środa, 29 lutego 2012

Odcinek 252: Michał Bałucki, 1876 rok

List Michała Bałuckiego do Wincentego Rapackiego, aktora

Kraków, 29 lutego 1876 roku

Ilustracja do książki
The Bachelor’s Christmas
Roberta Granta.
Kochany Rapaksie!
Bóg zapłać za serdeczne życzenia. Przyznam Ci się w sekrecie, że nawykły przez tyle lat do kawalerskiej swobody i samotności z niepokojem brałem złote kajdany małżeńskie. Nie bałem się zawodu, bo zbyt znam zacny charakter mojej pieszczotki, bym mógł mieć przez chwilę powątpiewanie, czy z tej strony będę szczęśliwy, ale zachmurzała mnie troska o niepewne jutro i obawa, czy życie małżeńskie da mi spokój potrzebny do pracy i energię. Dziś te obawy ustąpiły prawie całkiem. U wrót nowego życia znalazłem tyle życzliwości w ludziach i wiary w swoje siły, że spokojniej patrzę przed siebie. Prawda, że to dopiero dwa tygodnie mego małżeństwa, ale już przyszedłem do tego przekonania, że stary kawaler to wcielone samolubstwo, lubieżność i pasożytność, a w małżeństwie dopiero człowiek czuje się człowiekiem. Może trzeba będzie więcej się kłopotać, ale też za to więcej jest ochoty borykania się z losem, gdy się wie, dla kogo i po co. Spleen, mizantropia, tetryczność i melancholia, które zaczęły już zakładać sobie leże w moim umyśle — ustąpiły teraz całkiem. Nie powiem, żebym się odmłodził, alem zmężniał. Oby tylko Bóg dał zdrowia i fantazji twórczej, a jakoś pójdzie.
Michał Bałucki.
Dziękując Ci jeszcze raz za przesłane mi życzenia, muszę także podziękować Ci za pośrednictwo łaskawe w sprawie sprzedaży mojej komedii. Lewental przesłał pieniądze i to bardzo w porę. Przydały się na różne wydatki przedślubne. Obecnie nie pozostaje mi, jak wyzyskać do ostatka życzliwość Twoją i prosić Cię o przyspieszenie wystawienia sztuki, aby prędzej można wydobyć za nią grosze z kasy teatralnej. Obiecałeś mi wystawić ją najdalej w początkach marca, równocześnie z rozpoczęciem druku. Druk już znacznie postąpił, a to osłabia znacznie interes sztuki, gdy publika obznajomiona już z treścią i rozwiązaniem. Bądź więc łaskaw, o ile to jest możliwe, przyspieszyć wystawienie, zanim się druk ukończy.
[...] W chwili, gdy to piszę, żoneczka moja przypomina mi, żebym się od niej osobno kłaniał Tobie i żonie Twojej i podziękował za serdeczne życzenia zgody, co też niniejszym dopełniam, łącząc  dla  Ciebie uścisk  serdeczny i bratnie pozdrowienie. [...]
Całuję Cię serdecznie, a Pani Twojej rączki całuję.
Twój Michał
Michał Bałucki, Korespondencja teatralna Michała Bałuckiego, wybór i oprac. Danuta Szczęsna, Państwowy Instytut Wydawniczy 1981, s. 64-66.

