poniedziałek, 30 kwietnia 2012

Odcinek 313: David Herbert Lawrence, 1922 rok

List Davida Herberta Lawrence'a do lady Cynthii Asquith 

Ze statku R. M. S. Orsova, niedziela, 30 kwietnia 1922 roku
David Herbert Lawrence.
Znów płyniemy statkiem — znajdujemy się teraz na wielkim lekko wzburzonym, niebieskim morzu; spod fal, niby wielkie uskrzydlone krople wody, wyskakują latające ryby, jakiś katolicki ksiądz — Hiszpan — gra bardzo dobrze Szopena na fortepianie, a statek łagodnie kołysze.
Nie podobał mi się Cejlon, to znaczy podobał mi się krajobraz, ale nie mógłbym tam zamieszkać na stałe. Wschód nie dla mnie — zmysłowo uduchowiona lubieżność, niezwykła wrażliwość nagich ludzi, ich czarne, przepaściste, tęskne oczy, łby słoni i bawołów, wystające z pradawnego bagna, dziwny szmer suchych stalowych liści palm... tropiki mają w sobie coś z przedpotopowego świata... gorące, czarne bagna i zrodzone z nich życie działały na mnie fatalnie. Ale cieszę się, że poznałem ten egzotyczny kraj. W Peraherze Kandyjskiej widzieliśmy księcia Walii. Samotny, mały, biały, pochmurny człowieczek siedział w górującej nad tłumem Świątyni Zęba i z podpartą na dłoniach brodą patrzył, niby Narcyz zamierzający popełnić samobójstwo w czarnym świecie, tępo na wschodni tumult. Perahera cudownie wyglądała o północy — olbrzymie słonie, wielkie płonące kokosowe pochodnie, książęta okręceni zwojami muślinu, bicie w bębny, egzotyczna muzyka i diabelskie tańce, wszystko zmieszane w rytmicznym pochodzie, a wysoko nad tym samotny, malutki, biały książę... znów czarne ślepia i spocone, błyszczące czarne ciała nagich tancerzy w świetle pochodni i dobiegające z odległości brzęczenie dzwonków uwiązanych na łbach wielkich, zrodzonych na bagnie słoni. Wywarło to na mnie ogromne wrażenie, zdawało mi się, że widzę świat sprzed Potopu. Jeszcze ciągle trudno mi wrócić do teraźniejszości. Miękkie, wilgotne, prehistoryczne słoniowe trzęsawisko jak gdyby wciągnęło w siebie znany mi świat — i dryfuję dalej po nim bezwolnie.
Ale prosiła Pani, żeby nie pisać o Indiach, tylko o nas. Nie, proszę Pani, nie gniewam się i nie będę już wypisywał tyrad: morze jest bezbrzeżne, świat słoni i bawołów wydaje się nieskończoną przestrzenią mroku i przez kontakt z czarnymi Cejlończykami człowiek nagle pojmuje, jak rozległy jest strumień krwi, ciemny, gorący i pradawny. Cóż w ogóle znaczy życie? Po co się nad tym wszystkim zastanawiać? Na pewno nie warto. Ale mimo to nie wierzę w Buddę, a nawet go nienawidzę, razem z jego nędznymi świątyniami i prymitywną religią. Jezus jest lepszy.
Edward, książę Walii, z księciem Japonii, 1922 r.
Wybieramy się do Australii. Bóg wie po co... może dlatego, że będzie tam chłodniej i morze jest bezmierne. Cejlon paruje upałem, ale nie tyle gorąco tam szkodzi, co chemiczny rozkład krwi przez ultrafioletowe promienie słoneczne. Nie wiem, co będziemy robili w Australii, ale się nie martwię. W sensie psychicznym wszystko może być podobne, ale na pewno będzie się bardzo różniło pod względem fizycznym, a organizm cierpi, nim się przestawi. Trudno, to też należy do przygody. Myślę, że Frieda czuje się jak ja, jest trochę oszołomiona, fizycznie apatyczna... i niespokojna. Będąc daleko zamartwiam się Anglią. W porównaniu z nami, ci tubylcy są zacofani, ich cywilizacja jest niższa od naszej. Ale zaleją nas i uduszą. Przez pięć wieków górowaliśmy nad światem i byliśmy na szczycie. Teraz zaczynamy spadać. Ale nie dopuszczę do tego, abym się miał wyrzec swojej białej rasy, angielskości i własnego ja. Anglia jest w potrzasku całego świata, a także własnym. Anglia rozmyślnie podminowuje Anglię. Powinna Pani zobaczyć Indie. Wśród rozgrywek politycznych Lloyda George'a i Isaaka Rufusa wybiła nasza godzina... Rok temu zapytała mnie Pani, kto wygrał wojnę — wszyscy przegraliśmy. Ale to nieważne, skoro nasz naród utracił własną duszę. Dziwna i urzekająca jest moja Wergiliuszowa wędrówka wśród mroku i cieni.
Proszę nie kupować Sea and Sardinia, bo zapłacę za tę książkę Martinowi Seckerowi i będzie musiał ją Pani przysłać. Ubawi się Pani.
Cieszę się, że chłopcy dobrze rosną i że Herbert Asquith lubi czytać książki innych autorów. To przyjemniej, niż czytać własne, a na pewno dużo przyjemniej jest coś robić, niż nic nie robić. Tłumaczę książki Sycylijczyka Criovanniego Vergi: Mastro-don Gesualdo i Novelle rusticane, żeby mieć jakieś zajęcie. Obie są bardzo dobre. Jeżeli Pani mąż chciałby je przeczytać (przetłumaczone), proszę mu powiedzieć, żeby się zwrócił do Curtisa Browna.
Frieda załącza pozdrowienia.
Cejlon, Perahera Kandyjska. Pocztówka z 1920 roku.
David Herbert Lawrence, Listy, oprac. Krystyna Stamirowska, tłum. Zofia Sroczyńska, Wydawnictwo Literackie 1984, s. 241-242.

