sobota, 31 marca 2012

Odcinek 283: Bolesław Limanowski, 1893 rok

Z dziennika Bolesława Limanowskiego
Paryż, 31 marca 1893 roku
Bolesław Limanowski.
Zola w jednej ze swoich powieści dał wspaniały opis hal centralnych, tego „brzucha” Paryża, który gromadzi w sobie większą część żywności, przywożonej z daleka i ze wsi okolicznych do stolicy. Gwar i ciżba tam w dzień i w nocy, a kiedy w nocnych godzinach zapanuje na czas krótki cisza, hale przedstawiają przechodniowi czarodziejski widok jakiegoś zaklętego gmachu, z wnętrza którego bije łuna światła elektrycznego.
Już około godziny drugiej po północy przybywają zewsząd wozy ku halom: przywożą mięso, jaja, ryby, masło, jarzyny, owoce itd. Dla każdego rodzaju żywności jest osobny oddział, gdzie się sprzedaje w wielkich ilościach lub gdzie sprzedają małymi częściami. Na tym wielkim rynku ulice się krzyżują i mają otrzymać wkrótce każda osobną nazwę. Zaproponowano nadać im nazwiska wsławionych gastronomów i kucharzy, jak: Brillat-Savarin,Vatel itd. Istnieje tu dziesięć pawilonów różnej wielkości.
Camille Pissaro, Targ w Halach.
Wielka liczba ludzi jest stale zatrudniona przy tych halach: są inspektorowie administracyjni i sanitarni, rzeźnicy, badacze jaj (compteures-mizeurs), oskubywacze, oskrobywacze, pomywacze itd. Na szczególną uwagę zasługują: faktorowie i tragarze. Faktorem może zostać każdy, kto złoży 10 000 franków kaucji, ma 25 lat i nie jest w swych prawach obywatelskich ograniczony. Przypomina on po trosze naszego faktora, tylko na wielką skalę. Jeździ on po Francji i za granice, skupując potrzebną żywność, zajmuje się jej dostawą, a w Paryżu, opłaciwszy koszta przewozu, cła, rogatkowe, sprzedaje ją drobnym kupcom albo przez licytacje, albo na mocy dobrowolnego układu. Prefektura Sekwany wydaje także bilety i tym, co chcą zostać tragarzami. Wymaganą jest od tragarza uczciwość i siła, a dla okazania jej składa się egzamin, który polega na tym, że z jednego na drugi koniec pawilonu przenosi ciężar 200 kilogramów. Tragarze tworzą własny syndykat, mają wspólną kasę i własny przytułek dla starców. Wszelki zarobek składa się do wspólnej kasy i codziennie odbywa się równy podział pomiędzy wszystkich. Roczny dochód tragarza wynosi od 3 do 5 tysięcy franków.
Paryskie Hale w 1907 roku.
Na halach centralnych dostaje się żywność najtaniej i kupując tam można mieć większą pewność aniżeli gdzie indziej, że to, co mamy jeść, jest świeże i niefałszowane. [...]
Oprócz hal centralnych, miasto posiada jeszcze 29 rynków, na których sprzedaje się żywność. Dwanaście z tych rynków — są to hale mniejsze, miejscowe, w nich sprzedaż odbywa się codziennie. Siedemnaście zaś rynków zajmuje otwarte wyznaczone miejsca na placach publicznych, dokąd sprzedawcy z rozmaitą żywnością przybywają w pewnych oznaczonych dniach tygodnia.
Paryskie Hale, sprzedawcy ryb
i ślimaków. Ok. 1900 r
Przypuszczając, że na każdą osobę potrzeba codziennie kilo chleba, 300 gramów mięsa, kilo jarzyn, 1300 gramów węgla, litr piwa i 1/8 litra nafty, to biorąc ceny istniejące, obliczono, że życie, oprócz mieszkania, kosztuje w Paryżu — 1 franka i 52 centimy na osobę, tyle co w Genewie, w Londynie 1 fr. 47 c. tyle co i w Rzymie, w Brukseli — l fr. 26 c., w Berlinie — l fr. 49 c., w Wiedniu — l fr. 78 c., w Madrycie — l fr. 84 c., w Petersburgu — l fr. 90 c. Okazuje się, że w Paryżu, pomimo istnienia rogatkowego, życie nie jest jeszcze najdroższe. Chcąc jednak żyć tanio, trzeba kupować wszystko na halach centralnych i w wielkich magazynach.
Cyt. za: Francja w pamiętnikach Polaków, oprac. Andrzej Gawerski, Interpress 1981,  s. 408-409.

piątek, 30 marca 2012

Odcinek 282: Zofia Wańkowiczowa, 1921 rok

List Zofii Wańkowiczowej do męża, Melchiora

Prochy, 30 marca 1921 roku
Melchior Wańkowicz, fot. z czasu studiów.
Melisko Najdroższe, Najlepsze – całuję Cię i ściskam z całej duszy i mówię „do widzenia”. Obudziłam się o piątej i pół rano, ale już Ciebie nie było. Patrzyłam na bramę, że może będziecie wyjeżdżać, ale już wyjechaliście. Jeszcze księżyc świecił, a potem zaczęło się robić jasno. Towarzyszyłam Ci w drodze dobrym życzeniem, i tylko bardzo brakowało mi, żeś mnie na pożegnanie nie obudził i nie pocałował. Zbudziłam się, jak zacząłeś się myć, i nie wiem, jak tak mocno zasnęłam. Tak strasznie mi było brak, żeś mnie nie uściskał na do widzenia. Dziękuję Ci bardzo za nasze „wakacje”. I czy nie byłeś zły wczoraj wieczorem na mnie o coś ważniejszego – czy o jaki drobiazg – czy że byłam rozespana i nie pieściliśmy się? Napisz. I czy nie było Ci przykro, że tak mocno zasnęłam dziś, czyś nie pomyślał, że za mało zajęłam się Twym wyjazdem i pakowaniem? Czy też tylko nie chciałeś mnie budzić. I jaką myślą pożegnałeś swoje śpiące „kobiety”. Obudziłam się o ósmej, a Krysia już nie spała i widać wiedziała już, że Ciebie nie ma, bo powiedziała „posied Tata”. Chcąc, żeby spojrzała, jak zwykle pytam: „Gdzie Tata, Kisiu?”, a ona nie powtarza jak zwykle „Tata”tylko: „Dzie – dzie?” W ciągu dnia kilka razy było: „Tati, Tati, dzie Tati”. Ale w ogóle „Tati” jest najwyraźniej nasz porte-bonheur [talizman], bo dziś Krysia, ledwie wyszła na dwór, zaczęła mocno chrypić, a po południu silnie kaszleć. Wysmarowałyśmy ja z p. Zofią spirytusem i okryły ciepło. Może do jutra przejdzie. Ale w każdym razie, najwidoczniej, wakacje się skończyły i zaczęły się moje troski macierzyńskie. Chciałabym i ja, [...] abyś mnie pożałował, żem „bohater”, co ze strachem sam się poczuł po Twoim wyjeździe, taki bardzo sam i niezaradny, a który będzie się starał dawać sobie radę. Ale nie proszę dziś o żałowanie, gdyż całą myślą jestem z Tobą, jak tam dojeżdżasz do Warszawy, i tak bardzo chcę, aby p. Tadzio już był w domu, żebyś nie zastał pustego domu. I spieszę choć ten list wysłać. Ten kwiatek, co tu wkładam, to miałam Ci przypiąć do kurtki – to z ostatniego „wakacyjnego” spaceru. [...]
Ściskam Cię bardzo, bardzo mocno
Zośka