wtorek, 28 lutego 2012

Odcinek 251: Stefania Wilczyńska, 1936 rok

Korespondencja Stefanii Wilczyńskiej z kibucu Ein Harod w Palestynie
Stefania Wilczyńska (1886-1942) była współpracowniczką Janusza  Korczaka, wspólnie z nimi tworzyła i prowadziła Dom Sierot. Ze swoich pobytów w Palestynie przesyłała korespondencje do "Małego Przeglądu", pisma dla dzieci założonego przez Janusza Korczaka. Zginęła wraz z dziećmi i Korczakiem w obozie zagłady w Treblince. Fundacja im. prof. Mojżesza Schorra zachęca do poświęcenia tegorocznego Dnia Kobiet Stefanii Wilczyńskiej.
„Mały Przegląd”, 28 lutego 1936 roku
Słyszeliście kiedyś, jak się mówi:
Stefania Wilczyńska w Palestynie, 1938 r.
– Wynoś mi się stąd, gdzie pieprz rośnie!
To znaczy „zejdź mi z oczu, umykaj jak najdalej”.
Właśnie jestem bardzo daleko i jadłam wczoraj na obiad pieprz nadziewany. Do ogórka podobny.
Więc właśnie tak daleko, że wiele rzeczy wygląda inaczej niż u nas. Np. byłam z dziećmi na wystawie obrazów, malowanych przez kilku robotników po pracy. To było w sąsiedniej wsi. Ten robotnik nam tłumaczył, nie, właściwie nie tłumaczył, a pytał, co ten obraz wyobraża, co na nim widzę. Np. były rysunki różnych rąk, spracowanych takich, zmęczonych. A na jednym obrazie pola znane z okolicy i kawałek nieba. Robotnik zapytał:
– Jaką tu porę widzicie?
Ktoś odpowiedział:
– Wiosna.
A on:
– Przyjrzyj się, jak tu zielono, jak rośnie, jak rozkwita – toż to zima.
Aha, zielono – znaczy tu zima. I pomyślałam, czy się teraz ślizgacie, czy biało tam jest u was od śniegu, czy czarno od błota.
I z pracą też inaczej. Z wagonu na jednej stacji w gorący dzień piach na furę sypano. Młody spieszył się bardzo i tylko mu łopata w rękach migała. Nowy pracownik. A stary do niego: „Nie spiesz się, mamy jeszcze dużo dzisiaj roboty”. A tak, jak dużo roboty, to lepiej wolno, żeby sił starczyło.
Tu wiele ludzi tak pięknie pracuje. Niby powoli, nie widać, spokojnie, bez pośpiechu, a ile zdążą! To są doświadczeni pracownicy. U nas pani Zalewska [żona dozorcy Domu Sierot] tak pracuje. Tacy znają zmęczenie ostatniej godziny pracy, znają swoje siły i siłę słońca. Nie tak jak Aron lub Abram, którzy w piłkę grają bez zastanowienia, kopią doły bez odpoczynku lub noszą na raz za ciężkie na ich siły szczapy drzewa. I muszą prędko przestać, zadyszani, spoceni, czerwoni jak buraki.
Ale co najdziwniejsze tu dla mnie, że nie ma głupiej mody obrażania się. Wyobraźcie sobie: nie obrażają się, nawet dziewczynki dwunasto-, czternastoletnie. O chłopakach to już nie mówię, bo oni i u nas nie bawią się w takie głupstwa.
Wydaję tu w szkole podwieczorki: mleko i chleb z powidłami z winogron. Do 14.30 ma być wszystko skończone, bo dzwonek na zajęcia poobiednie. A tu się zjawia czternastoletnia Rut albo jej koleżanka Nomi, spóźniona o całą godzinę. Jak to się tam u nas nazywa: arystokracja – wyjątki – starsze – VII oddział. Ale ja bez litości. Spóźniłaś się – nie dostaniesz. A na drugi dzień przychodzą wcześnie, uśmiechnięte, jak gdyby nigdy nic. I tak jest bardzo często; pozłoszczą się chwilę, pogniewają, ale króciutko.
Tu mnie nazywają zwyczajnie: Stefa. Wszyscy ze wszystkimi na „ty”. Taki już język i zwyczaj. Pierwszy raz kogoś zobaczysz i już na „ty”. Młodzi i starzy, dalecy i bliscy – wszyscy „ty” i po imieniu.
Nie dostałam odpowiedzi, więc nie wiem, czy was zaciekawiło, co napisałam o pszczołach i krowach, a chcę wam trochę o tutejszych kurach opowiedzieć. Jedna z robotnic, która pracuje w kurnikach od sześciu lat, wita się rano z kurami. Mówi, że jeden nowy kogut był taki złośnik i dziobnął ją tak mocno, aż noga bolała. Ale tak codziennie dobrocią przyzwyczaił się i uspokoił. Niektóre koguty stawiaki takie – im który grzebień ma ładniejszy. A bardziej leniwe niż kury. Nawet im nie chce się w piasku piór oczyścić i brudasy większe. Jak niektóre chłopaki.
Tu jest kilka ulic tych kurników. Widne, jasne domki. Kury jedzą tylko, kiedy widno, a ludzie chcą, żeby jak najwięcej jadły, bo wtedy dużo jajek znoszą. A w zimie dzień krótki, to na dwie godziny, nim się rozwidni, zapala się elektryczność w kurnikach, żeby myślały, że już dzień. I dostają bardzo pożywne jedzenie, i tran także. Różne kasze i chleb rozmoczony, i makuchy, i zsiadłe mleko. A w lecie jarzyny różne, żeby nie odczuwały tak bardzo pragnienia, bo upały. [...]
Kiedy tak stali malcy obok kurnika, gdzie pełno było kurcząt, które dopiero wylęgły się z jajek, powiedziała pani Fejga do Gidona z II oddziału:
– Patrz, kurczęta żyją dopiero dwa dni, a już same jedzą, nie trzeba ich wołać ani przypominać.
A Gidon na to:
– Żebym ja mógł jeść, kiedy chcę i ile chcę, to by też tak było.
A trzeba wam wiedzieć, że Gidon ma siedem lat, bo tu do pierwszego oddziału idzie się, jak się ma sześć lat – że ten Gidon bardzo często spóźnia się na posiłki i do szkoły, bo jest bardzo zajęty na dworze i dzwonka nie słyszy. Znacie takich Gidonów w swojej gromadzie, tylko że tu doprawdy trudno dzwonek usłyszeć, jeszcze trudniej niż na wsi.
Pozdrowienia dla wszystkich
Stefa W.
[...]
Cyt. za: http://izrael.org.il/historia/539-listy-stefanii-wilczyskiej-z-palestyny.html 


