczego, co by mi dzisiaj kłuło sumienie. Takie przepicie się jak burza w przyrodzie. Właściwie dobrze mi zrobiło.

Zawsze uważałem Piusa X za świętego, tak jak i arcybiskupa Cieplaka, który nawet fizycznie go przypominał. Z okazji kanonizacji pełno anegdot o nim w prasie. Może najbardziej wzruszająca to opis sceny, kiedy dowódca gwardii szwajcarskiej melduje się u nowego Papieża, który podaje mu krzesło. Ten wymawia się, a Papież mówi: To było tak przyjemnie podawać gościom krzesła. Ale teraz już wszystko skończone.”
I bardzo to ładne, że kardynał Sarto, jadąc na conclave pożyczył pieniądze od przyjaciela-Żyda na bilet powrotny.

Talerz do hot dogów.
We śnie Churchill (z włosami) pokazywał mi jakieś mikrofilmy w sprawie polskiej, bardzo ważne, ukryte w tzw. hot dogu”, a raczej w podłużnej bułce do „hot doga”. To na pewno reminiscencja fotografii w gazecie, którą wczoraj widziałem szczeniaczek meksykański jako parówka w tym „hot dogu”. Ale mikrofilmy były bardzo ważne. Niestety! Nie pamiętam dlaczego.
Jan Lechoń, Dziennik, t. 2, Państwowy Instytut Wydawniczy 1992, s. 379–380.

niedziela, 27 maja 2012

Odcinek 340: Georges Bernanos, 1934 rok

List Georges'a Bernanosa do przyjaciółki, Marii Vallery-Radot

La Bayorre, 27 maja 1934 roku
Georges Bernanos.
Kochana moja Maryjko,
Odgadłaś, że tym razem jestem już absolutnie zdecydowany wynieść się, gdzie oczy poniosą. Teraz, co bym nie robił, mógłbym już tylko wpaść z deszczu pod rynnę [...].
Człowiek jeszcze sobie wyobraża, że z daleka i z wysokości rzuca wyzwanie miernocie, podczas gdy ona już gotowa skręcić mu kark [...]. W gruncie rzeczy wszyscy ci ludzie  wciąż  jeszcze  z  przyzwyczajenia mówią do mnie o „wielkich książkach, jakie winienem pisać, ale w istocie spodziewają się po mnie już tylko literatury rozrywkowej. I wkrótce rzeczywiście tylko taką będę im w stanie dostarczać. Słowem doradzają mi arcydzieło tak, jak odwiedzająca jakiegoś   biedaka zacna dama zachęca go do oszczędności.
Myśleć i czuć jak rebeliant, lecz żyć i swoim bliskim tworzyć warunki życia zgodne z metodami i nakazami, których się nie cierpi, to jest to samo co rozwiązywać kwadraturę koła. I cóż to za machina do wypaczania duszy! Wiedziałem o tym od dawna, wiedziałem od urodzenia, ale mówiąc szczerze tkwi we mnie głupiec, któremu mieszczański rozsądek jakoś imponuje. Cóż poradzić? Człowiekowi zimno, głodny jest; marzy, żeby znaleźć się gdzie indziej, a taki zacny mieszczuch otwiera przed nim drzwi, wypinając brzuch sadowi się za stołem, pije, je, beka i powiada poklepując go przy tym po ramieniu: „Widzisz, jakie to proste. Rób jak ja! To zawsze chwyta.
[...] A więc wynoszę się stąd. Taką powzięliśmy decyzję na zebraniu najwyższej rady — Czarny Bouteiller, Colleville Posępny i ja. Dokąd? Do krainy oposów naturalnie, do Paragwaju. A dlaczego? Dlatego, że klimat tam jest zdrowy, gorąco umiarkowane, zwierzyny i ryb wielka obfitość i że w roku 1914 o piętnaście kilometrów od Asuncion, miasta o 120 tysiącach mieszkańców, pełnego jezuickich internatów, gimnazjów itp., krowa kosztowała 28 franków, a koń 30. Dodajmy do tego, że bananów, pomarańczy, owoców mango i trzciny cukrowej można mieć, ile kto zechce. Ano tak.
Na   zrealizowanie   owego   planu   Colleville,   ku   mojemu wielkiemu zdumieniu, posiada potrzebną ilość złota. Czarny Bouteiller, taki sam golec jak ja, wykorzysta kapitały rodziców,  bogatych domatorów. Ale ja?  Rozpatrzmy to uważnie.
1.   Za zupełnie nieistotne uważam problematyczne sumy, jakie  mam  uzyskać  z  procesu.  Jeżeli  mi  z  tego  kapnie parę tysiączków, to wszystko, co dostanę. Przezorniej nie brać ich w rachubę.
2.   Na  pokrycie  kosztów  podróży  czy  pierwszych  wydatków na urządzenie się myślałem o serii odczytów — albo w Brazylii, albo w Argentynie. Albo o jakiejś oficjalnej misji. A może o jakichś reportażach. [...] 
3.   Dopóki  się  nie  wzbogacę hodowlą bydła, handlem skórami krokodyli czy polowaniem na legendarne oposy, muszę zapewnić tam naszą egzystencję uprawiając jedyny zawód, jaki mam. Uważnie idź za moją myślą [...].
Zamierzam [...] pertraktować o nową umowę z którymś wydawcą [...].
A oto, jak sobie wyobrażam takie pertraktacje. Zaliczki mało albo wcale, one tylko mnie topią. Lecz przede wszystkim umowa, zapewniająca im całą moją "produkcję" aż do momentu ich bankructwa albo mojej śmierci. Potem co roku jeden tom [...]. Pobyt w Paragwaju może jedynie przydać takiemu dziennikowi barw bardziej oryginalnych. O, tak! Zapewniam Cię, że czytelnicy nie będą się nudzili! A poza tym powieści (paragwajskie lub nie), może jakiś reportaż z wojny paragwajskiej (to by było komiczne) itd., itd.
Jeśli chodzi o dziennik, myślałem także o comiesięcznych zeszytach. [...] Odczyty, reportaże, misja — do kogo by się o to zwrócić? Do kogo przyłączyć? Pomyśl, że przeszkoda, jaka mnie dzieli od wolności, jest właściwie nikła. Dwadzieścia tysięcy franków — podróż i urządzenie się, potem tyleż rocznie. Pomóżcie mi! Pomóżcie mi! Pomóżcie!
Jeśli będzie trzeba, pojadę sam z B. i z C. Pojadę za wszelką cenę. Za wszelką  cenę przed  zimą, która tam jest latem. Gdyby się ten wyjazd nie udał, opóźniłby mnie o cały rok. Od dziesięciu już przecież lat powinienem się był wyzwolić, ratować mój umysł, serce, moje dzieło życie wszystko to, z czego różni nicponie swoim upartym wysiłkiem zrobiliby w końcu żałosną kupkę popiołu. Tak, wyjadę za wszelką cenę. Odpisz mi prędko, Kochanie.
Twój stary biedny przyjaciel
G. Bernanos
Cryptonanus chacoensis - opos z Paragwaju.
Georges Bernanos, Listy: 1904-1948, tłum. Zofia Milewska, Instytut Wydawniczy PAX 1974, s. 117-120.