niedziela, 29 kwietnia 2012

Odcinek 312: Jerzy Nowosielski, 1932 rok

Z dziennika dziewięcioletniego Jerzego Nowosielskiego 

Kraków, 29 kwietnia 1932 roku
Jerzy Nowosielski. Zdjęcie
z początku lat trzydziestych.
niedawno oglądał pan dzienniczek. i złapał nas na próżniactwie! nie oglądał dzienniczka długo, to rnyśmy sobie myśleli hm... nie oglądał pan dzienniczka dotychczas i do końca roku nie będzie oglądał. A tu tymczasem pewnego pięknego poranka powiada pan cała klasa na jutro ma przynieść dzienniczki a my w strach.
Na drugi dzień pokazało się, ze ani jeden uczeń nie dostał pochwały za dzienniczek, a ja także należałem do nich. wstyd nam było bardzo ale już przepadło, na drugi raz się będziemy starali poprawić. Ale ja też mam się też czem usprawiedliwić chodziłem do dentysty, na rysunki, pisałem zawsze starannie zadanie, to nie miałem tak dużo czasu. Ale teraz, będę się starał pisać starannie i ładnie dzienniczek.

Cyt. za: Krystyna Czerni, Nietoperz w świątyni. Biografia Jerzego Nowosielskiego, Wydawnictwo Znak 2011, s. 46.

Za dzisiejszą notkę bardzo dziękujemy Ani (Czytanki Anki)

sobota, 28 kwietnia 2012

Odcinek 311: Gabriela Zapolska, 1892 rok

List Gabrieli Zapolskiej do Adama Wiślickiego, redaktora „Przeglądu Tygodniowego”

Paryż, 28 kwietnia 1892 roku
Drogi Redaktorze!
Henri de Toulouse-Lautrec, Afisz dla
Theatre Libre, w którym w 1892 roku
występowała Zapolska.
Spotkał mnie sukces niespodziewany, nadzwyczajny, upajający. Gdyby nie stosy kwiatów zapełniających mój salon, myślałabym, że to był sen. Grałam wczoraj przed elitą Paryża [w Simone L. Gramonta] i co Pan powiesz! Wzięłam go... szturmem. Brawa ogłuszające literalnie przerywały mi co chwila mowę. Wejściem moim, nie wymówiwszy jeszcze słowa, już wywołałam oklaski. Powodzenie rosło w miarę przebiegu akcji. Po akcie drugim wywoływano mnie z taką gwałtownością, że zmieniając już suknię byłam zmuszona narzucić płaszcz na nagie ramiona i zejść na scenę dziękować publiczności. Dokoła słyszałam „Epatante! charmante! adorable!” [Zdumiewająca! zachwycająca! wspaniała!] Autor, dyrektor, aktorzy, aktorki – wszyscy wyrywali mnie sobie z rąk, całowali, dziękowali. Reporterzy zapełniali moją garderobę. Kwiatów mam całe stosy. [...]
Jestem consacree [uświęcona] przez Paryż. Teraz pracować muszę szalenie. Mam zacząć sezon jesienny Norą. Będzie to évenement w Paryżu i postawi mnie w rzędzie znakomitości.
Co Pan chcesz? W kraju dla mnie miejsca nie było. Wygryźli mnie. Idiotki zmanierowane i przesadzone zajęły moje stanowisko. Poszłam między obcych, pracowałam jak Negr, chwilami mózg, usta odmawiały mi posłuszeństwa, walczyłam ze sobą, z materialnymi trudnościami, ze wszystkim. Zwyciężyłam! Stanęłam oko w oko z tą straszną hydrą, jaką jest publiczność paryska, i powiedziałam sobie: „Stawiam wszystko na kartę! Albo mnie zaadoptujecie – albo się zabiję!” Tak! Dziś to Panu wyznam, chciałam się zabić w razie niepowodzenia. Entuzjazmem mnie powitano, zaadoptowano, wyciągnięto do mnie ręce z serdecznością tak szczerą, tak pociągającą, że to wszystko, co doznałam bolesnego w kraju, od swoich, występuje mi jeszcze silniej, jeszcze boleśniej w tej chwili, w której nie powinnam czuć nic, jak tylko radość i szczęście z doznanego powodzenia.
Jestże to przywiązanie do kraju, który obszedł się ze mną jak macocha? Nie wiem! Ale ja jestem z tych natur, które krzywd swych nie zapominają. Byłam uczciwą kobietą – zmieszano mnie z błotem! Byłam artystką pełną talentu – zmieszano mnie z błotem! Byłam autorem wyjątkowym – zmieszano mnie z błotem! Patrz Pan, jak gorycz musi być moja wielka, niezmierzona, skoro ja dziś o tym tylko myślę! Za godzin parę znów mnie powitają grzmotem braw, znów garderobę zapełnią mi kwiatami, wszyscy, cała prasa, cała inteligencja Paryża za kulisami przedstawia mi się, ręka mi mdleje od uścisków, od podziękowań – ja myślę o tym, dlaczego mnie w kraju sponiewierano. Dlaczego? Czy za pracę moją, za to, co miałam w głębi duszy uczciwego, dobrego, pełnego zapału chęci dobrych? Czy za to? [...]
Nie wiem, kiedy się zobaczymy! [...]
Serdeczne pozdrowienie, odpowiedz mi Pan dwoma słowami.
Zapolska
Gabriela Zapolska, Listy, t. 1, oprac. Stefania Linowska, Państwowy Instytut Wydawniczy 1970, s. 330–331.