poniedziałek, 27 lutego 2012

Odcinek 250: Oskar Wilde, 1893 rok

List Oskara Wilde'a do Pierre'a Louÿsa

27 lutego1893 roku  
Pierre Louÿs, francuski pisarz,
autor utworów o tematyce erotycznej.
Przyjaźnił się z Oskarem Wilde’em.
 Mój Drogi Pierre,
czy ten załącznik to istotnie wszystko, co masz mi do powiedzenia, tak mi się odwdzięczając, że spośród wszystkich moich przyjaciół wybrałem Ciebie, aby Ci zadedykować Salome? Jestem tak dotknięty, że brak mi słów.
Ci, którym wysłałem jedynie egzemplarze książki, napisali do mnie czarujące listy zabarwione subtelnym uznaniem dla mego utworu. Ty jeden - Ty, którego imię wypisałem złotem na purpurze - Ty, nie mówisz ani słowa; nie rozumiem również Twojego telegramu; zapewne jakiś nic nieznaczący żart, kropla pianki bez wina. Jakże się na Tobie zawiodłem! Gdybyś przysłał telegram z "Je vous remercie" [dziękuję panu], to by mi wystarczyło.
Novum to dla mnie, że przyjaźń jest kruchsza niż miłość.
Oskar Wilde
Nic nie mogło być inaczej: Listy Oskara Wilde'a, oprac. i tłum. Danuta Piestrzyńska, Wydawnictwo Książkowe Twój Styl 2005, s. 73.