sobota, 26 maja 2012

Odcinek 339: Leopold Staff, 1957 rok

List Leopolda Staffa do brata, Alfreda 

Skarżysko, 26 maja 1957 roku 
Leopold Staff.
Kochany Fredziu! (Do wszystkich razem) 
Przyjechaliśmy zdrowi. Jest cudownie, ale zimno (5°). Dziś pięć stopni. Ale tlen już działa. Jesteśmy wciąż śpiący. Zażywam wszystkie leki. Ania [pielęgniarka] jest wzorowa. Jemy mało rozmaicie. Nic tu nie ma. Kupcie i przyślijcie konserwy ryby (bez oliwy!) w tomacie, jak pstrąg, sielawa i jeszcze coś jest, ale nie pamiętam. Może trochę bardzo suchej i chudej kiełbasy (myśliwska?). Przyślijcie od czasu do czasu ważniejsze Życie Warszawskie (Łojas, Tarwid). Kupcie z dziesięć lub 15 niebieskich kopert. — Na razie nie oglądamy okolicy, ale zamówiłem już konie na stałe dni, kiedy będziemy jeździć do lasów. I do Stawu. Jestem mimo chłodu szczęśliwy, żem się wyrwał z Warszawy. Z nudów uczę Anię po francusku, jest zdolna, ale leniwa — to odbijają się jej tarapaty w szpitalu. Ja nie zaglądam nawet do książek. Zapomniałem (oj, ta Zosia [żona Alfreda]!) jaśków! Przyślijcie! Piszę tak dorywczo, bo nie mam listowego papieru. Ale jutro będzie. Ściskam wszystkich w domu i za domem. Comprenez? All right! Eviva l'arte! Fredziu, wypij na mój koszt 4 piwa, ale nie pal, draniu. Podaj się do dymisji i przyjedź z Zosią tu. Odkupimy od Księdza probostwo i będziemy żyli jak króle. Chcę mianować Księdza kanonikiem albo nawet papieżem! Uściskajcie Jagodę, napiszę do niej osobno, jak trochę się wzmocnię tlenem. Zosię pozdrawiam. Co tam ujko, co tam coca, Łojas i Tarwid? Piszcie, padam do, nóg z szacunkiem
Poldek
PS. Szukamy tu szynki. Przyślijcie makaron rurkowy, Zosia wie. Szpinaku nie trzeba, chyba gotowany. 
PS. Co robi Krysia Idzikowska? Pocałuj ją 365 razy, tyle ile rok.
PS. Czy wiecie, co to jest szynka? Ja nie. A krakowska kaszka (prawdziwa)? Ja nie.
Prosimy o kaszę gryczaną paloną! prędko! Bo nie ma co jeść! Chudniemy!
Leopold Staff, W kręgu literackich przyjaźni. Listy, oprac. Jadwiga Czachowska, Irena Maciejewska, Państwowy Instytut Wydawniczy 1966, s. 655.

piątek, 25 maja 2012

Odcinek 338: Julian Tuwim, 1951 rok

Dedykacja Juliana Tuwima dla Tomasza Jastruna w książce Słoń Trąbalski

25 maja 1951 roku
Okładka książki Słoń Trąbalski.

Życzę Ci, kochany Tomku,
Któryś jest nie tylko Tomkiem,
Ale samego Jastruna potomkiem,
     Żeby-ć
     Zawsze-ć
     Wszystko-ć
     Było-ć
     Wolno-ć
W swoim domku
I poza domkiem,
W świadomku
I w podświadomku!
Bądź zdrów i szczęśliwy, Tomku!
Julian Tuwim



Julian Tuwim, Listy do przyjaciół pisarzy, oprac. Tadeusz Januszewski, Czytelnik 1979, s. 422.

czwartek, 24 maja 2012

Odcinek 337: Tytus Chałubiński, 1882 rok

List Tytusa Chałubińskiego do syna, Ludwika

Warszawa, 24 maja 1882 roku
Mój kochany Luciu
No, teraz już na nas obydwóch ciężko, Tobie egzamin na karku, a mnie wiosenny najazd chorych. Szczęściem, że się przecie korekta moich Grimmii [monografia mchów tatrzańskich] kończy, która mi dużo zabierała czasu. Tylko Ty, mój chwacie, trzymaj się ostro. Jeśli znajdziesz chwilę czasu, to mi napisz, kiedy się zaczyna egzamin, jak długo się ciągnie i w jakich odstępach czasu się odbywa i jakim porządkiem przedmiotów; a także wielu was zdaje razem. Kiedy Cię mamy czekać, abym wiedział, jak się urządzić z wyjazdem.
Dom w Zakopanem prawie skończony. Tylko z wyklejeniem czekać muszę większego ciepła. Jegomość pisze po prostu, że to VIII cud świata. Bodaj to górale, już jak szklić, to szklić. Wojtek znów utrzymuje, że szkoda takiego domu do lasa. Ot, i gadaj z nimi. Wojtek swój dom dopiero zaczął i dopiero jeden bok domu do zrębu postawił, ale jestem pewny, że skończy. Na sukurs odsyłam mu Józka, upatentowanego „szwieca” [szewca]. Wielce on mu się tam przyda. A chłop wyrósł okrutny. Mój drogi, kochany Luciu, tylko Ty mi się trzymaj krzepko, a pamiętaj, że święci garnków nie lepią.
Serdecznie Cię całuję. Od wszystkich pozdrowienia. Ostro, mój synu, ostro się trzymaj, a o zdrowiu pamiętaj. Do widzenia, do widzenia
Twój
Ojciec
Dom Tytusa Chałubińskiego w Zakopanem.
Tytus Chałubiński, Listy 1840–1889, oprac. Aniela Szwejcerowa, Ossolineum 1970, s. 194.