piątek, 27 kwietnia 2012

Odcinek 310: Henryk Grynberg, 2010 rok

Z pamiętnika Henryka Grynberga

McLean, 27 kwietnia 2010 roku
Henryk Grynberg.
Chłodny pogodny poranek, bardzo dobry na spacer, ale nie dla mnie, bo jestem uczulony na pyłki moich kochanych dębów, a najwięcej ich rano, gdy powietrze wydaje się takie czyste. Sarny nie mają tej alergii i właśnie widzę pod oknem trzy szarobure, w tym jedną małą. Podchodzę do szyby i cykam szybkostrzelnym aparatem cyfrowym. Nie zwracają na mnie uwagi, lecz nagle czmych w badyle i stoją z nastroszonymi uszami, bo z domu wyszła moja nowa sąsiadka ze swoimi bliźniakami w podwójnym wózku. Będzie mijała badyle, więc sarny w skok i już ich nie ma. Kulawa się nie pokazuje, pewno ją na stałe wyrugowały.
Henryk Grynberg, Pamiętnik, Świat Książki 2011, s. 818.

czwartek, 26 kwietnia 2012

Odcinek 309: Adrien Le Bihan, 1982 rok

Z krakowskiego dziennika Adriena Le Bihan, francuskiego dyplomaty, tłumacza i pisarza

26 kwietnia 1982 roku

Warszawa, luty 1990 r. Handel walutą przed
NBP na placu Powstańców.
Wznowiono międzymiastowe połączenia telefoniczne. Przed każdą rozmową, zarejestrowany na taśmie nosowy głos ostrzega: Uwaga, rozmowa będzie kontrolowana.
Na drodze z Krakowa do Katowic są już tylko trzy kontrole.
Ludzie zaczęli nosić małe oporniki w klapach marynarek. Przywódcy Solidarności w regionach: Bujak, Frasyniuk, Lis i Hardek, założyli Tymczasową Komisję Koordynacyjną.
Czarny rynek prosperuje. W prowadzącym do banku przedsionku starej kamienicy, czterech czy pięciu facetów dyskretnie zaczepia wychodzących, proponując im wymianę dewiz na złotówki po i interesującym kursie. Piętro wyżej, przy oknie wychodzącym: podwórze i dachy czeka wspólnik, który trzyma kasę (złote i dewizy), gotów wiać w każdej chwili. Komisariat znajduje się niedaleko stąd i milicja najpewniej pobiera procent od zysku, w zamian; milczenie. Niebezpieczeństwo mogłoby się pojawić tylko wtedy, gdyby do tych kombinacji chcieli się włączyć milicjanci z innego rewiru.
Opornik noszony w klapie.
Adrien Le Bihan, Gniewne drzewo: dziennik krakowski 1976-1986, Oficyna Literacka 1995, s. 235-236.

środa, 25 kwietnia 2012

Odcinek 308: Wojciech Kossak, 1921 rok

List Wojciecha Kossaka do córki, Magdaleny

Nowy Jork, 25 kwietnia 1921 roku
Magdusiu najdroższy.
Nie gniewaj się na mnie, że tylko do Moma piszę, ale żebyś Ty wiedzia­ła, jak ja na stare lata ciężko pracuję i jak się poram z losem. Nie zawsze mi tu było wesoło, oh nie! Były przeciwności jak to zawsze w życiu. Ale zwycięży­łem wszystko.
Jadę jutro daleko, do Chicago zawiązywać ostatecznie „Kossak Art Society” [towarzystwo zajmujące się propagowaniem dzieł Kossaka] i podpisywać kontrakt. Magdusia, moje drogie niemowlę (co prawda to raz tylko w tym teatrze amatorskim), czy Ty wiesz, że wróciwszy z Chicago, już się będę pakował do drogi, że już mam kabinę zamówioną na wspaniałej „La France” i że niedługo po tym tu oto liście dostaniecie, moje najdroższe, telegram ode mnie z Paryża, a nawet jeszcze z Hawru, że jestem w Europie biednej, zmarnowanej, ale o ileż, ach, o ileż milszej i droższej (sercu, jużci sercu). [...]
Ale to tylko tak, Magdziu, bo naprawdę będzie to dla mnie jedna z najpiękniejszych godzin życia, jakie mi jeszcze Pan Bóg da, gdy zobaczę brzegi Francji. Liluchny diabelsko-czarcioksięską literaturę przywiozę, ale myślę, że potrzebniejsze Wam będą jedwabne pończoszki i toaletowe rozmaite fąfry.
Wojciech Kossak, Autoportret, 1924 rok.
W końcu czerwca, Magdusiu, będę w domu [na ślub Magdaleny i Jana Starzewskiego], tak mi Panie Boże dopomóż. Jak też Momo drogie, kochany wróbelians, wygląda? Możecie do mnie napisać zaraz, ale już do Paryża [...]. Tam mi jeszcze, moje drogie, napiszcie, co Wam przywieźć. Stąd wezmę tylko pończoszek jedwabnych, bo są śliczne i niedrogie, od 1,5 do 2 dolarów. Naturalnie, że na polskie marki to dużo, ale pomyśl, że w Waszyngtonie w hotelu, gdzie nie mogłem sobie śniadania robić, to herbata, dwa jajka na miękko, toast and butter także 1,5 dolara.
Na św. Wojciecha było u mnie przyjęcie urządzone do współki z Wojciechostwem Morawskimi, były lody, kawa ze śmietanką, pączki, baba i masa osób, cała krema polskiego towarzystwa. Posyłam Ci jeden egzemplarz kwitu na udział w „Kossak Art Society” pokwitowany i Lilkowi drugi, czyli że Wam się będzie ode mnie należeć po 100 dolarów. Gdybym Wam nie dał zaraz przyjechawszy, byłbym nie kochającą Tatą, jeno szewc paskudny. A dostanę barszczu z uszkoma i makaronu ze szynką? i nie będę potrzebował się drzeć „obiaaaad!” O Boże, jak ja się na Was, moje najdroższe trzy, cieszę.
Uściskaj Moma drogiego, kochanego bohatera, i Liluchnę. Do widzenia, jadę jutro po ostateczne zwycięstwo! Do widzenia — Wasz Wojtek. [...]
Wojciech Kossak, Listy do żony i przyjaciół 1883–1942, oprac. Kazimierz Olszański, t. 2, Wydawnictwo Literackie 1985, s. 271–272.