King i Królik. Korespondencja Zofii i Melchiora Wańkowiczów, 1914–1939, oprac. Aleksandra Ziółkowska-Boehm, Twój Styl 2004, s. 49–50.

czwartek, 29 marca 2012

Odcinek 281: Leopold Tyrmand, 1954 rok

Z dziennika Leopolda Tyrmanda

29 marca 1954 roku
[...] Rozważałem dziś Warszawę z okna autobusu i przyznać muszę, że coś jest w komunistycznej przechwałce propagandowej brzmiącej we wszystkich przemówieniach: „Dźwignęliśmy stolicę z ruin...” Dziesięć lat temu nie było Warszawy, a teraz jest i tej prostej prawdy nikt nie jest w stanie obrócić we frazes. Ile w tym zasługi komunistów, a ile Polaków i warszawiaków, trudno zmierzyć. Niemniej, odbudowa lub jak kto woli wskrzeszenie tak wielkiego miasta nie dokonałoby się, gdyby komuniści z takich czy innych względów jej nie chcieli, bez ich zgody nic by się w tym kraju i w tym czasie nie stało. Można się też sprzeczać, czy gdyby ich nie było, Warszawa nie stałaby już większa i piękniejsza. Czy większa, nie wiem, to sprawa do dyskusji, trudna do ustalenia. Piękniejsza? Piękno miast jest w wielości motywów, najczęściej wbrew ludziom, a nie dzięki ludziom. Różnorodność szpetoty, szlachetniejącej z upływem czasu, starzejącej się i patynującej to właśnie piękno miast. [...]
Plac Konstytucji w Warszawie, 1954 rok.

Leopold Tyrmand, Dziennik 1954, Res Publica 1989, s. 358.

środa, 28 marca 2012

Odcinek 280: Paul Cezanne, 1878 rok

List Paula Cezanne’a do Emila Zoli

Aix, 28 marca 1878 roku
Mój drogi Emilu,
Paul Cezanne, Autoportret, 1875 rok.
Myślę jak i ty, że nie powinienem zbyt pospiesznie rezygnować z pomocy ojcowskiej. Ale widząc zastawiane na mnie zasadzki, z których dotychczas udawało mi się wymknąć, przypuszczam, że wielki spór będzie dotyczył pieniędzy i użytku, jaki mam z nich zrobić. Jest bardziej niż prawdopodobne, że nie dostanę od ojca więcej niż 100 franków, choć przyrzekł mi 200, gdy byłem w Paryżu. Muszę więc odwołać się do ciebie, tym bardziej że mały jest chory od dwóch tygodni na gorączkę śluzową. Przedsięwziąłem wszelkie środki ostrożności, by ojciec nie mógł uzyskać pewnych dowodów.
Wybacz, że zrobię ci uwagę, ale twój papier do pisania i koperty są za ciężkie: na poczcie kazano mi dopłacić 25 centymów, a twój list zawierał tylko podwójną kartkę papieru. Czy nie chciałbyś, pisząc do mnie, wkładać do koperty jedną tylko kartkę złożoną we dwoje?
Jeśli ojciec nie da mi dość pieniędzy, zwrócę się do ciebie w pierwszym tygodniu następnego miesiąca i dam ci adres Hortense [żona Cezanne’a], której zechcesz łaskawie je przesłać.
Ukłony dla żony, ściskam ci dłoń
Paul Cezanne
Prawdopodobnie zostanie otwarta wystawa im­presjonistów; poproszę cię wówczas, żebyś dał tam martwą naturę, którą masz w jadalni. [...]
Paul Cezanne, Martwa natura z muszlą i czarnym zegarem, własność Emila Zoli.

Paul Cezanne, Listy, tłum. Joanna Guze, Państwowy Instytut Wydawniczy 1968, s.134–135.

wtorek, 27 marca 2012

Odcinek 279: Maria Konopnicka, 1886 rok

List Marii Konopnickiej do stryja, Ignacego Wasiłowskiego

Warszawa, 27 marca 1886 roku
Drogi, kochany Stryju!
Maria Konopnicka, około 1886 roku.
Chciałabym najpierw wiedzieć, jak się miewasz, drogi Stryju? Z wiosną pewno lepiej, ale to wcale nie racja, aby zapominać, że po wiośnie przyjdzie znów zima, i że znów będziesz więcej cierpiał. A zatem trzeba już teraz myśleć o stałej jakiej kuracji i nie odkładać ad acta.
To pierwsze. A drugie – nie gniewaj się na mnie, żem tak dawno nie pisała. Przechodziły nade mną różne wichry i burze, aż nareszcie uspokoiło się to trochę we mnie i wokoło mnie.
W „Świcie” już nie jestem. Warunki były takie, że wolałam się usunąć. U nas literaci podlicytowują jeden drugiego, i zdarza się, że do wydawcy przychodzi i mówi: „Co? Pan dajesz za to pani Konop[nickiej] sto rubli miesięcznie? Panie, ja to panu za 30 zrobię!”.
Wydawca nie byłby chyba wydawcą, a do tego Żydem, żeby go taka propozycja skusić nie miała. Powtarza mi więc to, próbując, czy ja co nie odstąpię. I oto stało się, że odstąpiłam wszystko. Niech się cieszą.
Teraz znów jestem wolnym najmitą...
Co mnie dręczy, to to, że polegając na moich dochodach, Stach mój porzucił swój obowiązek w kantorze i zaczął się przygotowywać do wstąpienia na kursa handlowe wyższej specjalnej szkoły Kronenberga. I oto oboje zostaliśmy na lodzie. Cóż robić. Trzeba się ostro zabrać do pracy, wielu rzeczy się wyrzec, o innych zapomnieć. I tak się jakoś życie przekołacze. Aby do końca, aby do spokoju! A czy to tam tego ma już być koniecznie tak długo?
Lorka, najmłodsza moja, musiała pomimo jeszcze trochę dziecinnego wieku swego, wziąć miejsce nauczycielki, i to mnie boli, żem tak została sama. Musiałam też o mieszkaniu tańszym pomyśleć. Od 1 kwietnia przeprowadzam się na Smolną pod 19 n[um]er.
Ach! Żałuję stokrotnie, najdroższy Stryjeczku, żem Cię nigdy w tym miluchnym mieszkanku, które zajmuję teraz, ugościć nie mogła. Schody śliczne, froterowane, piękny chodnik, kwiaty na nich, gaz w kloszach wieczorem; a potem taki miły gabinecik, salonik taki wesoły, tyle wygód – i to pierwsze piętro, nie zmęczyłbyś się Stryjeczku! A teraz – trzecie piętro, schody – obrzydliwe, pokoiki dwa i alkówka ciasna – oto wszystko. Ale jest słońce, bo okna od południa. Tylko ja znów te kąty tak umilę, tak ozdobię, tak je zapełnię pracą i myślami, że one znów może będą miały trochę wdzięku, i może Tobie nawet, drogi Stryjeczku, podobać się będą. Tak to mi te czasy przeszły tu smutno. Niby to jedno z drugim nic, a dojadło mi to naprawdę. Przed ludźmi udaję, że sobie z tego wszystkiego nic nie robię. Ale Tobie, najmilszy Stryju, powiem tak szczerze, od serca, że mnie ta walka z życiem strasznie zmęczyła. Wczoraj też dopiero podniosłam się z krótkiej lecz ciężkiej choroby, która zagrażała tyfusem, a skończyła się jakąś gorączką, nie opuszczającą mnie jeszcze i teraz. [...]
A u nas wiosna. Słońca pełne okna, omal, że skowronków nie słychać. Ach! Jakże mi tęskno do wsi! Ach, jakim ja tu więzień w tym mieście! Przebacz mi, drogi Stryju, ten list samolubny – jestem jeszcze słaba. Całuję Cię z serca.
M.K.
Maria Konopnicka, Listy do Ignacego Wasiłowskiego, oprac. Jacek Nowak, Instytut Badań Literackich 2005, s. 174–175.