środa, 23 maja 2012

Odcinek 336: Marian Dąbrowski, 1911 rok

List Mariana Dąbrowskiego do narzeczonej, Marii Szumskiej

Bruksela, 23 maja 1911 roku
Maria Szumska, ok. 1909 roku.
Przejasna droga chwilo listu twego. Kwitną słowa ciałem twoim, litery czarne w różane usta przechodzą, wiersze w zawrotne, szalone sznury włosów twoich. Nade mną oślepłym ze szczęścia i rozkoszy nachyla się iwa twoja i wabi, i chce, i dręczy, i pieści, i smaga gałązkami nurt krwi mojej. Już nie kocham. Nie. To słowo nic znaczyć nie może, wobec tego co przeżywam.
Może tamta chwila podobna była, a tobie wówczas zasłona z wonnych chłodnych fiołków się zwidziała. Może. Jednak cóż znaczyć mogą słowa, czyny wobec myśli, a przed nimi wobec chceń-porywów. Stalowy rycerz tylko nikłą część myśli swych i porywów opanować zdolen i jak tchórz najnikczemniejszy ratować się musi prawie zawsze ucieczką od jednej jedynej Pani-rozkoszy.
Dwa razy uciekłem. Tak, dwa razy w życiu uciekłem. Bo może wówczas nie pragnąłem tak i nie kochałem tak. Wstyd wasz mi pomógł. Wstyd największy, najokrutniejszy wróg miłości. Tyś go zmogła. Ty wszystko możesz.
Bo jesteś tą, na którą czekałem nie tylko w pracy i walce, lecz jesteś tą, na którą czekałem w tęsknocie prawieków, tą, która życie osobiste zabija i tworzy.
Przez purpurowy chaos myśli porywów i uczuć moich przebija się czasem chłodna magnezowa biało-trupia błyskawica. Tą błyskawicą – dziecko.
Mirko, równa jesteś, równa mi we wszystkim. Ja nie chcę sam odpowiedzialności tu ponosić. Nie chcę i nie powinienem. Dotychczas usprawiedliwiałem to możliwością odejścia ciebie ode mnie, oddania siebie innemu, z którym byś mogła mieć dziecko.
Dziś nie odejdziemy od siebie już. Ty o tym, dziewczyno, tak nie myślisz, nie przeżywasz tego. Staliśmy ciągle na skraju przepaści. Męką nieludzką ty i ja wstrzymywaliśmy się.
Mirko – „jakże my będziemy się kochać, och jakże my będziemy się kochać". Mirko, niesie to w sobie koniec męki na­szej, pamiętaj.
Ostatnio w Paryżu i w Brukseli, w ten ranek blady, zagnałem ostatnimi wysiłkami dziki pęd – zagnałem raz ostatni. Już byłem na skraju poczynania z tobą. [...]
Dzituś mój, przenigdy oczu ci nie zakryję, nie – patrz, przenikaj. Pamiętasz, były chwile najcudniejsze, gdy zmagaliśmy się jeno strzałami Boga – spojrzeniami. Gdy dusze nasze z kwiatów stawały się grotami. Wtedy widywałem w oczach twoich przeogromną moc, do której tak dążę słaby, porwany, zmożony liść. – Ty – pieść. 
Ich noce i dnie. Korespondencja Marii i Mariana Dąbrowskich 1909–1925, oprac. Ewa Głębocka, Iskry 2005, s. 147–148.

wtorek, 22 maja 2012

Odcinek 335: Edmund i Juliusz de Goncourt, 1869 rok

Z dziennika Edmunda i Juliusza de Goncourt

22 maja 1869 roku
Edmund i Juliusz de Goncourt.
[...] Wciąż nie życie, ale piekło. Obok nas, z prawej, gdzie mieszkają sąsiedzi Louveau, dzień i noc koń grzebie nieustannie kopytami, i ten odgłos, który przenika cały nasz dom, jest niczym grzmot podziemny. Z lewej, gdzie mieszka rodzina Courasse, od siódmej rano do dziewiątej wieczór wrzaski pięciu południowców; krzyk przenikliwy, tortura krzyku, płacz i wycie trzech dziewczynek wypędzają nas z naszego ogrodu, z naszych salonów, z wszystkich miejsc ochłody w naszym domu.
Dla nas, chorych teraz, cierpiących na nerwicę żołądka, na anemię i bezsenność, życie jest męką. Dochodzimy do wniosku, że jesteśmy przeklęci, że tak zwana Opatrzność nastaje na nas osobiście i przytłacza okrutną wrogością ludzi, rzeczy, zwierząt w sposób zdolny unicestwić nasz mózg.
Od kilku dni jesteśmy w Passy i śpimy w pokoju komiwojażera; tak, my, którzy mamy dom, meble, książki, rysunki, łóżka książęce, gdzie na pewno nie będziemy mogli spać. O ironio naszego losu!
Edmund i Juliusz de Goncourt, Dziennik, tłum. Joanna Guze, Państwowy Instytut Wydawniczy 1988, s. 288-289.

poniedziałek, 21 maja 2012

Odcinek 334: Kontrakt z mamką, 26 rok n.e.