wtorek, 24 kwietnia 2012

Odcinek 307: Lista Przebojów Programu Trzeciego, 1982 rok

Lista Przebojów Programu Trzeciego

Notowanie 1, 24 kwietnia 1982 roku, godz. 20.00-22.05
  1         N      I’LL FIND MY WAY HOME – Jon And Vangelis
  2         N      O! NIE RÓB TYLE HAŁASU – Maanam
  3         N      FOR THOSE ABOUT TO ROCK – AC/DC
  4         N      51 – TSA
  5         N      OPANUJ SIĘ – Perfect
  6         N      VISITORS – ABBA
  7         N      FLYING COLOURS – Jethro Tull
  8         N      PEPE WRÓĆ – Perfect
  9         N      TERAZ RÓB CO CHCESZ – Budka Suflera
10         N      SŁODKA JEST NOC– Kombi
11         N      FREEZE FRAME – J. Geils Band
12         N      PRZED NAMI DRZWI ZAMKNIĘTE – Kasa Chorych
13         N      O JEDEN DRESZCZ – Lombard
14         N      LAYLA – Derek And The Dominos
15         N      DO OR DIE – The Human League
16         N      HOW LONG – Rod Stewart
17         N      ASFALTOWE ŁĄKI – Grupa ABC
18         N      ’65 LOVE AFFAIR– Paul Davis
19         N      EDGE OF SEVENTEEN – Stevie Nicks
20         N      THAT GIRL – Stevie Wonder

Komentarz Marka Niedźwieckiego
Lista samych nowości! To się mogło zdarzyć tylko raz, w pierwszym jej wydaniu. Tydzień wcześniej przedstawiłem 20 propozycji i większość z nich znalazła się na liście. Program Trzeci ZNOWU grał, od trzech zaledwie tygodni, i od razu uruchomiliśmy naszą listę. Pamiętam, że w 1. wydaniu tylko Jon i Vangelis mieli powyżej stu głosów. Potem było lepiej, znacznie lepiej! W pierwszym notowaniu był bałagan, trochę tego i owego. Graliśmy wtedy sporo „staroci”, stąd w zestawieniu Derek and the Dominos i „Layla” – jeden z przebojów wszech czasów, stąd stare przeboje naszych zespołów ABC i Klan. Wszędzie na świecie tak się dzieje, że piosenki wracają na listy przebojów w nie zmienionych wersjach. Chciałem, żeby i u nas tak było, ale nie zawsze się udawało. Aż 13 polskich hitów w zestawieniu, nieźle, potem bywało gorzej, znacznie gorzej. Tak, to były dobre czasy krajowego rocka. Maanam, Perfect, TSA, Kombi... były u szczytu popularności, Lombard właśnie startował. Ja miałem wtedy dwadzieścia kilka lat, moi słuchacze też. To była ich i moja muzyka, potem bywało inaczej, zupełnie inaczej! Dziś moi słuchacze są często trzy razy młodsi ode mnie, już za chwilę nasze muzyczne gusty rozminą się bezpowrotnie. Przyznam, że prowadząc pierwszą listę w Trójce byłem sparaliżowany strachem. W którymś momencie realizator Marek Dalba powiedział, że jest nudno i trzeba coś zrobić...!
No i tak się zaczęło, pojawiły się na antenie różne odgłosy, a to jedzenie „starawej koczelady”, a to apetyczne gryzienie jabłka, a to ssanie „mleczaków”, czy wcinanie „obojętnych dla zębów” sezamków. A kiedy chciałem z tego zrezygnować, słuchacze pisali i mówili przez telefon: „Panie Marku, niech pan spadnie z krzesła, bo nudno!”. A ja... spadałem.
Marek Niedźwiecki, Lista Przebojów Programu Trzeciego 1982–1994, Wydawnictwo Wacław Bagiński 1996, s. 6.