poniedziałek, 26 marca 2012

Odcinek 278: Aleksander Puszkin, 1831 rok

List Aleksandra Puszkina do przyjaciela, Piotra Pletniowa, poety i krytyka

26 marca 1831 roku. Z Moskwy do Petersburga
Piotr Pletniow.
Cóż to, mój kochany? Nie dajesz znaku życia. Od miesiąca nie ma od Ciebie ani słówka. Może znów otrzymałeś od generalnego gubernatora łaskawy zakaz korespondowania ze mną? Czyś nie chory – Boże uchowaj – czy wszystko u Ciebie w porządku? A może się lenisz i po próżnicy straszysz swych przyjaciół? Póki co masz tu dokładne sprawozdanie z mego życia, sytuacji rodzinnej i planów. W Moskwie za nic dłużej nie pozostanę – przyczyny są Ci wiadome, a co dzień przybywa nowych. Po świętach ruszam do Petersburga. Wiesz, mam diabelną ochotę nie dojeżdżając do Was, zatrzymać się w Carskim Siole. Błogosławiona myśl! Lato i jesień spędziłbym w zsyłającej natchnienie samotności, nie opodal stolicy, wśród miłych wspomnień i temu podobnych wygód. Kwatery są tam chyba teraz niedrogie – ani dworu, ani huzarów – musi ich być wiele na zbyciu. Z Tobą, mój serdeczny, widziałbym się co tydzień, z Żukowskim – także – Petersburg pod nosem, życie tanie, powóz niepotrzebny. Cóż lepszego? Pomyśl nad tym w wolnej chwili i napisz, co postanowiłeś. [...]
O swej sytuacji pieniężnej powiem Ci, iż dzięki ojcu, który dał mi do rąk 38 000 r., ożeniłem się i jako tako zagospodarowałem, nie wchodząc w nowe długi. Na teściową i majątek mej żony nie mogę liczyć, częściowo, ponieważ sprawy ich źle stoją, a częściowo, gdyż nie należy zbytnio ufać słowom. W każdym razie ze swej strony postąpiłem uczciwie i więcej niż bezinteresownie. Nie chwalę się, ani nie uskarżam – żonka moja to cudo nie tylko dla swej urody i nie uważam za ofiarę tego, co winienem był uczynić. Zatem do zobaczenia, mój miły.
Aleksander Puszkin, Listy, tłum. Marian Toporowski, Danuta Wawiłow, Państwowy Instytut Wydawniczy 1976, s. 340–341.

niedziela, 25 marca 2012

Odcinek 277: Anne Frank, 1943 rok

Z dziennika Anne Frank

Czwartek, 25 marca 1943 roku
Kochana Kitty,
Anne Frank z rodzicami i siostrą.
Mama, tata, Margot i ja siedzieliśmy sobie wczoraj przyjemnie razem; nagle wszedł Peter i szepnął tacie coś do ucha. Usłyszałam jakieś „beczka przewrócona w magazynie” i „ktoś grzebał przy drzwiach”.
Margot też to zrozumiała, ale próbowała mnie jeszcze trochę uspokoić, bo zrobiłam się oczywiście biała jak kreda i byłam bardzo zdenerwowana. My w trójkę czekałyśmy; tata z Peterem poszli w tym czasie na dół. Nie minęły dwie minuty, a pani van Daan przyszła na górę, powiedziała, że Pim [ojciec Anne] poprosił ją o wyłączenie radia i pójście po cichu na górę. Ale tak to jest, że gdy się chce chodzić bardzo cicho, to stopnie starych schodów trzeszczą akurat dwa razy głośniej. Po pięciu minutach przyszli Peter z Pimem, biali po czubki nosów i opowiedzieli o swoich przeżyciach. Usadowili się pod schodami i czekali, bez rezultatu. Nagle, tak, tak, usłyszeli dwa mocne uderzenia, jakby tu w domu ktoś zatrzasnął dwoje drzwi. Pim jednym skokiem był na górze, Peter ostrzegł jeszcze najpierw Dussela, który robiąc wiele ceregieli i szumu znalazł się w końcu na górze. Na bosaka poszliśmy piętro wyżej do rodziny van Daanów. Pan był strasznie przeziębiony i leżał już w łóżku, więc zgromadziliśmy się przy jego łożu i szeptaliśmy o naszych przypuszczeniach. Za każdym razem, gdy pan głośno kaszlał, myślałyśmy z panią, że nas sparaliżuje ze strachu. Trwało to tak długo, aż jedno z nas wpadło na świetny pomysł, żeby mu dać kodeinę. Kaszel natychmiast ustąpił.
Znowu czekamy i czekamy, ale niczego więcej nie słychać i właściwie wszyscy teraz sądzimy, że złodzieje, usłyszawszy kroki w tak zwykle cichym domu, wzięli nogi za pas. Nieszczęściem było też, że radio na dole było jeszcze nastawione na Anglię, a obok niego stały półkolem krzesła. Gdyby teraz sforsowano drzwi, a służba ochrony przeciwlotniczej zauważyła to i ostrzegła policję, to mogłyby z tego zdarzenia wypłynąć bardzo nieprzyjemne skutki. Pan van Daan wstał więc, ubrał spodnie i marynarkę, nałożył kapelusz i bardzo ostrożnie zszedł za tatą po schodach, za nim poszedł Peter, który na wszelki wypadek uzbrojony był w ciężki młotek. Panie (łącznie z Margot i ze mną) czekały w napięciu na górze, aż pięć minut później z powrotem pojawili się panowie i powiedzieli, że wszystko w domu jest w porządku.  [...]
Uspokoiliśmy się trochę, gdyż od około kwadransa po ósmej, gdy nasz dom z powodu złodzieja przestał być bezpieczny, do wpół do jedenastej niczego więcej nie słyszeliśmy. Przy dokładniejszym zastanowieniu się wydało się nam też bardzo nieprawdopodobne, żeby jakiś złodziej wyłamywał drzwi tak wcześnie wieczorem, gdy ulicą mogą jeszcze chodzić ludzie. [...]
Poszliśmy do łóżek, ale sen nie u wszystkich nadchodził. Tata, mama i pan Dussel nie mogli wcale zasnąć, a ja, przesadzając odrobinę, mogę powiedzieć, że nie zmrużyłam oka. Dziś rano panowie zeszli na dół i pociągnęli za drzwi zewnętrzne, czy były jeszcze zamknięte na klucz, ale wszystko było bezpieczne! [...]
Twoja Anne [...]
Anne Frank, Dziennik (Oficyna), tłum. Alicja Dehue-Oczko, SAWW 1993, s. 81–82.