Kontrakt z mamką na wychowanie niemowlęcia-podrzutka

Oksyrhynchos, 21 maja 26 roku n.e.
Dokument grecki spisany na papirusie.
Dwunastego roku panowania Tyberiusza Cezara Augusta, 26 dnia Pachon, w mieście Oksyrhynchos w Tebajdzie: Taseus, córka Peteeusa, Persjanka oraz występujący jako jej opiekun prawny i poręczyciel we wszystkich sprawach objętych niniejszą umową o spłacie należności – jej mąż Petsejris, syn Herosa, Pers z pochodzenia, oboje z Tanais, z toparchii środkowej, zawiera porozumienie z Paapisem, synem Fliasa, na ulicy, stwierdzając, że jeszcze 17 dnia bieżącego miesiąca Pachon otrzyma od niego dziecko płci żeńskiej, które podniósł ze śmietnika z zamiarem wychowania na niewolnicę i któremu nadał imię Thermutcharion, na takich warunkach: zawierająca umowę ma chować i karmić dziecko własnym mlekiem, a także pielęgnować je przez 2 lata, poczynając od tego właśnie 17 dnia miesiąca Pachon, w zamian za zobowiązanie się Paapisa do świadczeń na wyżywienie, odzież i wszelkie inne wydatki związane z niemowlęciem w wysokości 60 drachm w srebrze rocznie. Zawierająca umowę i jej mąż, a zarazem poręczyciel, Petsejris, potwierdzają, że otrzymali od Paapisa 60 drachm w srebrze za pierwszy rok, wypłaconych od razu w całości, z ręki do ręki, w domu. Po upływie tego roku Paapis odda jej jednorazowe 60 drachm za drugi rok. Przez ten właśnie dwuletni okres będzie jej dostarczał miesięcznie 2 kotyle oleju.
Zobowiązuje się więc zawierającą umowę, aby dołożyła wszelkiej troski i starania o dziecko, tak jak się tego od niej wymaga, i nie współżyła z żadnym mężczyzną, aby zepsuć mleka, ani nie zajść w ciążę, ani też aby nie karmiła innego dziecka poza tym jednym... i niech odda Paapisowi dziecko zgodnie z umową... w wypadku jeśli doznałoby jakiegoś ludzkiego nieszczęścia, którego przyczyna byłaby jasna, niech na zawierającej umowę nie ciąży zarzut. Jeśli Paapis postanowi powierzyć jej drugie dziecko, powinna karmić i to przez czas, który pozostał zgodnie z ustalonymi warunkami, a jeśli nie zechce tego zrobić, niech odda mu tyle, ile okaże się winna za ten okres, w którym już nie karmiła. Jeśli łamiąc umowę, postąpią wbrew spisanym warunkom, powinna wypłacić Paapisowi pieniądze, które już od niego wzięła lub może otrzymać podwyższone o połowę wraz z odszkodowaniem za straty, a ponadto 200 drachm grzywny w srebrze i taką samą kwotę do skarbu. Niechaj Paapis ma możność ściągnięcia pieniędzy od osób wyżej wymienionych, od każdego, kogo wybierze, ze wszystkich majętności, jakie posiadają. Umowa posiada moc prawną. [...]
Przekład Anna Świderkówna [w:] Anna Mączakowa, Wybór źródeł do dziejów starożytnej Grecji i hellenizmu, Wydawnictwa Uniwersytetu Warszawskiego 1986, s. 300–301.

niedziela, 20 maja 2012

Odcinek 333: Bolesław Prus, 1895 rok

List Bolesława Prusa do żony, Oktawii

20 maja 1895 roku
Bolesław Prus w 1887 roku.
Moja miła Laluniu!
Piszę 20-go maja, o godz. 11 ½ w nocy, po powrocie... z W e n e c j i!... Tak jest. Około Tiergartenu jest ogromny plac zabudowany a la Venezia, pt. Wystawa włoska. Są tam wina, muzykanci, strażnicy, kwieciarki, kanały, gondole itd. — włoskie. I naprawdę można mieć złudzenie, że się jest jeżeli nie w Wenecji, to przynajmniej w jakimś włoskim Lubartowie.
Onegdaj zaś byłem ani mniej, ani więcej, tylko na... okręcie na morzu!... Jest to panorama tak łudząca, że na widok owego morza w pierwszej chwili cofnąłem się. Wnet jednak opanowany przez widziadło zapomniałem nie tylko o sobie, ale nawet o moich nerwach.
Boże mój, cóż to za cudowny widok morze, choć znam je tylko z panoramy! Sto razy czytaliśmy jego opisy i — żaden nie daje najlżejszego pojęcia. Jest to tak nowy świat wrażeń, że naprawdę można tylko uklęknąć, gdyby to godziło się z moim wiekiem.
Berlin, Friedrichstrasse między 1895 a 1900r.
Moje Złoto! Owa zagranica strasznie mi oczy otwiera. My strasznie jesteśmy biedni i żyjemy jak krety wobec ucywilizowanego świata. Powtarzam Ci: wiedziałem, że zobaczę coś nowego, ale o tylu i takich nowościach nie miałem pojęcia. A dziś o jednym tylko myślę: ażeby, daj Boże, za rok Tobie te cuda pokazać.
Dziś przeniosłem się do Charlottenburga. Mam pokoik czysty, elegancki, naprzeciw ogrodów, za... jedną markę na dzień! A jaka to ładna okolica... Wyobraź sobie mnóstwo ogrodów, pociętych lipowymi alejami jak w Puławach, a wśród tego — gmachy i pałacyki, koleje, tramwaje itd. Kończę, bo późno i nie skończyłbym pisać. Donoś mi o wszystkim drobiazgowo. Całuję Twoje rączki i nóżki. Psujaka [wychowanka, Emila Trembińskiego] ściskam i proszę Boga, ażeby pozwolił mi wywieźć Was...
Twój Al.
Adres: Charlottenburg bei Berlin Bismarckstrasse, 7. Al. Gł.
verte!
Nb. Wstąp do biura Wacka i powiedz, że zastanie jeszcze we Fri[e]drichshofie (hotel, Fri[e]drichstrasse) Gebet[h]nera, który Go do mnie dowiezie. Wacek może też mieszkać w Charlottenburgu, gdzie jest tani hotel i dużo mieszkań prywatnych.
Nb. 2. A jakie podłe jedzenie... Eleyson!...
List odebrałem; nóżki Tobie całuję.
Bolesław Prus, Listy, oprac. Krystyna Tokarzówna, Państwowy Instytut Wydawniczy 1959, s. 214-215.