niedziela, 26 lutego 2012

Odcinek 249: Vincent van Gogh, 1877 rok

List Vincenta van Gogha do brata, Theo

26 lutego 1877 roku
John Everett Millais, Hugenot, 1852 r.
Godziny, które spędziliśmy razem, szybko przeminęły. Zniknęła nam z oczu dróżka za dworcem, gdzie widzieliśmy słońce zachodzące nad polami i wieczorne niebo odbijające się w kanałach, i stare pnie drzew porosłe mchem, i mały wiatrak na horyzoncie. Chciałbym tam jeszcze raz pójść, wspominając ciebie.
Do listu dołączam reprodukcję obrazu Hugenot i proszę, żebyś ją powiesił na ścianie w twoim pokoju. Znasz zapewne tę historię: w wigilię nocy św. Bartłomieja pewna dziewczyna ostrzegała swego chłopca, że będą się działy rzeczy straszne, i prosiła go, żeby nosił na ramieniu białą opaskę, będącą oznaką katolików. Młodzieniec ów nie chciał się jednak na to zgodzić, gdyż wiara i obowiązek były mu droższe aniżeli ukochana dziewczyna.
..................................................................................
Dziękuję ci, żeś mnie wczoraj odwiedził. Starajmy się, ile tylko możliwe, nie mieć żadnych tajemnic przed sobą wzajemnie - jesteśmy przecież braćmi.
Miałem dziś wiele pracy, wprawdzie tylko różne drobiazgi, ale należą one do moich obowiązków. Gdybyśmy nie mieli poczucia obowiązku, nie bylibyśmy zdolni zachować równowagi umysłu. Poczucie obowiązku wszystko uświęca i z wielu drobiazgów czyni jedną wielką całość.
Vincent van Gogh, Listy do brata, tłum. Joanna Guze, Maciej Chełkowski, Czytelnik 2002, s. 49-50.

sobota, 25 lutego 2012

Odcinek 248: Stendhal, 1842 rok

List Stendhala do Filipa Cini

Compiegne, 25 lutego 1842 roku
Drogi hrabio,
Dostałem pański list z 6 lutego. Z wielką przyjemnością dowiaduję się, że pani hrabina cieszy się doskonałym zdrowiem i że dopiero o piątej rano wyszła ze świetnego balu, wydanego przez naszego ambasadora. [...]
Scena myśliwska, autor nieznany, koniec XIX wieku.
Często myślałem o panu polując w pięknych lasach w okolicy Compiegne. Zaprzyjaźniona ze mną dama, która miała męża bardzo leciwego i zapalonego myśliwego, straciła tego małżonka; konieczne formalności zmusiły ją do zamieszkania w jego zamku. Zaprosiła przyjaciół, żeby jej w tej smutnej okoliczności dotrzymywali towarzystwa. Jako zawołany myśliwy, otrzymałem w spadku wspaniałe polowanie. Najmniej przez pięć dni w tygodniu robiłem po pięć i sześć mil z myśliwymi z sąsiedztwa, z którymi szybko wszedłem w najlepszą komitywę. Czy pan mi uwierzy? Często żałowałem samotności w Civitavecchia. Uprzejmość zmuszała mnie do prawie że nieustających pogawędek i nie mogłem się oddawać własnym myślom, co byłoby mi takie miłe w tych wspaniałych lasach. Na domiar mej niedoli musiałem, pod grozą zyskania sobie opinii dumnego, przysłuchiwać się ciekawym rozmowom trzech dojeżdżaczy nieboszczyka dziedzica, którym dawałem pięć franków dziennie, ilekroć coś upolowałem; strzelałem na ogół po pięć do dziesięciu sztuk. Byłbym szczęśliwy, gdybym za dziesięć mógł kupić prawo nieodzywania się przez cały dzień. Ale zyskałbym sobie reputację przykrego człowieka u pań pokojowych z zamku i ośmiu czy dziesięciu służących, którzy nam towarzyszyli. Inna niedola to konieczność przebierania się do obiadu. Ponieważ zmarły dziedzic miał o trzydzieści pięć lat więcej niż młoda wdowa, postanowiono, że pomimo żałoby i żeby nie karmić smutkiem przyjaciół przybyłych z Paryża dla dotrzymywania jej towarzystwa, może wydawać obiady dla dam z okolicy. Mimo okropnych dróg zjeżdżano się na te obiady z odległości trzech mil. Wyznam panu nawet, że wesołość panująca podczas tych obiadów była dla nas krępująca. Teraz znów się mówi o powrocie, jeśli nie na polowanie, to przynajmniej na wieś w pierwszych dniach marca. Zimę mamy do tej pory bardzo piękną, dwa razy w tygodniu jest słońce, śnieg ledwie że popadał. Dowiaduję się z gazet, że Bolonia była zasypana śniegiem. A wy, w Rzymie, czy byliście kontenci z zimy? Proszę mi wybaczyć ten długi list, stałem się tak leniwy do pisania, że skwapliwie korzystam z tej dobrej okazji, żeby z panem dłużej pogawędzić.
Proszę przyjąć, drogi hrabio, zapewnienia mej najszczerszej przyjaźni i najgłębszego szacunku
B.
Stendhal, Korespondencja. Wybór, tłum. Hanna Szumańska-Grossowa, Państwowy Instytut Wydawniczy 1963, s. 533–535.