sobota, 24 marca 2012

Odcinek 276: Tadeusz Bobrowski, 1891 rok

List Tadeusza Bobrowskiego do siostrzeńca, Konrada Korzeniowskiego (Josepha Conrada)

24 marca 1891 roku, z Kazimierówki
Mój Drogi Chłopcze!
Tadeusz Bobrowski, działacz
społeczny, pamiętnikarz,
wuj i opiekun Josepha
Conrada.
Cóż mam Ci odpowiedzieć na Twój ostatni list z dn. 21 lutego/5 marca ze szpitala pisany? Cóż mogę innego odpowiedzieć, jak to, że mnie mocno zmartwił, że mi zrobiłeś wrażenie mocno zwątpionego i osłabionego – chociaż poczciwy Krieger stara się swoim bilecikiem [...] wrażenie to w umyśle moim zatrzeć ale trudno, bo człowiek stary zawsze skłonniejszy widzieć sprawy ludzkie w czarniejszym świetle, niż może są?... Co, daj Boże, aby tak było i z Tobą, by mi wkrótce stan Twego zdrowia kłam zadał [...]. A więc, Panie Bracie, bądźmy dobrej myśli i nie traćmy fantazji, każdy ze swej strony – a to z pewnością nie zaszkodzi – jeżeli nie pomoże?!... Czekajmy więc cierpliwie wyzdrowienia, a tymczasem mówmy o konwalescencji. [...]
U nas w ciągu kilku dni (od 5 do 10 marca) śniegi zginęły – i co lepsze, zginęły nie wyrządziwszy żadnych szkód w groblach i młynach, a odkryły posiewy wcale nieuszkodzone, jak się to okazuje w większej części Europy. Jest nadzieja, że za jakie parę tygodni i drogi obeschną, i do siewów wiosennych przystąpić będzie można, a oziminy zazielenieją – jeżeli wiatry marcowe, zwykle suche, nie przeszkodzą i nie uszkodzą ,,nadziei rolnika”...
Z wiadomości rodzinnych nic szczególnego do doniesienia Ci nie mam [...].
Biedna p[an]i Kopr[owska] ciągle biada nad coraz gorszym stanem interesów Proroka Samuela – które im grożą eksmisją z majątku zastawionego w Banku Ziemskim. Wcześniej czy później stać się to musi – tak zawsze bywa z tymi, którzy tylko myślą o dogadzaniu sobie i swoim zachciankom. Nie mniej żal mi ciotki, która i rzeczywiście biedna w swym pożyciu rodzinnym, i tak przywykła biadać, że już trudno rozróżnić, co prawdą, a co przywidzeniem w jej żalach listownych – a które jej dają pochop do ciągłych nagabywań mnie, którym znowu trudno mi zawsze odpowiedzieć, odmowa zaś przykrość sprawia, tym bardziej, że ludzie i ona mają mnie za daleko zamożniejszego, niż jestem.
O kuzynkach Ci powiem – że jedna, Zunia, urodziła; druga, Marta, rodzić się zabiera; a trzecia, Maria, rodzić będzie, bo już jest w ciąży, jak mi pisze.
Staś od N[owego] Roku nie pisał, bo nie zwykł bez in­teresu pisywać. Jeden Tadzio regularnie co parę tygodni pisuje. Nauki idą mu dobrze, a żyjemy z nim w najlepszej komitywie. [...] Pani Kazimierzowa czegoś się na mnie dąsa, bo od sierpnia, tj. czasu bytności mojej w Radomiu, raz tylko do mnie pisała. Suponuję, że niekontenta ze mnie z powodu, że z sumy (2000 rb.), którą dawniej do jej rozporządzenia dawałem, teraz sam rozporządziłem, co komu przeznaczam — dla niej i Michasia zostawiłem 1200 rb. Zdaje mi się, że dając, mam prawo powiedzieć, co komu daję?? Ale z babkami trudna sprawa, mają swoją logikę i zapominają łatwo, co komu winne, jeżeli to z ich rozumieniem rzeczy nie zgadza się.
Bądź mi zdrów i dobrej myśli, Mój Drogi Chłopcze. Ściskam Cię i błogosławię po tysiąc razy.
Twój Wuj
T. Bobrowski
Tadeusz Bobrowski, Listy do Conrada, oprac. Róża Jabłkowska, Państwowy Instytut Wydawniczy 1980, s. 131–133.