sobota, 19 maja 2012

Odcinek 332: Maria Ginter, 1941 rok


Z notatek więziennych Marii Ginter z d. Zieleniewskiej


Warszawa,19 maja 1941 roku
Gmach Ministerstwa Wyznań i Oświecenia
Publicznego przy al. Szucha w Warszawie,
podczas wojny siedziba Gestapo.
Gdy mnie wywołano [na przesłuchanie], wzięłam kanapki na obiad i wyszłam razem z sze­ściu innymi na Pawiak. W kancelarii sprawdzali obecność i ładowali na ciężarówkę. Usiadłam ostatnia, aby dostać miejsce na brzegu i obserwować wszystko po drodze. Po tak długim siedzeniu widok miasta robił szalone wrażenie. Zatrzymaliśmy się na Szucha. Kazano wysiąść. Dziwne uczucie mnie ogarnęło, gdy w ten cudowny wiosenny dzień stanęłam na ulicy.
Wrzaskliwy rozkaz Niemca ściągnął z powrotem do rzeczywistości. Uszeregowani, poszliśmy do gmachu gestapo. Szerokimi schodami spro­wadzono nas do piwnic. Po sprawdzeniu listy, posegregowano do klatek. Gołe ściany i krzesełka, odwrócone tyłem do żelaznej kraty. Czekałam cały dzień odczytując tysiące razy ogromny napis: „Sprechen, rauchen, streng verboten!" [Rozmowa i palenie surowo zabronione!]
Cela w areszcie Gestapo,
tzw. tramwaj.
Co pewien czas przenikliwy dzwonek oznajmiał, że kogoś zaraz wezwą na przesłuchanie. Każdy wracał z badania chwiejnym krokiem. Ktoś zemdlał od razu na krześle. Jakiś młody chłopak, trzęsąc się jak w febrze, dopytywał, czy bardzo biją. Pocieszałam go, że nie zawsze. Niestety, wrócił blady, posiniaczony i zakrwawiony. Inny za rozmowę został ukarany ćwiczeniami. Kazano mu przez godzinę skakać w kucki po kory­tarzu. Popędzali go nahajem. Drugi znów z rękami podniesionymi w górę stał dwie godziny i o mało nie zemdlał. Cały dzień radio grało skoczne melodyjki, aby zagłuszyć wszelkie odgłosy. W minutowych przerwach dochodziły z podwórza razy uderzeń, jęki bitych i wrzaskliwe przekleństwa Niemców. Ciarki przechodziły człowieka, który oczekiwał swojej kolejki. Co pewien czas przeprowadzano skutych w kajdany więźniów, przebywających stale w lochach gestapo.
Gdy już prawie wszyscy z „tramwaju” byli przesłuchani, nareszcie wezwano i mnie. Pod eskortą zaprowadzono na piętro, wpuszczono do pokoju 118. Duży gabinet, za biurkiem groźny gestapowiec, przy nim „oprawiacz” z nahajem, a z boku tłumaczka przy maszynie. Najbardziej jednak zafascynowało mnie okno. Okno bez krat! Kazali usiąść i po spisaniu personaliów wzięli w ogień krzyżowych pytań. Spokojnie i zdecydo­wanie zaprzeczyłam oskarżeniu. Gestapowiec, wściekły, walił pięścią w stół i wrzeszczał, że jeśli się nie przyznam, to czeka mnie rozstrzelanie, a w najlepszym razie dożywotni obóz. Wymachiwał pałką i groził, że zmusi do mówienia. Powiedziałam, że mogę powiedzieć wszystko, co wiem, ale jeśli zacznie bić, to wtedy dopiero zamilknę. Trochę zaskoczony, kazał wyjść oprawcy i zaczął z innej beczki:
– Widzę, że pani jest rozsądna. Pani ma chorą siostrę i chciałaby wyjść na wolność. Chodzi tylko o zakończenie sprawy. Trzeba się tylko przyznać, a i tak już panie odsiedziały swoją karę i zaraz pójdą na wolność. My i tak wszystko wiemy. Przecząc temu, wysyła pani siebie i siostrę na śmierć, a w najlepszym razie do obozu.
Po tej przemowie zaczął znowu pytać o organizację, drukarnię „Znak” i wszystkich aresztowanych. Nie dałam się złapać na ten haczyk. Wszystkiego się wyparłam.
Hauptman wpadł w pasję. Wymyślał, groził rozstrzelaniem i mękami. Wściekły, z furią zadzwonił i kazał wyprowadzić.
Do celi wróciłam z uczuciem, jakbym wróciła do domu. Po tylu spokojnych miesiącach dzień ten był dużym wstrząsem. Siadłam do kolacji i cieszyłam się, że znów jestem tu między znajomymi, na własnej pryczy w swoim kąciku.
Maria Zieleniewska-Ginterowa, Z pobytu w celi małoletnich, w: Wspomnienia więźniów Pawiaka, Ludowa Spółdzielnia Wydawnicza 1978, s. 201–202.



piątek, 18 maja 2012

Odcinek 331: Antoni Czechow, 1891 rok

List Antoniego Czechowa do Aleksego Suworina, dziennikarza, wydawcy i pisarza

18 maja 1891 roku, Aleksin
Antoni Czechow. Zdjęcie z 1893 roku.
Wesel się i raduj, Syjonie! Mieszkałem najpierw w drewnianym domu, cztery minuty pieszo od brzegu Oki; wokół — letniska, letnicy, brzozy i nic poza tym. Znudziło mi się w końcu. Potem poznałem pewnego dziedzica, niejakiego Kołosowskiego, i wynająłem w jego zaniedbanym poetyckim dworze górne piętro dużego kamiennego domu. Cóż za urocze miejsce, gdyby Pan wiedział! Pokoje olbrzymie jak w resursie szlacheckiej, park cudowny, z takimi alejami, jakich nigdy dotąd nie widziałem, rzeka, staw, cerkiew dla moich staruszków i wszelkie możliwe wygody. Kwitną bzy, jabłonie, słowem — błogostan! Dziś przeprowadzam się na nowe miejsce porzucając letnisko. Letnisko wynająłem za 90 rubli, w majątku zaś zapłacę 160. Drogo mnie wyniesie to lato.
Może by Pan przyjechał tu na ryby? Zatrzęsienie raków i karasi. [...] Przyrzekłem sobie nie drukować sachalińskich materiałów w żadnych pismach i gazetach, ale gdyby Pan wiedział, jak mnie teraz kusi! Już dziś mógłbym wysłać Panu materiał na 100 złotych ludwików.
Wczoraj przez cały dzień ślęczałem nad sachalińskim klimatem. Niełatwo pisać o podobnych rzeczach, w końcu złapałem jednak diabła za ogon. Dałem taki opis klimatu, że przy czytaniu robi się zimno. A jakie niemiłe jest operowanie cyframi!
Wstaję codziennie o piątej rano; na starość będę chyba wstawał o czwartej. Moi przodkowie wstawali bardzo wcześnie, nim pierwszy kur zapiał. Zauważyłem, że ludzie wstający bardzo wcześnie mają zamiłowanie do nieustannej krzątaniny, z czego wynika, że będzie ze mnie wiecznie krzątający się niespokojny staruszek. [...]
Antoni Czechow, Listy, t. 2, oprac. Natalia Modzelewska, tłum. Natalia Gałczyńska, Ałła Sarachanowa, Wydawnictwo Literackie 1988, s. 35-36.

czwartek, 17 maja 2012

Odcinek 330: Halina Poświatowska, 1967 rok

List Haliny Poświatowskiej do Jana Adamskiego

Kraków, 17 maja 1967 roku

Halina Poświatowska.
Jaś Kochany, mam ochotę wyjść z tego domu i usiąść na ulicy. Mam gdzieś taki dom, w którym Ciebie nie ma. Nie lubię tego domu, nie lubię mojego parszywego serca. Chcę chodzić, chodzić, chodzić, chodzić chcę. Profesor nie daje, mówi, że coś tam jest lepiej, ale mówi tak: parę miesięcy temu to było bardzo źle. Po co tak mówi? Ja wcale nie jestem aż taka mądra, żeby się nie martwić, znowu nie aż taka cierpliwa, żeby siedzieć w kącie barłogu i czytać, kiedy tam, za oknem, ciepło i kasztany właśnie kwitną, i konwalie sprzedają na każdym rogu, i... no wiesz, co na to zrobić? [...]
Halina Poświatowska, Listy, Wydawnictwo Literackie, 2002, s. 452.