piątek, 24 lutego 2012

Odcinek 247: Vaclav Havel, 1980 rok

List Vaclava Havla z więzienia do żony, Olgi
24 lutego 1980 roku
Vaclav Havel w maju 1978 roku.
Droga Olgo!
Kończy się niedzielne popołudnie, a ja wciąż nie mogę przyjść do siebie po szczególnym przeżyciu, jakim jest widzenie, wciąż od nowa przypominam sobie wszystko, o czym mówiliście, cieszę się ze wszystkich dobrych wiadomości, równocześnie jednak radość moją zakłóca jakieś dziwne przygnębienie i zdenerwowanie. Nie mogę powiedzieć, że to depresja - w zasadzie jestem w dobrym nastroju - trochę tylko wytrącony z równowagi, roztargniony, rozkojarzony i niespokojny. Żyję tu w zupełnie innym świecie niż wy, a kiedy tak nagle zjawicie się tutaj, przynosząc ze sobą inny świat, w którym żyjecie wy i do którego należę też ja, jest to dla mnie bardzo szczególne wydarzenie, które cieszy i podnosi na duchu, ale równocześnie niepokoi i na swój sposób boli. Muszę do tego dopiero przywyknąć.
Ciekawe, że jest to właściwie innego rodzaju przeżycie niż widzenia w areszcie. Tam, co prawda, też byłem oderwany od swojego świata domowego, ale nie był to jeszcze świat tak krańcowo inny, był to raczej jakiś tymczasowy „nie-świat”, zawieszony w próżni. To zderzenie nie było więc tak gwałtowne.
Jeśli chodzi o samo widzenie: chociaż atmosfera była trochę nerwowa, a rozmowa nieco chaotyczna (zresztą inaczej być nie mogło), myślę, że się udało i jestem z niego bardzo zadowolony. Nie spodziewałem się, że w ciągu godziny zdążymy sobie tyle powiedzieć, a przede wszystkim, że usłyszę tyle dobrych wiadomości. Wszystko, o czym mówiliśmy, dobrze zapamiętałem i teraz to sobie odtwarzam, analizuję i oceniam. Cieszę się oczywiście, że moje sztuki grają w dobrych teatrach, cieszę się, że pamiętają o nas przyjaciele, że nie opuściłaś rąk i zrobiłaś coś nawet w tak trudnej sprawie, jak planowana przez nas zamiana mieszkania. Głównie jednak - jak zawsze - cieszę się, że wszystko jest jak dawniej, to znaczy w porządku, krótko mówiąc, że Ty, Puzuk i wszyscy przyjaciele jesteście wciąż tacy sami, tacy, jakich was znam. Wierność i - jak to określam - stałość stawiałem zawsze ponad wszystko inne i muszę powiedzieć, że z biegiem lat cechy te cenię coraz wyżej. To nie jest konserwatywne ukochanie status quo, a tylko szacunek dla ludzkiej tożsamości i kontynuacji. Zresztą nie jest chyba sprawą przypadku, że wszystkie moje sztuki krążą wokół kwestii continuum i rozpadu tożsamości.
[...] To dziwne, ale w tej chwili wydaje mi się prawie niemożliwe, że kilka godzin temu widzieliśmy się i rozmawialiśmy jak gdyby nigdy nic. Czy to była prawda? Chyba tak. Nie mogę wyjść ze zdumienia. A więc obojgu wam za to widzenie dziękuję - i raz jeszcze wszystkich serdecznie pozdrawiam -
Twój Vaszek
Olga i Vaclav Havlowie, październik 1989 roku.
Cyt. za: Ogrody listów miłosnych: Od Owidiusza do Kieślowskiego, oprac. Marlena Krzyżostaniak, Astrum 1999, s. 151-152.