piątek, 23 marca 2012

Odcinek 275: Maksymilian Gierymski, 1874 rok

List Maksymiliana Gierymskiego do Kazimierza Epplera

Rzym, 23 marca 1874 roku
Kochany Kaziu!
[...] Wnoszę z Twego ostatniego listu, że był on pisany przed odebraniem mojego, który nie tak dawno posłałem. Diabelnie długo listy stąd idą do Was; data na kopercie zawsze o 6 dni się różni od tej, pod którą się list odbiera. Aby mieć odpowiedź na list, trzeba 2 tygodnie czekać, jeżeli ten, do kogo list adresowany, nie zwłóczy ani chwili z odpowiedzią. [...]
Sprzedawca makaronu, Włochy, XIX wiek.
Dotąd nie oswoiłem się jeszcze z Włochami; wina języka i choroby mojej, że mało bardzo, nawet wcale, w życie tutejsze jeszcze nie wlazłem. Jeżeli się spotykam z Włochem, to tylko targując co u niego, a odchodzę wymyślając na bezczelne złodziejstwo i wszelki brak nawet kupieckiej ambicji i honoru. Drogo jest w ogóle, to prawda, ale nie tak, jak się w pierwszych tygodniach pobytu tutaj wydaje; dlaczego? – oto powiem Ci, że począwszy od pomarańczy aż do wynajmu fortepianu, mieszkania itd., wszystkiemu musisz połowę ceny przyznawać, jaką od Ciebie żądają, a dopiero po targach i wzajemnych ustępstwach dostajesz to, co żądasz za średnio przystępną cenę. Takie rzeczy, jak płótno, jak ramy, bodaj papier kupując, musisz się zawsze tej zasady trzymać, że najwyżej 2/3 żądanej ceny przyjdzie Ci zapłacić.
Potrzebowałem kupić laskę, bo bez kija nie mogłem chodzić; wstępuję do jednego z najpierwszych i najwykwintniej urządzonych sklepów, jakie się w Rzymie spotyka; żądam, pokazują mi różnego gatunku kije, wybieram najprostszy; ile za niego? – pięć franków. Gdybym był sam, nie śmiałbym nigdy, spojrzawszy po wykwintnych brązach, kryształach wystawionych w oknie i w sklepie, po aksamitem krytych meblach, dla wygody gości przeznaczonych, nie śmiałbym powiedzieć mniejszej ceny, jak tę, którą żądano. Byłbym albo wziął, albo odstąpił ze sklepu, gdyby cena wydawała mi się niemożebna do zapłacenia. Był ze mną Boleś Łaszczyński; ani chwili się nie wahając powiada 2 1/2 franka, kupiec ustępuje naprzód na 3, a w końcu oddaje za ofiarowaną cenę. Tak ze wszystkim. Włosi przeszli chyba Żydów w tym względzie. Anglicy i Rosjanie to zrobili.
Bogaty Anglik tak mało na to zwraca uwagi, że go 20 fr. jakaś rzecz drożej kosztuje, niżby kosztować mogła, że Włoch, wiedząc o tym, nakłada mu umyślnie tyle, ile tylko nie sumienie, ale już przyzwoitość chyba nałożyć mu pozwoli. Chciałem wynająć fortepian; pytam się o cenę na miesiąc – 45 fr. Wydawała mnie się ogromną i zrobiłem minę i gest, który dał do zrozumienia negocjantowi, że ani myślę tyle płacić. W tej chwili zaczął zjeżdżać, już ofiarując się przyjąć na siebie koszta transportu tam i na powrót. Gdym mu powiedział, że to niezmiernie drogo – ha, ten pan, co go trzyma teraz u siebie w hotelu tym i tym, płaci 50 fr. Ten pan jest z Rosji. Wiadomo tymczasem, że w innej porze, kiedy mniej jest cudzoziemców, za wynajęcie najlepszego pianina, płaci się 20 fr. Jest się ciągle w obawie, kupując cośkolwiek, aby nie przepłacić jeszcze grubo pomimo targu. Oleś za płótno do malowania zapłacił 30 fr., za które inni malarze 10, a najwyżej 15 fr. płacą.
Na inny raz zostawiam pogawędkę dalszą o tutejszych stosunkach, teraz brzeg papieru każe mi list zamknąć.
Całuję Cię kochany Kaziu z całego serca
Twój Max
Maksymilian i Aleksander Gierymscy, Listy i notatki, oprac. Juliusz Starzyński i Halina Stępień, Ossolineum 1973, s. 157–158.

czwartek, 22 marca 2012

Odcinek 274: Katherine Mansfield, 1915 rok

List Katherine Mansfield do Johna M. Murry’ego

Paryż. Poniedziałek wieczór. 22 marca 1915 roku
Nareszcie przyszedł Twój list...
...Dzień wczorajszy był dla mnie pięknym dniem. Muzy zstąpiły kołem, niby anioły na dach ,,Bożego Narodzenia” Botticellego (tak się przynajmniej zdawało pokornej małej Tig) i wpadłam w otwarte ramiona mojej pierwszej powieści.
Aniołowie, fragment „Bożego Narodzenia” Sandro Botticellego.
Katherine Mansfield.
Napisałam porządną porcję. Będę jednak musiała wszystko przepisać dla Ciebie na cienkim papierze. Kiedy to przeczytasz, pomyślisz zapewne, że jestem głupiutka, ale powiesz mi swoje zdanie, prawda? Jest tam wszystkiego po trochu. Wiosna tak na mnie działa. Napisałam porządną porcję, a potem zamknęłam budę i wybrałam się na długi spacer wzdłuż quai — bardzo daleko. Gdy wychodziłam, zapadał zmierzch, a jak wróciłam, było już zupełnie ciemno. Przede mną płonęły światła i łódki kołysały się na wodzie. Przechyliłam się przez barierę na moście i spostrzegłam, że jedna z łodzi łudząco przypomina moją powieść, a raczej moje o niej marzenia. Nieduża, groteskowego niemal kształtu — chce powiedzieć, że jest trochę ciężka — ludzie w niej są raczej posępni, widzę ich w nieco dziwnym świetle — poruszają się wśród ostrego, kontrastowego blasku i cienia; wprowadzę tam jasne drgające plamy światła i szum wody (a to, mój chłopcze, dla spotęgowania wrażenia). Myślę, że powieść będzie niezła. Oczywiście nie jest to dzieło poważne, ale nie mogę być poważna o tej porze roku, a zawsze przeczuwałam, jaka to rozkosz pisać powieść na wiosnę.
Byłam dziś u Cooka i zmieniłam ostatniego funta. Staram się być bardzo oszczędna. Zrobiłam wielkie odkrycie; jadam na kolację gotowane jarzyny za 20 centymów i wypijam za trzy sous mleka dziennie. Paryż jest idealny do pracy.
Czytałam Twój list w Ogrodzie Luksemburskim. Jakiś stary pan, widząc moje czułe uśmiechy, ofiarował mi połowę swego parasola (zauważyłam wówczas, że deszcz zaczął padać). Odmówiłam staruszkowi, ponieważ miał pomarańczowe okulary; może to był szpieg z powieści Conrada?
Zaadoptowałam Stendhala; czytuję go teraz co wieczór i rano, jak tylko się obudzę.
Katherine Mansfield, Listy, tłum. Maria Godlewska, Czytelnik 1978, s. 28–29.