środa, 16 maja 2012

Odcinek 329: Juliusz Słowacki, 1842 rok

List Juliusza Słowackiego do matki

Paryż, dnia 16 maja 1842 roku
Juliusz Słowacki.
[...] Posłałem ci moje wizerunki - twarz więc sobie będziesz miała oddaną. Teraz wiedz, że ubieram się zawsze z dość wielką elegancją - jak to sobie kiedyś przyrzekłem za młodu, bojąc się, aby mnie zwykłe memu zajęciu zaniedbanie kiedyś nie owładało... Otóż więc zawsze biorę bardzo dobrego krawca, [co] mi oszczędza niepotrzebnych wydatków - najczęściej chodzę czarno, z małymi wyjątkami w szarawarkach lub kamizelce - nigdy prawie zupełnie czarno, bo to ma minę księżą... mam także jedną oryginalność, to jest, że zawsze noszę żółtoblade białe rękawiczki - jest to mój luks, a nie bardzo kosztowny, bo cały czysto chodząc, nigdy ich prędko nie brudzę. Noszę także najczęściej lakierowane buty - co nie jest żadnym luksusem wcale... Zawsze tak staram się być ubrany, abym bez przebierania się mógł pójść wszędzie - a nigdy tak, aby widziano, żem się wystroił umyślnie... Taka jest moja polityka co do ubioru. - Nie jestem wcale tłustszy, niż byłem, ale jestem zupełnie weselszy -jakby po walce z ludźmi odbytej, używam pewnej spokojności i to mi się w uśmiechu maluje. Przez długi czas z zaciśnionymi zębami i z ponurym czołem gotowałem się do życia - teraz żyję... [...]
Cyt. za: Dzikie nasze położenie: wybór listów romantycznych, wybór, wstęp i oprac. Danuta Sosnowska, Twój Styl 1995, s. 36-37.

wtorek, 15 maja 2012

Odcinek 328: Katherine Mansfield, 1915 rok

List Katherine Mansfield do Johna M. Murry’ego

Paryż, 15 maja 1915 roku
Katedra Notre Dame w Paryżu, około 1915 roku.
Latarnik zapala latarnie, ale ja jeszcze siedzę w mroku. Wróciłam właśnie z ogrodu przy Notre Dame. Zmierzch zapadał, a kwitnące drzewa pachniały prze­dziwnie. Było prawie pusto; na drugim końcu ławki siedział stary człowiek i wciąż nucił pod nosem, a kil­koro nieznośnych bębnów bawiło się w piłkę. Widać było tylko ich głowy, kolana i ręce wciąż w ruchu. Pnie drzew były bardzo czarne, a liście – prześlicz­ne; przypominały cudowną koloraturę sopranu przy akompaniamencie basowej melodii. Nad drzewami wznosiła się katedra Notre Dame, szacowna i piękna. Małe ptaszki fruwały od wieży do wieży – wiesz, te ptaszki co to zawsze fruwają wśród ruin. Patrzyłam na nie i przyszła mi ochota napisać sonet. Wieża i ptaszki uosabiałyby starość i myśli starych ludzi, które wciąż odlatują i wciąż do nich powracają. Mu­szę to kiedyś napisać.
Całe popołudnie pracowałam nad swoją książką, Jakie przyjemne jest zmęczenie po takiej pracy!
Kochankowie spacerują leniwie wzdłuż quai. Prze­chylają się nad parapetem, patrzą na taniec wody, a potem odwracają się i całują; idą parę kroków przy­tuleni do siebie i znowu przystają i całują się. Muszę przyznać, że wieczór jakby do tego stworzony...
Deszcz przestał padać, kiedy list do Ciebie wysła­łam, ale jeszcze mamy un temps tres lourd [pochmurna pogoda]. Kupiłam butelkę wina za 45 centymów (bardzo dobre), chłodzi się w misce z wodą, przy zlewie. Masło i mleko wy­stawiłam za okno w kuchni. „Mamy coś w rodzaju lata” – powiedziałby błazen w music-hallu.
Pisuj do mnie często, kiedy tylko masz czas. Wiem dobrze, że żadna ludzka istota nie potrafi skutecznie współzawodniczyć z moją grafomanią, ale samotność w odległym kraju nie da się porównać z osamotnie­niem w Anglii, nawet tak wielkim jak twoje. [...]
Z czyjej to winy jesteśmy rozłączeni, nie żyjemy prawdziwym życiem, a wszystko prócz czytania i pi­sania wydaje się nam stratą czasu?
Byłam dziś w ogródku za Notre Dame. Biało i ró­żowo kwitnące drzewa wyglądały tak cudnie, że sia­dłam na ławce. W samym środku ogródka jest traw­nik, a na nim marmurowy basen. Kąpiące się wróble zamieniały basen w fontannę, a na aksamitnym traw­niku spacerowały gołębie, gładząc piórka. Matki, nia­nie i dziadkowie obsiedli wszystkie ławki i krzesła, a małe dzieciaczki, niepewne na nóżkach, robiły babki z piasku, napełniały wiaderka kwiatami kaszta­nów lub rzucały czapki dziadków na trawnik, gdzie wstęp był im wzbroniony. Potem przyszła niańka Chinka, ciągnąc za sobą dwoje bębnów. Wyglądała bardzo zabawnie w zielonych spodniach, czarnym kaf­tanie i malutkim turbaniku, wciśniętym na głowę.
Usiadła i wzięła się do cerowania, świergocąc cały czas jak ptaszek i mrugając na dzieci, igłę do cerowa­nia wpinała w swój turban.
Katherine Mansfield i John M. Murry.
Gdy się jej przyglądałam, pomyślałam sobie, że jestem jakby pogrążona we śnie. Dlaczego nie mam prawdziwego domu prawdziwego życia? Dlaczego nie mam niani Chinki w zielonych spodniach i dwoj­ga dzieci, które przybiegałyby do mnie i przytulały się do moich kolan? Nie jestem już młodą dziewczyną jestem dojrzałą kobietą, która pragnie wielu rzeczy. Czy spełnią się kiedykolwiek moje pragnienia? Pisać cały ranek, potem szybko zjeść drugie śniadanie i zno­wu pisać; zjeść kolację, wypalić jednego papierosa i być wciąż samą aż do chwili pójścia na spoczynek... A miłość i radość życia walczą, aby sobie znaleźć ujście, a życie wysycha niby mleko w starej piersi. Chcę żyć! Chcę przyjaciół, ludzi, chcę mieć dom. Chcę brać i dawać.
Katherine Mansfield, Listy, tłum. Maria Godlewska, Czytelnik 1978, s. 37–40.