poniedziałek, 23 kwietnia 2012

Odcinek 306: Heinrich von Kleist, 1807 rok

List Heinricha von Kleista do siostry, Ulryki

Chalons sur Marne, 23 kwietnia 1807
Moja najdroższa Ulryko!
Heinrich von Kleist (1777–1811),
poeta, dramaturg, publicysta.
Jeśliś otrzymała mój list mniej więcej z datą ósmego czy dziesiątego lutego, dowiesz się, jakie to niezwykłe okoliczności zawlokły mnie do Francji jako jeńca wojennego. [...]
wielokrotnie wtrącano nas do rozmaitych więzień, a w miejscowościach, gdzie tego nic czyniono, musieliśmy imać się takich prac, które bardziej były dla nas przykre niż więzienie. Na koniec przybyliśmy piątego marca do fortu de Joux, Nie można wyobrazić sobie czegoś bardziej odludnego jak ta twierdza wzniesiona na nagiej skale, przeznaczona jedynie na więzienie. Musieliśmy wysiąść i wspinać się pod górę na piechotę; pogoda była okropna, wichura co chwilę groziła nam, że strąci nas z tej wąskiej, oblodzonej ścieżki w przepaść. W Alzacji i przez całą drogę wszędzie czuło się już wiosnę, w Besançon widzieliśmy już nawet róże, ale tu, na tym zamku, u północnego stoku Jury leżał jeszcze śnieg wysoki na trzy stopy Zaczęto od tego, że moim obu towarzyszom podróży zabrano wszystkie pieniądze [...]. Mnie nic nie mogli zabrać, bo nic nie miałem. Potem nas zapewniano, że będziemy się tu mieli dobrze, i każdego z osobna wprowadzili do sklepionej piwnicy, po części wykutej w skale, po części zaś wymurowanej kamieniem ciosowym, bez światła bez powietrza. [...]
Nasze okna miały potrójne kraty i nie wiem nawet ile wrót za nami zamykano, a przy tym nazywano te lochy całkiem przyzwoitymi i znośnymi mieszkaniami. Kiedy nam przynoszono posiłki, zawsze asystował przy tym oficer, z trudem, z lęku przed jakimiś niebezpiecznymi dla państwa spiskami z naszej strony, zgodzili się wydać nam noże i widelce. Co najdziwniejsze, nie wytaczano przeciw nam żadnych oskarżeń w tej beznadziejnej sytuacji. [...] ponieważ aresztowanie nas w Berlinie było w istocie rzeczy tylko czystym nieporozumieniem i nie można było nic określonego zarzucić naszemu postępowaniu, więc też minister wojny rozkazał uwolnić nas z fortu i podobnie jak innych jeńców wojennych przesłać do Chalons sur Marne.
Fort de Joux.
Tak więc siedzimy tu teraz, cieszymy się wprawdzie pełną wolnością na nasze słowo honoru, ale możesz sobie przedstawić, w jakiej znaleźliśmy się sytuacji przy ogromnych kosztach, które narosły podczas tych wszystkich naszych podróży, zwłaszcza że uporczywie odmawiają nam wypłacania żołdu, jaki inni jeńcy wojenni otrzymują. Znów więc napisałem do ministra wojny i do księcia Augusta, podkreślając, że to rzecz wprost niesłychana traktować obywatela, który nawet nie miał broni i nie walczył na polu bitwy, jako jeńca wojennego; teraz tedy spodziewam się uwolnienia albo co najmniej pełnego zrównania mnie w prawach z innymi oficerami. Ale możesz być pewna, że poza tym wszystkie te kłopoty bardzo mało mnie wzruszają, bom już jest za pan brat z większymi i największymi ciosami losu. [...] Bądź zdrowa i pozdrów wszystkich, jak tylko mój los się odmieni napiszę Ci zaraz, jeśli tylko będę znał Twój adres.
Twój Heinrich v. Kleist
Heinrich von Kleist, Listy, tłum. Wanda Markowska, Czytelnik 1983, s. 435–438.

niedziela, 22 kwietnia 2012

Odcinek 305: Władyslaw St. Reymont, 1900 rok

List Władysława St. Reymonta do Wandy Szczukowej

Niedziela, 22 kwietnia 1900 roku
Władysław St. Reymont,
rys. Leon Wyczółkowski.
Moja. Nie gniewaj się na mnie za milczenie, a szczególnie za nieodpowiedzenie na depeszę. Było tak: tegoż samego dnia rano wysłałem list do Ciebie i natychmiast wyjechałem do Piotrkowa, przyjechałem dzisiaj rano – no i zastaję depeszę sprzed trzech dni. Było mi i jest strasznie przykro, strasznie, żeś się niepokoiła o mnie i oczekiwałaś na próżno listów lub depeszy. Całym sercem Cię przepraszam za te niepokoje. [...]
Za te listy Twoje, za te dobre, słodkie, kochane listy nie umiem Ci dziękować listownie, bo to jest prawie niemożebnym zamknąć wdzięczność całą w słowie, w zimnym słowie – więc chociaż tylko listownie, biorę Twoje śliczne ręce i całuję je, całuję tak, jak całowałem kiedyś i jak może będę jeszcze całował.
Ale mnie bardzo pognębiły Twoje kłopoty domowe, Twoje sprawy z tym panem, który się nazywa mężem Twoim.
Sądzę, że powinnaś twardo i nieugięcie stać przy tym, aby Ci dzieci przywieźli na lato, nie powinnaś z tego rezygnować, nie.
Przepraszam Cię, że ośmielam się dawać Ci jakieś rady, ale Ty wiesz, że te rady mówię Ci przez miłość i głębokie, najszczersze pragnienie dobra dla Ciebie.
Wiesz, siedzę tutaj wśród ludzi, ale uciekam od nich, nie bywam nigdzie i u nikogo. Warszawa jest mi coraz bardziej nienawistna, a nienawistna przez swoją obłudę, przez panującą głupotę, przez to kłamstwo, jakim tutaj żyją wszyscy. Zdziczałem, tak zdziczałem, że z dziwną tęsknotą myślę o Zakopanem, że chętnie wyrzekłbym się wielu rzeczy i powrócił tam, gdzie Ty jesteś.
Wiem, że gdybym teraz tam mógł być, to byłoby mi i cicho, i dobrze, i spokojnie. Wiem, że mieszkałbym w jakiejś chacie odległej, nie widywał ludzi, nie żył gwarnym życiem stada ludzkiego, a miał w zamian od czasu do czasu Ciebie i Twoje usta na swoich, i Twoje ramiona na szyi, i Ciebie całą – i byłoby mi dobrze, ach, jak dobrze...
Jaka szkoda, że to tylko marzenia,..
Jaka nędza, że połowa życia jest tylko w marzeniu, w niespełnieniu marzeń. Ty musisz coś wiedzieć o tych niespełnionych.
Co robisz?
Wiesz – teraz, w tej chwili, w samotności mojej izby, mówię cicho, mówię duszą: Wanda! Wanda! Wanda!
Bo zdaje mi się, że za chwilę Twoje ramiona otoczą mnie i poczuję na ustach Twój pocałunek...
Znowu marzenia, znowu!
Ale usłysz to wołanie przez przestrzenie, usłysz i pamiętaj o mnie, pamiętaj!
Jaka szkoda, że znasz mnie tak mało!
Jaka szkoda, że ta nasza sielanka ma tylko dwa dni życia i szczęścia – a tyle tęsknot, tyle...
Do widzenia, Słodka, do widzenia, Kochana. Obejmuję Cię sobą, cisnę do piersi i całuję, całuję całą mocą tęsknoty, pożądania i nadziei, że będzie [nieczytelne], zobaczysz!
Do widzenia, pisz na wieś.
Twój Wł.
Władysław St. Reymont, Miłość i katastrofa. Listy do Wandy Szczukowej, oprac. Tomasz Jodełka-Burzecki, Państwowy Instytut Wydawniczy 1978, s. 35–37.