środa, 21 marca 2012

Odcinek 273: Józef Kotarbiński, 1895 rok

List Józefa Kotarbińskiego do żony, Lucyny

Warszawa, 21 marca 1895 roku
Droga Lucusiu!
Józef Kotarbiński
Żałuj, żeś wczoraj nie była w Salach Redutowych. Twój małżonek wszedł na estradę, a tu huknęło brawo jednomyślnie trwające z parę minut. Stałem, stałem i kłaniałem się... Umilkli. Zaczynam mówić i czuję, że mi głos trochę w gardle ściska ze wzruszenia. Ale nic, jadę dalej: Żale Gustawa, potem Różę. Byłem tego dnia niedysponowany na żołądek, zapewne z żółci, wskutek scen ostatnich. Ale nic, zbieram się na pazury. Wrażenie duże, wywołują 4 razy. Drugi numer w drugiej części. Oklask powitalny prawie taki sam co pierwszy. Mówię Pigmaliona. Jestem w pełni władania głosem, mówię szeroko, żywo i miejscami namiętnie. Rzecz wyszła efektowniej, aniżelim myślał, i zrobiła duże wrażenie. Recenzje dzisiaj w „Kurierze Warszawskim” i „Porannym” świetne. Jednym słowem przyjęcie entuzjastyczne w całym znaczeniu tego słowa. Ty, kochanko, w domu zastałaś chorobę, wiem o tym niestety i żal mi Was bardzo, chociaż pewnie Helenie [Egerowej, siostrze Lucyny] teraz już lepiej. Tylko niech się parę tygodni pilnuje.
Ja tu mam ciszę i spokój teraz, więc posiedzę. Zabieram się zaraz do roboty. Po południu mam być u Folandów i u Marynowskich, którzy mnie zaprosili. Wczoraj po koncercie byłem ze Święcickim i Barylskim u Millera. Oni pili, ja piłem bulion i kawę czarną tylko, dziś mi lepiej, leczę się głodem. Święcicki opowiadał przez dwie godziny antyczne wspomnienia, z właściwą sobie furią. Zresztą dobrze się bawiłem, rozmawialiśmy wesoło, facecje prawili. Lubią mnie te chłopy i w Warszawie lubią, czułem serce we wczorajszym przyjęciu. [...]
Wrócę do Krakowa, gdy będzie potrzeba. Obecny spokój jest mi na zdrowie. W każdym razie na Twoje wezwanie wrócę. Moja najmilsza i najdroższa, tylko do Ciebie mi tęskno w Krakowie.
Całuję Cię 189 795 i 1/2 razy.
Twój Józef
Listy Lucyny i Józefa Kotarbińskich, oprac. Zofia Jasińska, Państwowy Instytut Wydawniczy 1978, s. 60–61.

wtorek, 20 marca 2012

Odcinek 272: Grażyna Kuroń, 1982 rok

Z zapisków internowanej Grażyny Kuroń

Darłówek, 20 marca 1982 roku
Grażyna Kuroń.
Wylądowałam tu po piętnastu godzinach podróży [z ośrodka internowania w Gołdapi] suką więzienną, bez okna, w warunkach niżej bydlęcych. Na skutek podróży dwie starsze panie są poważnie chore. W suce szesnaście kobiet w dwóch klatkach o kubaturze 5 m kwadr. [sic] każda. Na dworze mróz, w środku dziki smród i zaduch. Samochód stanął tylko raz w więzieniu w Olsztynie. Skręcałyśmy się z bólu pęcherza, większość miała torsje. Nasi opiekunowie byli tym rozbawieni. I taki stosunek do nas - internowanych pozostał do dziś.
Znacie mnie, wiecie, ile potrafię znieść z pogodą. Ogłaszam, tym razem to przekracza granice wytrzymałości. Bardzo chcę, żeby o tym wiedzieli ludzie. Tego nie można znieść z godnością.
Nie skarżyłam się mojej rodzinie. Trzymam przed nimi twarz - przecież mogą się zadręczyć. Nie mówię im o tym, że jestem chora. Lekarz uważa za niezbędną operację, ale może ona być zrobiona tylko w więziennym szpitalu, na co nie mogę się zgodzić. Muszę z tym czekać do końca wojny.

W stanie, Ośrodek Karta 1991, s. 123.

poniedziałek, 19 marca 2012

Odcinek 271: Zygmunt Krasiński, 1840 rok

List Zygmunta Krasińskiego do Delfiny Potockiej 

19 marca 1840 roku
Delfina Potocka.
Gdzie Ty? Gdzie Ty?
Proszę Cię, przybądź, wzywam Cię, przybądź. Nie daj krwi tak rozdzierać żyły moje, niech mi się mózg nie przemieni na gniazdo robaków skrzydlatych szaleństwa, niech serce nie pęknie przed czasem, niech ta dusza, co bije się i szarpie, i kipi, i przechadza się jak zmora po mnie całym, niech ta dusza moja tyle znękana, umęczona, strapiona, odkwitnie nieco, odświeży się w spojrzeniach ócz Twoich. Daj kroplę rosy potępionemu, pustyni, na którąm się przemienił, daj oazis. Czemu tak się opóźniasz? Czemuś tak zimna, leniwa, nieskora? Czemu taki brak szału w Tobie? Taka przewaga miary, ostrożności, taktu, przewidzenia? Czy świat podobny do nieba, czy w nim chóry anielskie śpiewają, że Ci tak trudno z niego się wyrwać? Ja, gdybym umierał, a wiedział, żeś bliska, zaprawdę dość życia przed śmiercią wzbudziłbym w sobie, by zerwać się z łóżka, by zerwać się z trumny i polecieć przycisnąć Cię do piersi moich! Czyż nie czujesz podobnego natchnienia, równej mocy, nadziemskiej siły? Kto z nas silniej, gwałtowniej, namiętniej kocha? Powiedz, powiedz! Owszem powiedz, proszę Cię!
Cyt. za: Marta Piwińska, Miłość romantyczna, Wydawnictwo Literackie 1984, s. 185.

niedziela, 18 marca 2012

Odcinek 270: Zofia Nałkowska, 1903 rok

Z dziennika Zofii Nałkowskiej

Warszawa, 18 marca 1903 roku, środa
Leon Rygier, lata 20. lub 30.
Dziś znowu gorzej z gardłem. – Zazdroszczę tobie, którykol­wiek czytasz mój dziennik: w tej chwili możesz zobaczyć, jak wiele jeszcze pozostaje do końca tej grubej księgi, czyli – jak długo będę jeszcze żyła. A ja, będąc w tym miejscu książki, pisząc to – nie wiem. Tam dalej – puste, białe karty – życie czy śmierć? I ile życia? Drugie tyle czy rok, dwa?
Pociechą jest mi w tym smutnym, szarym życiu myśl o Rygierze. Jego rzadkie zęby, „baranie” oczy i cudny timbre głosu wydaje mi się jak jeden czar. Nie tęsknię za nim. Wystarcza mi, że on w ogóle gdzieś jest.
Zofia Nałkowska, Dzienniki, t. 1, oprac. Hanna Kirchner, Czytelnik 1975, s. 298.