poniedziałek, 14 maja 2012

Odcinek 327: Maria Skłodowska-Curie, 1906 rok


Z dziennika Marii Skłodowskiej-Curie

14 maja 1906 roku 
Maria i Piotr Curie przy wadze piezoelektrycznej
do pomiarów radioaktywności.
Mój Piotrusiu, chciałabym Ci powiedzieć, że kwitną już szczodrzeńce, a glicynie, głóg i irysy zakwitną lada chwila. Byłbyś rad, widząc to wszystko i mogąc grzać się w słońcu.
Chcę Ci też powiedzieć, że dostałam nominację na Twoją katedrę i że znaleźli się głupcy, którzy mi tego gratulowali. A także, że żyję nadal w rozpaczy i nie wiem ani co ze mną będzie, ani w jaki sposób spełnię zadanie, jakie stoi przede mną. Czasem wydaje mi się, że mój ból się wyczerpał i wyciszył, ale on zaraz powraca, silny i natarczywy.
Chcę Ci powiedzieć, że nie kocham już ani słońca, ani kwiatów, ich widok sprawia, że cierpię, czuję się lepiej, gdy jest brzydka pogoda, taka jak w dniu Twojej śmierci, i jeżeli całkiem nie znienawidziłam pięknej pogody, to tylko dlatego, że jest ona potrzebna moim dzieciom. [...]
Rankiem w niedzielę poszłam na grób mojego Piotra. Chcę zamówić grobowiec i trzeba będzie przenieść trumnę.
Maria Skłodowska-Curie i Piotr Curie
z rowerami przy Boulevard Kellerman.
Całymi dniami pracuję w laboratorium, to wszystko, do czego jestem zdolna; czuję się tam lepiej niż gdziekolwiek indziej. Dociera do mnie coraz bardziej, że moje życie z Tobą skończyło się nieodwołalnie, to wszystko minęło i coraz bardziej oddala się ode mnie; pozostał tylko smutek i zniechęcenie. Nie sądzę, żeby cokolwiek mogło mi dać prawdziwą osobistą radość, może z wyjątkiem pracy naukowej; chociaż i to nie, ponieważ jeśliby mi się powiodło, nie mogłabym znieść myśli, że Ty o tym nie wiesz. Ale to laboratorium daje mi złudzenie, że trzymam się kawałka Twojego życia i świadectwa Twojego istnienia.
Odnalazłam Twój portrecik, na którym jesteś obok wagi, zrobiony z pewnością ręką amatora, a nie jakieś dzieło sztuki, ale uśmiechasz się na nim tak pogodnie, że za każdym razem, gdy na niego spoglądam, wzbiera we mnie szloch. Zdaję sobie bowiem sprawę, że już nigdy nie ujrzę tego słodkiego uśmiechu.

Zapiski Marii Skłodowskiej-Curie są opublikowane na stronie: http://sielecgimn.w.interia.pl/ (zakładka Patron).

niedziela, 13 maja 2012

Odcinek 326: Lew Tołstoj, 1895 rok

Z dziennika Lwa Tołstoja

13 maja 1895 roku, Moskwa
Welocyped, zdjęcie z 1890 roku.
Kuracja, welocyped i upadek życia duchowego. Parę dni temu nawet rozzłościłem się, że welocyped nie był gotów i obraziłem człowieka. Dawno nie pamiętam u siebie takiego duchowego upadku. Skurczyłem się i siedzę, czekam. Równie mało [elementu] egoistycznego, co i boskiego.

Lew Tołstoj, Dzienniki, t. 2, Wydawnictwo Literackie 1973, s. 19.

sobota, 12 maja 2012

Odcinek 325: Śmierć Józefa Piłsudskiego, 1935 rok

Urzędowy komunikat o śmierci marszałka Józefa Piłsudskiego

Warszawa, 12 maja 1935 roku
(Polska Agencja Telegraficzna) Pierwszy Marszałek Polski – Józef Piłsudski – zmarł dnia 12 maja o godz. 20 min. 45 w pałacu Belwederskim w Warszawie. Ostatniego namaszczenia Olejami św. udzielił ks. Władysław Korniłowicz.
Cierpienie Marszałka Piłsudskiego rozwijało się od kilku miesięcy. We­zwany z Wiednia profesor Wenckebach oraz dr Antoni Stefanowski rozpoznali raka żołądka i wątroby.
Stałą opiekę lekarską wykonywali pod kierownictwem gen. dr. Stanisława Roupperta ppłk dr Stefan Mozołowski, mjr dr Henryk Cianciara i mjr dr Felicjan Tukanowicz.
Gwałtowne pogorszenie nastąpiło w postaci silnego krwotoku żołąd­kowego, który spowodował osłabienie serca, a następnie zgon.
Jerzy Borowiec, Od Sarajewa do Hiroszimy 1914–1945, Oficyna Wydawnicza „Adam” 1992, s. 49.