sobota, 21 kwietnia 2012

Odcinek 304: Fiodor Dostojewski, 1877 rok


List Fiodora Dostojewskiego do Olgi Antipowej, siedemnastoletniej czytelniczki jego książek

Petersburg, 21 kwietnia 1877 roku
Fiodor Dostojewski.
Szanowna Olgo Afanasjewno!
Czy odgadłem imię Pani i imię Pani ojca? Musiałem długo szukać, zanim odnalazłem Pani poprzedni adres, zwłaszcza, że mam teraz bardzo mało czasu. Jeśli się pomyliłem, proszę mi wybaczyć.
Współczuję Pani bardzo z powodu niezdanego egza­minu z geografii, ale uważam, że jest to takie głupstwo, iż doprawdy nie należało przesadzać aż do takiego stopnia. A Pani napisała do mnie strasznie rozpaczliwy list. W istocie rzeczy nic się nie stało, tylko samo dob­ro, ponieważ zdała Pani egzaminy z innych trudniej­szych przedmiotów. A z geografii zda Pani na jesieni i sprawa skończona. Po co od razu łzy i rozpacz? Wi­dzę, że Pani po prostu się udręczyła i rozstroiła ner­wy w sposób niedopuszczalny. I wydaje się, że cała Pani rodzina jest Panią przejęta i z tego powodu po­denerwowana. To dobrze, że Pani kocha swoją rodzinę. To wzrusza i zmusza do szacunku dla Pani. Ale nie­dopuszczalna i niewybaczalna jest niecierpliwość i po­śpiech. Jak można krzyczeć, że „ze mnie nic nie bę­dzie, mając lat tyle, ile kot napłakał. Pani jest pod­lotkiem i nie ma Pani jeszcze prawa tak wykrzyki­wać. Na odwrót, przy Pani uporze właśnie coś z Pani będzie. Proszę tylko pozostać dobrą i wielkoduszną. Pani potrzebuje spokoju. Trzeba się trochę poleczyć i dlatego niech Pani latem koniecznie odpocznie, może na letnisku. Pisze Pani o dzieciach, które chciała Pani wychowywać. A dlaczego nie mogłaby Pani zająć się nimi już teraz? Jeśli jest to możliwe, to przecież Pani czas jeszcze nie minął i proszę się nie obawiać, życie jest wielkie. Kiedy się Pani uspokoi, sama Pani wów­czas powie, że życie jest piękne.
Duchowny, u którego zdawała Pani egzamin z religii, jest na pewno dobrym człowiekiem, ale ja na jego miejscu powiedziałbym, że nie jest Pani warta dobrego stopnia. A chodzi mi o fragment z Ewangelii, przyto­czony przez Panią w liście, o ludziach, którym będzie odebrane. Ów piękny fragment rozumie Pani zupełnie opacznie. To wstyd. Chociaż to nic takiego. Sądzę, że Pani potrafi odczuwać i ma gorące serce, ale jest ka­pryśna i rozpuszczona. (Nie pogniewa się Pani na mnie za to?) Proszę się nie gniewać, dać mi swoją rękę i uspokoić się. Mój Boże! Kto nie doznał niepowodzeń? I co warte jest życie, które toczy się gładko! Więcej męstwa i świadomości — tego właśnie Pani potrzeba. A przede wszystkim zdrowia. Proszę uspokoić swoje nerwy, a stanie się Pani szczęśliwą.
Tego właśnie szczerze pragnie oddany Pani
F. Dostojewski
Fiodor Dostojewski, Listy, tłum. Zbigniew Podgórzec, Ryszard Przybylski, Państwowy Instytut Wydawniczy 1979, s. 441-443.