sobota, 17 marca 2012

Odcinek 269: Karen Blixen, 1929 rok

List Karen Blixen do matki, Ingeborg Dinesen

Ngong. Niedziela 17 marca 1929 roku
Karen Blixen.
Ukochana śnieżnobiała owieczko.
Wysyłam Ci zdjęcie mojego domu, które Denys zrobił z powietrza; Alego, mnie i, zdaje się, jakieś psy widać przy południowej werandzie, a grupę rozmaitych boyów siedzących na murku po drugiej stronie. Czy to wszystko nie wygląda jak zabawka? - Myślę, że nadawałoby się do powiększenia, ale nie wiem, czy miałabyś na to ochotę, mogłabym Ci wysłać film. Denys zrobił też drugie z aeroplanu, lepsze, moim zdaniem, bo wykonane z jeszcze większej wysokości, widać więc okolicę jak na mapie, ale go nie mam; postaram się wysłać Ci je po jego powrocie [...]
Denys wyjechał we wtorek rano i oceniał, że wróci do domu pod koniec miesiąca.
W środę rano cała męska część mojego gospodarstwa pojechała do Nairobi do kościoła, bo skończył się nareszcie ramadan. Wyruszyli przed świtem, wyszłam zobaczyć, jak odjeżdżają, wszyscy wystrojeni. Tumbo miał na sobie tyle ubrań, że wyglądał jak wypchana świnka; ich rzeczy, kiedy ubierają się naprawdę odświętnie, są zresztą bardzo piękne. Gdy patrzyłam, jak ludzie wstają i stroją się do kościoła w świetle lampy, to przypominał mi się świąteczny poranek u nas - wypiłam w domu Faraha z całym towarzystwem filiżankę herbaty z kardamonem, którą właściwie bardzo polubiłam. Kobiety nie wybierały się z nimi, to nie wypada; ideałem prawdziwie przyzwoitej kobiety somalijskiej jest najwidoczniej nigdy nie pokazywać się poza domem. Potrafię dostrzec pewną poezję w mahometańskim pojmowaniu kobiety i jej miejsca w świecie jako korony życia i największego skarbu mężczyzny, oni też wydają niemal wszystkie pieniądze na swoje żony i na pewno w pewnym sensie wysoko je cenią. Somalijki są również wolne od wielu zmór dręczących kobiety europejskie; chyba nie do pomyślenia jest, by mahometanki nikt nie utrzymywał - tytuł zamężnej kobiety, bieliźniarkę, welon ślubny i dzieci mają, zdaje się, zagwarantowane; lecz czuję się wobec nich jak wobec ludzi, którzy zapewniają mnie, że walka z bykami to najlepszy sport, pokaz odwagi i zręczności etc. - w pewnym sensie byłabym skłonna im uwierzyć, lecz całość instynktownie budzi we mnie tak wielką odrazę, że z góry muszę rezygnować z wszelkich prób wyniesienia z tego czegokolwiek dla siebie; nie dość, że za nic pod słońcem nie chciałabym oglądać walki byków, to wydaje mi się jeszcze, że nie mogłabym żyć w społeczeństwie, które w tak dużej mierze się tym przejmuje, i nie potrafię zaniechać starań wyciągnięcia moich mahometanek choć trochę z klatki.
Dom Karen Blixen.
Nie mogę pogodzić się z tym, że Halima, pewnie trochę młodsza od Missen, jest do tego stopnia ofiarą złożoną na ołtarzu konwenansów, że nigdy nie wolno jej wybrać się razem z Titi, Tumbo i ze mną, kiedy idziemy nad staw łowić ryby albo wybieramy się na drugą stronę rzeki popatrzeć na game. Całym światem tego nieszczęsnego dziecka ma być dom i ta nędzna kuchnia, inaczej nigdy nie będzie prawdziwie uroczą somalijską dziewczyną - a ona jest taka żywa i bystra, uwielbiałaby jeździć konno i baraszkować jak Missen [...] Nie ma takiej ceny na świecie, która zrównoważyłaby moje konne przejażdżki, podróże, safari; nawet gdybym mogła w oczach całego świata mieć tyle uroku co sama Dziewica Maryja, nie zrezygnowałabym ze swej swobody wobec przyrody i ludzi i nie zgodziłabym się na zamknięcie w czterech ścianach i otrzymywanie całego życia z drugiej ręki, poprzez mężczyznę.
W czwartek zawiozłam Fathimę, Halimę i dziecko na herbatę do Mrs Bruce Smith, dobrodusznej osoby, potrafiącej zrozumieć i zainteresować się moimi różnymi protegowanymi. Było to nadzwyczaj udane spotkanie; po powrocie do domu powiedziały mężczyznom, że miały o wiele lepsze Xmas niż oni, a Shimbir, jak nazywane jest dziecko - imię znaczy „ptak” i zostało mu nadane, ponieważ leży w łóżeczku i śmieje się, gaworzy i śpiewa - zachowywał się wzorowo i zrobił wielką furorę. Wydaje mi się, że Mrs. B.-S. ostatnio jest dość trudno; chyba mąż działa jej na nerwy, co doskonale potrafię zrozumieć, i nie wie, jak w ogóle radzić sobie z życiem. Ona i Mrs Steele przyjechały tu konno któregoś ranka i rozmawiały o bezsensowności małżeństwa; uważam wprawdzie, że obie są zakochane w swoich mężach i że mężowie robią dla nich, co w ich mocy, przyjmują jednak za rzecz oczywistą, że mogą swoje żony uplasować w takiej egzystencji, która wcale im nie odpowiada, lecz jest od początku do końca wybrana przez mężczyznę, a one mają się tylko w nią wpasować i być szczęśliwe, uszczęśliwiając męża.
Denys Finch Hatton, Rose Cartwright
i Karen Blixen z Halimą i Tumbo,
dziećmi służących.
Jakaś zmiana w tym względzie musi nastąpić, i uważam, że to, na czym będzie polegała, całkowicie zależy od kobiet; pewna trudność, moim zdaniem, tkwi w tym, że kobiety z reguły nie uświadamiają sobie, o ile więcej, ogólnie rzecz ujmując, dla nich niż dla mężczyzn znaczy być kochaną i podziwianą, mieć kogoś, kto makes fuss about, jest im wdzięczny i nie może się bez nich obyć etc; kiedy jednak przyjdzie co do czego, nie potrafią z tego zrezygnować, nie chcą płacić takiej ceny, tylko myślą, że to i tak się da zrobić, za jedyne sprawiedliwe rozwiązanie uważają eat their cake and have it. Wiele kobiet w ogóle okazuje pewną nieuczciwość w swej filozofii życiowej, jak na przykład wtedy, gdy wydaje im się, że mogą dostać najwspanialszy kapelusz w sklepie za cenę przypiętą do najmarniejszego i właściwie ogarnia je gniew, gdy modystka nie zgadza się na targowanie...
Karen Blixen, Listy z Afryki (1925-1931), red. Frans Lasson, tłum. Iwona Zimnicka, Muza 1999, s. 201-203.