piątek, 11 maja 2012

Odcinek 324: Maria Baszkircew, 1876 rok

Z dziennika Marii Baszkircew

Czwartek, 11 maja 1876 roku
Maria Baszkircew.
Tak jak mówiłam we wtorek wieczorem, wyjechałyśmy wczoraj z ciotką o drugiej.
Wygląda to na niebywały dowód miłości mojej dla Pietra.
Ach tak, tym gorzej! Jeżeli myśli, że go kocham, jeżeli wierzy w podobne nieprawdopodobieństwo, jest po prostu głupi.
O drugiej stajemy w Rzymie; wskakuję do dorożki, ciotka za mną, portier hotelowy odbiera kwity bagażowe i oto... oto... jestem w Rzymie! Boże! Cóż za radość!
Bagaże nasze nadejdą dopiero jutro. Aby pójść przypatrzyć się powrotowi z wyścigów, musimy zadowolić się naszymi podróżnymi łaszkami. Zresztą jest mi bardzo do twarzy w szarym kostiumie i filcowym kapeluszu. Prowadzę ciotkę na Corso! (Jak to cudownie po Nicei znowu zobaczyć Corso!) Zasypuję ją tysiącem bzdurnych słów i objaśnień, bo zdaje mi się, że nic nie zauważa.
A oto Klub Łowiecki; mój widok wywołuje szmer - niedoszły mnich przez chwilę siedzi z otwartymi ustami, potem zrywa kapelusz i uśmiecha się szeroko.
Jedziemy do willi Borghese, gdzie odbywa się regionalny konkurs rolniczy.
Przebiegamy wystawę pieszo, podziwiając kwiaty i rośliny i spotykamy Zucchiniego. Jest jeszcze sporo osób.
Salomon Corrodi,
Rzym ze wzgórza Montemario,
1876 rok.
Wszyscy są bardzo zaskoczeni, widząc mnie w Rzymie po raz trzeci. Jestem tu bardzo znana.
Podchodzi do nas Simonetti; przedstawiam go pani Romanów i mówię mu, że znalazłam się tutaj dzięki cudownemu przypadkowi.
Daję znak Pietrowi, by się zbliżył; promienieje i patrzy na mnie wzrokiem świadczącym, że bierze wszystko za dobrą monetę.
Wiele śmiechu wywołał opowiadaniem o swym pobycie w klasztorze. Zgodził się — jak mówił — na pobyt czterodniowy, ale gdy się tam znalazł, zatrzymano go na siedemnaście dni.
—  Dlaczego pan kłamał? Czemu pan mówił, że był w Terracina?
—  Bo wstydziłem się wyznać prawdę.
—  Czy przyjaciele pana z klubu wiedzą o tym?
—  Tak. Z początku mówiłem im, że byłem w Terracina, potem wspomnieli coś o klasztorze, tak że w końcu opowiedziałem im wszystko. Śmiałem się i ja, i oni wszyscy. Torlonia był wściekły.
—  Dlaczego?
—  Dlatego, że nie opowiedziałem mu wszystkiego od razu, że nie miałem do niego zaufania.
Potem opowiadał, jak chcąc przypodobać się ojcu, upuścił niby przypadkiem różaniec, udając, że stale nosi go w kieszeni. Zasypałam go drwinami i impertynencjami, na które, słowo daję, odpowiadał znakomicie.
Maria Baszkircew, Dziennik, tłum. Helena Duninówna, Czytelnik 1967, s. 125-126.

czwartek, 10 maja 2012

Odcinek 323: Mieczysław Jastrun, 1955 rok

Z dziennika Mieczysława Jastruna

10 maja 1955 roku 
Maria Dąbrowska przy pracy.
Zdaje się, że Dąbrowska jest już lepiej usposobiona. Przyjechali Karst i Milska. Karst zaraz postarał się o różne udogodnienia. Praktyczny człowiek. Opiekują się teraz nami lepiej.
Wczoraj całe rano chodziłem z Dąbrowską po Weimarze. Byliśmy na Frauenplan, oglądaliśmy pomnik Szekspira, figlarny nieco przed starym domem. Przed tym figlarnym Falstaffem kwitła różana jabłonka. Siedzieliśmy w parku pałacowym na kamiennych schodach, bo nie znaleźliśmy ławki.
Zapytałem Dąbrowską, czy lubi epizod Bogumiła z Ksawunią, bo dla mnie to jedna z najlepszych scen w powieści. Dlatego właśnie o tym wspomniałem. „Faustowski problem — powiedziała Dąbrowska — od strony dziewczyny, która kocha dużo starszego od siebie mężczyznę, częstszy, niż się sądzi. Robiliśmy drobne zakupy i wróciliśmy bardzo zmęczeni. Byłem w złym humorze i Dąbrowska odczuwała to. Dziś rano powiedziała mi, że jestem z usposobienia podobny do księcia Andrzeja Bołkońskiego. Zacząłem mówić o Wojnie i pokoju z zachwytem. Cenię to w Dąbrowskiej, że umie uznać wielkość innych pisarzy. Jest to rzadsze wśród piszących, niż się sądzi. Pisarze są na ogół niemiłosierni dla swoich kolegów. Okrucieństwo, z jakim ich sądzą, nie da się z niczym porównać. Niektórzy rozciągają swoją wyłączność nawet na zmarłych dawno. [...]
Wiosna w Weimarze.
Weimar jest miłym miastem, ale tylko stare uliczki są naprawdę ładne. Myślę tu o Krakowie, ale jest to zaledwie podobieństwo z ulicami Krakowa zbudowanymi w naszych czasach. A jednak jest jakiś czar w tutejszym powietrzu, może dla tych tylko, którzy, jak ja, przeżyli w sobie Goethego i Schillera.
Chodzę po różnych uliczkach tego miasta. Jakaś mała jabłonka wciśnięta między mury kwitnie różowym okwiatem. Bzy zaczynają już wypuszczać fioletowe kiście. Jaka szkoda, że być tu nie mogłem w młodości, gdy byłem jeszcze pod pierwszym wrażeniem studiów nad Goethem i Schillerem. Ileż by mi powiedział każdy kamień Weimaru! Ale tak już jest w życiu, rzadko co w porę przychodzi. Oddalenia i pobliża w przestrzeniach i czasach ustawicznie igrają z nami, nie one słuchają bicia naszych serc, ale poddają je swojej władzy, okrutnej, jak każda władza nad ciałem lub duszą człowieka.
Urzędnik kultury zaprowadzi mnie pod pomnik obu największych poetów narodu niemieckiego albo każe mi wysłuchać mów oficjalnych, sądzi bowiem, że tędy prowadzi droga do zrozumienia poezji, którą traktuje jako jeden z objawów takiej czy innej oficjalności.
Mnie wystarczy gałązka kwitnącej jabłoni w Weimarze, bym nagle poczuł w sobie to, co mógł czuć tutaj w rozkwicie swej wiosny weimarskiej Schiller.
Zwiedzanie miejsc upamiętnionych pobytem wielkich — cóż da, jeśli sami nie nosimy w sobie własnego świata.
Pomnik Goethego i Schillera w Weimarze.
Mieczysław Jastrun, Dziennik: 1955-1981, red. Maria Rydlowa, Wydawnictwo Literackie 2002, s. 23-25.