piątek, 20 kwietnia 2012

Odcinek 303: Antoni Słonimski, 1930 rok

Antoni Słonimski, Kronika tygodniowa

„Wiadomości Literackie”, nr 16, 20 kwietnia 1930 roku
[...] Mało kto zdaje sobie z tego sprawę, że najpoczytniejszym autorem w Polsce nie jest wcale ani Ossendowski, ani nawet Zarzycka, ale p. Z.M., autor Sennika egipskiego. Nakłady senników u nas biją nawet książki kucharskie i wydawnictwa religijne. Co gorsza, wszystkie te senniki są zupełnie przestarzałe i nie uwzględniają bardzo wielu obrazów i pojęć, które mogą się dziś przyśnić. Warto by opracować nowy sennik dla naszych kucharek i znajomych. Pewien jestem, że dałoby się w ten sposób w parę lat zmienić psychikę całego narodu. Nie mówię już o tym, że senniki nie uwzględniają zupełnie naszej skromnej dziedziny literackiej. W ramach literatury sennik mógłby mieć większe znaczenie od wszystkich sennych recenzentów. Jest to wielkie pole do propagandy. Spróbujmy zacząć podług alfabetu. „Askenazego spotkać – bywać w arystokracji”. „Bandrowskiego Jerzego zobaczyć – bandrony słyszeć”. „Balzaka czytać – [„Bibliotekę”] Boya prenumerować”. „Boya prenumerować – Balzaka czytać”. „Beaumarchais’ego czytać – Boya prenumerować”. „Brantome’a czytać – prenumerować Boya”. „W Claudelu być zamkniętym – »Kurier Warszawski« czytać”. „Crebillona czytać – prenumerować Boya”. „Grzymałę cenić – nie prenumerować Boya”. „Grubińskiego słuchać – narazić się na śmieszność”. „Goetla nie słuchać – wylecieć z PEN-Clubu”. „Germana czytać – grozę czuć”. „Horzycę modlącego się widzieć – patrz pod Chestertona czytać”. „Hemara pieśni śpiewać – wielki majątek”. „Iwaszkiewicza wystawić – strata pieniężna”. „Laclos odwiedzić – lepiej niż Teatr Letni”. „Krzywoszewskiego sztukę czytać – krzyczeć przez sen”. „»Literackie Wiadomości czytać – to nie dosyć, trzeba je prenumerować”. „»Literackie Wiadomości« wydawać – to nie dosyć, trzeba je redagować”. „Lechonia śmiech słyszeć – pogrzeb przyjaciela”. „Mariana spotkać – plotki wieczorową porą”. I tak można snuć ten senny wątek aż do końca alfabetu i literatury, tzn. aż do Zegadłowicza.
Sprawą uwspółcześniania senników powinni się zająć przede wszystkim pp. poeci proletariaccy i marksiści. Jest to przecież najlepszy sposób, aby dotrzeć do zamkniętej na razie sfery czytelników-proletariuszy. Widzę już oczami wyobraźni pierwszy Komsennik marksowski w opracowaniu Hempla. Będzie to oczywiście uniwersalne i wyczerpujące dzieło, jednocześnie usypiające czytelnika i tłumaczące wszystkie zjawiska burżuazyjnej jawy na korzyść proletariackiego snu, na lewym boku.
Ludzi przesądnych do wszystkiego można namówić. Wystarczy napisać: „Kup Starą baśń Kraszewskiego, przepisz ją dziewięć razy i roześlij do dziewięciu znajomych w przeciągu dni trzech. Jeżeli tego nie zrobisz umrzesz na wrzody”. Pewien jestem, że po upływie pół roku cała ludność Polski byłaby zajęta przepisywaniem Starej baśni. Trudno jest ludziom trafić do rozumu. To prawda. Ale nieprawdą jest, że głupców nie sieją. Wprost przeciwnie. Sieją ich, nawożą, pielą i podlewają wachą [wodą]. Wielka hodowla idiotów – to najracjonalniej zorganizowana gałąź produkcji. Pod tym względem jesteśmy najzupełniej samowystarczalni. Co więcej, jesteśmy w stałym kontakcie z zagranicą. [...]

Antoni Słonimski, Kroniki tygodniowe 1927–1931, LTW 2003, s. 208–209.

czwartek, 19 kwietnia 2012

Odcinek 302: Zofia Nałkowska, 1938 rok

Z dzienników Zofii Nałkowskiej

Warszawa, 19 kwietnia 1938 roku
[...] Rano z łóżka patrzę w szybę otwartych drzwi do pokoju Bogusława. Odbija się w niej pociemniały widok z tamtego okna: wierzch drzewa i bielejący przy nim kawałek ściany – zupełnie podobny do widoku z okna na Górkach: na osadę Rosy z dawną rozłożystą topolą. – Cóż – nie ma już tego. I nie to już nawet jest najważniejsze. Pamiętam, jak mając kiedyś owe duże pieniądze z amerykańskiego wydania Kobiet chciałam kupić za 100 tysięcy marek sąsiadujący od zachodu z Górkami klin wzgórza z niedużym murowanym domkiem („dom Wiły”). Coś się jednak zmieniło i gdy przyjechałam z pieniędzmi, „matka Wiły” nie chciała tego już sprzedać. A teraz byłoby mi to zostało po utracie Górek. Ileż wiązałam z tym miejscem marzeń nieustających o przebudowie domu, o urządzeniu ogrodu. I zawsze ustępowałam przed wolą mamy, która wydawała mi się przez całe życie najwyższą racją. Broniła się przed każdą zmianą, utrzymując – zresztą z wysiłkiem i poświęceniem – stan rzeczy, dbając przez kilkadziesiąt lat o to tylko, by wszystko zachować do sprzedaży. Nie dała ruszyć gałęzi, która zasłaniała widok ani przebić ścieżki między drzewami, bo największą wartość mają drzewa. Stworzyła tak na całe życie stan ciągłej tymczasowości. Nie chciała, bym ja zajęła się Górkami, „wiedząc, co to za ciężar”. Jednak to właśnie beznadziejne przeczekiwanie było ciężarem. I tak się stało – a teraz jakże mi żal. – Za oknem na rozzłocone listkami drzewa wali się gęsty śnieg, przez chwilę bieli się nawet w jaskrawej trawie i na grubszych gałęziach. I znowu pamiętam, jak sypał się kiedyś taki sam śnieg kwietniowy na różowe, kwitnące brzoskwinie przed domem na Górkach. [...]
Zofia Nałkowska (stoi z prawej) na Górkach.
Zofia Nałkowska, Dzienniki 1930–1939, cz. 2, oprac. Hanna Kirchner, Czytelnik 1988, s. 303.

środa, 18 kwietnia 2012

Odcinek 301: Jerzy Andrzejewski, 1981 rok

Z dziennika Jerzego Andrzejewskiego

18 kwietnia 1981 roku - Wielka Środa
W Telewizyjnym Dzienniku jedna scenka, którą mógłby wy­myślić Mrożek, lecz, niestety, wymyśliło ją życie: krótka rozmo­wa reportera z ośmio-, dziewięcioletnimi brzdącami o ich udziale w kolejkach do sklepów spożywczych i mięsnych oraz co myślą o zachowaniu się dorosłych. Dzieciaki odpowiadały chętnie, rezo­lutnie i rzeczowo. Owszem, więcej czasu spędzają w kolejkach aniżeli na zabawach. Nieraz „pilnują  miejsca w trzech kolej­kach. Nie wydają się tą swoją działalnością ani zdziwione, ani z niej niezadowolone. Uważają to za rzecz całkiem naturalną. Do­rośli? Mają na ten temat zdanie zdecydowane. Dorośli zachowują się w kolejkach źle, kłócą się i dają dzieciom niedobry przykład. A jedna dziewczynka stwierdziła, że tabliczka czekolady ma 24 kwadraciki i gdyby zjadała jeden kwadracik dziennie, toby i na wszystkie dni miesiąca nie starczyło. 
Jerzy Andrzejewski, Gra z cieniem, Czytelnik 1987, s. 212.