piątek, 16 marca 2012

Odcinek 268: Mieczysław Grydzewski

List Mieczysława Grydzewskiego, redaktora „Wiadomości Literackich”, do Jana Lechonia

Londyn, 16 marca 1941 roku
Drogi Leszku.
Mieczysław Grydzewski w Londynie, lata 50.
[...] Z listów Waszych widzę, że wyobrażacie sobie nasze tutaj życie znacznie gorzej, niż wygląda ono naprawdę, albo raczej, że nie macie pojęcia, do ja­kiego stopnia jest ono normalne. [...] chcę, żebyście uwierzyli, że nie ży­jemy w żadnym „piekle”, jak o tym piszą różne gazety na szerokim świecie. Bombardowanie Londy­nu, aczkolwiek teraz znowu się wzmogło, miało najwyższe natężenie we wrześniu i październiku. Było ono oparte na zaskoczeniu, na nieprzygotowaniu do obrony (liczne pożary powstawały po prostu z tego powodu, że nie było żadnego dozoru), obecnie wszy­stko gruntownie się zmieniło. [...]
Jeżdżę dużo po Londynie i obserwuję: najisto­tniejsze szkody przypadają na wrzesień i paździer­nik i na nalot z końca grudnia – od tego czasu nic się w wyglądzie miasta nie pogorszyło, przeciwnie, postępuje naprzód praca nad uprzątaniem rumo­wisk. Poza tym szkody w ogromnej większości wypadków wynikają z kruchości budowli londyńskich. Wszystkie gmachy solidniejsze, nawet o ile były tra­fione bezpośrednio, stoją; w gruzach leżą domki z cegły, które – powiedzmy sobie otwarcie – nie zasługują na inny los. [...]
Nie zaliczam się do ludzi specjalnie odważnych, ale ani jednej nocy nie spędziłem jeszcze w schro­nie. W pensjonacie, w którym przez pierwsze mie­siące mieszkałem, schodziłem w najprzykrzejszych chwilach do salonu na dół, co oczywiście nie miało sensu, bo ten domek, trafiony bezpośrednio, i tak zostałby zniesiony. [...]
Londyńska ulica, 1941 rok.
Nie chcę dawać Wam zbyt różowego obrazu „we­sołego miasta”, ale i nocne życie płynie tutaj jak na te warunki normalnie. Tak samo dobrze jest pod względem aprowizacyjnym, w restauracjach nie od­czuwa się właściwie żadnych istotnych braków, po­dobno trudniej jest przy prowadzeniu gospodarstwa prywatnego, ale jeśli wyznam, że moje codzienne ranne śniadanie składa się z grapefruita, jajka na boczku, czasem porridge’u z mlekiem, marmola­dy, masła, herbaty i świetnych bułek, przyznasz, że wiadomości o „głodzie” w Londynie są lekko prze­sadzone. [...]
Gorzej jest z piciem, bo alkohol jak na moje możliwości jest za drogi, szczególnie wino. Ma to swoje dobre strony, bo mam lepszą głowę do pra­cy, której jest bardzo dużo. [...]
Drogi Leszku, ściskam Cię najserdeczniej. M.
[...]
Mieczysław Grydzewski, Listy do Tuwima i Lechonia, oprac. Janusz Stradecki, Państwowy Instytut Wydawniczy 1986, s. 26–42.

czwartek, 15 marca 2012

Odcinek 267: Francis Scott Fitzgerald, 1940 rok

List Francisa Scotta Fitzgeralda do córki, Frances Scottie”

15 marca 1940 roku
5521   Amestoy   Avenue, Encino, Kalifornia
Kochana Scottie,
Francis Scott Fitzgerald.
Ostatnio nie miałem od Ciebie ani słowa, ale przy­puszczam, że mój list minie się z Twoim. Wydaje mi się, że to Ty źle mnie zrozumiałaś, jeśli chodzi o towa­rzyszy... Ważne jest to: najlepiej traktować ich nie jak ludzi posiadających pewien zasób liberalnych czy kon­serwatywnych poglądów i opinii, lecz raczej jak się traktuje grupę fanatycznych katolików, wśród których możesz sama się znaleźć. Nieważne, czy się z nimi, zga­dzasz, czy nie, ważne, żebyś się z nimi nie kłóciła. Rzecz w tym, że komunizm stał się bardzo dogmatyczną, niemal mistyczną religią, i cokolwiek powiesz, zostanie to zawsze w taki jakiś sposób przekręcone, że poczujesz się tą gorszą częścią ludzkości (faszystką, liberałem, trockistą), co oczywiście w końcu dyskredytuje Cię za­równo pod względem intelektualnym, jak i osobistym. Oni są zdumiewająco dobrze zorganizowani. Sens mojej rady: myśl, co chcesz, im mniej powiesz, tym lepiej. Współczuję w kłopotach fizjologicznych. Nie mam innej rady tylko tę jedną, którą powtarzałem w czasach, kiedy niełatwo było do Ciebie trafić: uporasz się z ja­kimś wyjątkowo trudnym problemem biorąc byka za rogi od razu, z samego rana, kiedy umysł Twój jest świeży i wypoczęty. Tak często osiągałem znakomity skutek, że do dziś święcie wierzę w tę metodę.
Żadnych specjalnych wiadomości. Sayrowie [rodzina Zeldy Fitzgerald] są oczy­wiście uszczęśliwieni, że Twoja matka wychodzi z kli­niki. Matka Twoja napomknęła w swoim liście, że za­mierza spędzić z Tobą wakacje. Wiesz, że nie chcę tego, chyba w najbardziej ograniczonym zakresie. Uważam, że człowiek chory działa na zdrowego zawsze ujemnie, przygnębiająco i w efekcie paraliżująco i najlepiej po­zostawić to ludziom, którzy zawodowo podejmują się takich obowiązków. Jeśli zapytają Cię o plany wa­kacyjne, myślę, że najrozsądniej będzie odpowiadać ogólnikowo, a nawet napomknąć o tym, że może Cię czekać jakaś pracą.
Najczulej kochający
Papa
PS Kiedy zaczyna się wielkanocna przerwa w nauce? To bardzo ważne. Nie zapomnij napisać co słychać u Turnbulla i innych przyjaciół z Baltimore – i o Two­jej sztuce.

Francis Scott Fitzgerald, Listy do córki, tłum. Ariadna Demkowska-Bohdziewicz, Czytelnik 1982, s. 106–107.