wtorek, 17 kwietnia 2012

Odcinek 300: Leopold Staff, 1900 rok

Karta pocztowa Leopolda Staffa do Ostapa Ortwina (Oskara Katzenellenbogena), dziennikarza i krytyka literackiego

Lwów, 17 kwietnia 1900 roku

Adresat: Pan Oskar Katzenellenbogen / bez zajęcia (hę! hę!) / Ottynia
Leopold Staff. Zdjęcie sprzed 1905 roku.
[...] Alkohol, wędliny, baby (martwa natura), mazurki, przekła­dańce, indyki, kapłony, wino, wizyty, panna Zosia, deszcz i błoto, katzenjamer, Übung im Nichtsdenken [ćwiczenie w braku myślenia], wylegiwanie dziury w sofie, rausch, banalna wiosna, dym z papierosów, panny grają na fortepianie (oj, oj, oj!), pan Kazimierz „pluje” na Przybyszewskiego, pisanki, malowanki, panna Cesia, darowana niegdyś bransoleta, wspomnienia, staro­polskie jajo, życzenia, pocałunek złożony na ręce starej baby, ucałowanie wąsów pana Józefa (brrr), udaję „chevalier servant”, panna Zosia robi oko, jest mi gorąco, szklanka wina! Kochane Święta.
Paul d'Eck 
Leopold Staff, W kręgu literackich przyjaźni. Listy, oprac. Jadwiga Czachowska, Irena Maciejewska, Państwowy Instytut Wydawniczy 1966, s. 38.

poniedziałek, 16 kwietnia 2012

Odcinek 299: Wolfgang Amadeusz Mozart, 1789 rok

List Wolfganga Amadeusza Mozarta do żony, Konstancji

Drezno, 16 kwietnia 1789 roku, o wpół do dwunastej w nocy
Niedokończony portret W. A. Mozarta,
mal. Joseph Lange, 1789 r.,
o którym jest mowa w liście.
Najukochańsza, najlepsza żoneczko!
Kochana żoneczko, mam do ciebie mnóstwo próśb.
1° proszę, abyś nie była smutna;
2° byś uważała na swoje zdrowie i wystrzegała się wiosennego powietrza;
3° sama nie wychodziła z domu..., a jeszcze lepiej, żebyś w ogóle pieszo nie wychodziła;
4° abyś była zupełnie pewna mojej miłości - kiedy do ciebie piszę, zawsze stawiam przed sobą twój kochany portret;
5° abyś w swoim postępowaniu dbała nie tylko o swój i mój honor, ale zawsze zwracała także uwagę na pozory... Nie gniewaj się, że cię o to proszę, ale jeszcze bardziej powinnaś mnie kochać za to, że mi tak bardzo zależy na honorze;
et ultimo - proszę o więcej szczegółów..., na przykład bardzo chciałbym wiedzieć, czy nazajutrz po moim wyjeździe przyszedł do ciebie mój szwagier Hofer? Czy przychodzi, jak obiecał? Czy zaglądają czasami Langowie? Czy praca nad portretem się posuwa?
Portret Konstancji Mozart,
mal. Joseph Lange, 1782 r.
 I w ogóle, jak żyjesz? Wszystko to są sprawy, które mnie bardzo obchodzą.
A teraz adieu, kochana, najlepsza! Wiedz, że codziennie przed zaśnięciem, przez dobre pół godziny rozmawiam z twoim portretem, podobnie po przebudzeniu.
Wyjeżdżamy osiemnastego - pojutrze... Teraz już pisz na Berlin, na poste restante...
Całuję cię i ściskam 1095060437082 razy (to niezłe ćwiczenie wymowy), twój zawsze wierny mąż i przyjaciel.
W.A. Mozart

Cyt. za: Ogrody listów miłosnych: Od Owidiusza do Kieślowskiego, oprac. Marlena Krzyżostaniak, Astrum 1999, s. 65-66.

niedziela, 15 kwietnia 2012

Odcinek 298: Bolesław Leśmian, 1912 rok


List Bolesława Leśmiana do Zenona Przesmyckiego

15 kwietnia 1912 roku
13, rue Vavin, Paris
Bolesław Leśmian.

W liściach jarzy się chlorofil,
Patrzy w słońce - szewc i kowal
Mnie-ż ma więdnąć twarzy profil
Tudzież brzucha jędrny owal?

Czekam od Was słów kilkorga,
Nie zbywajcież mnie milczeniem,
Boć w niebiosach też jest Morga,
Gdzie tkwią duchy za oszkleniem...

Tam, stanąwszy mimolotem,
Ducha mego kształt znikomy
Rozpoznacie chyba po tem,
Że złoczyńca - niewiadomy!...

Iłem czekał, ilem wyczuł -
Sny wypiszą mi na twarzy,
Tedy stanie snom na straży
Wiatr od mórz i górskich przyczół.

A za wiatrem stanie społem
Chór aniołów - bergsonistów,
A za nimi - błędnym kołem
Niepisanych szereg listów.

Pieśń Warn nucę w snach nacichłą,
Poprzez zgrozy mgłę roześmian.
Odpisujcież przeto rychło, Nagli  czas! -
                                           Bolesław Leśmian.
 
Bolesław Leśmian, Utwory rozproszone. Listy, oprac. Jacek Trznadel, Państwowy Instytut Wydawniczy 1962, s. 323-324.