czwartek, 23 lutego 2012

Odcinek 246: Maria de Sévigne, 1680 rok

List Marii markizy de Sévigne do córki, Franciszki Małgorzaty de Grignan

Paryż, piątek 23 lutego 1680 roku
Catherine Deshayes zwana La Voisine,
położna, zajmowała się wróżbiarstwem,
oskarżona o czary i trucicielstwo.
Zamieszana w skandal trucicielski
na dworze Ludwika XIV i stracona.
Akwaforta Roberta Nanteuila, ok. 1680 r.
[...] Opowiem wam tylko o pani Voisin: nie we środę, jak napisałam, lecz dopiero wczoraj została spalona. Od poniedziałku znała już swój wyrok, rzecz to dość niezwykła. Wieczorem powiedziała do strażników: „Jak to, żadnej przekąski nie będzie o północy?” I pożywiała się razem z nimi w środku nocy, dla czystej fantazji, gdyż nie był to wcale postny dzień; wypiła wiele wina i wyśpiewywała pijackie piosenki. We wtorek poddano ją torturze zwyczajnej i nadzwyczajnej; zjadła obiad i spała osiem godzin; konfrontowano ją na łożu tortur z paniami de Dreux, Le Feron [oskarżonymi o zamiar otrucia mężów] i wieloma innymi. Nie wiadomo jeszcze, co powiedziała, lecz wciąż się przypuszcza, iż niejedną rzecz dziwną ujrzymy. Wieczorem zjadła kolację i choć cała była zdruzgotana, rozpoczęła znów sprośne hulanki, skandal czyniąc; wytknięto jej, iż wstydu nie ma i że raczej powinna pomyśleć o Bogu i śpiewać Ave maris stella lub Salve, a nie tamte piosenki; odśpiewała parodię obu tych pieśni, jadła cały wieczór i poszła spać. Cała środa upłynęła podobnie, na konfrontacjach i sprośnych piosenkach, przy jedzeniu i piciu bez umiaru; nie chciała słyszeć o spowiedniku. Wreszcie we czwartek, czyli wczoraj, przyniesiono jej tylko bulion: narzekała, że sił mieć nie będzie na rozmowę z tymi „panami”. Przywieziono ją karocą z Vincennes do Paryża; ogarnęły ją lekkie duszności i niepokój; próbowano nakłonić ją do spowiedzi, wszystko na nic. O piątej ją związano; ukazała się na wózku z pochodnią w dłoni, cała na biało, w stroju skazanych na stos; była bardzo czerwona i widziano, jak odpycha gniewnie spowiednika i krzyż. Widzieliśmy ją, gdy przejeżdżała koło pałacu Sully: była tam pani de Chaulnes i pani de Sully, hrabina de Fiesque i inni jeszcze. W katedrze Notre-Dame nie chciała okazać skruchy, a na placu de Gréve wzbraniała się wysiąść z wózka, jak tylko mogła. Wyciągnięto ją siłą i posadzono na stosie, przywiązując łańcuchem; okryto ją słomą; bluźniła bardzo; kilkakrotnie odrzucała słomę, lecz w końcu ogień się wzmógł i straciliśmy ją z oczu; teraz prochy jej krążą już na wietrze. Taka była śmierć pani Voisin, sławnej przez swoje zbrodnie bezbożnicy. Sądzi się, że jeszcze nastąpią dalsze, zaskakujące nas wszystkich zdarzenia.
La Voisin w celi.
Pewien sędzia, z którym mój syn rozmawiał niedawno, mówiąc, iż rzecz to niesamowita, że pali się je tak na wolnym ogniu, odrzekł mu: „Mój panie! Istnieją pewne względy dla płci słabej”. „Jakże to, czy się je dusi?” „Nie, rzuca im się kłody na głowę; pomocnicy kata zrywają im głowy żelaznymi hakami”. Widzisz więc, moja córko, że to wcale nie takie straszne, jak się myśli: jak się czujesz po tej opowieści? Mnie aż zadzwoniły zęby. [...]
Listy pani de Sévigne, tłum. Michał Mroziński i Anna Tatarkiewicz, Państwowy Instytut Wydawniczy 1981, s. 279–280.

 

środa, 22 lutego 2012

Odcinek 245: Antoni Słonimski, 1931 rok

„Kronika tygodniowa” Antoniego Słonimskiego

„Wiadomości Literackie” 1931, nr 8, 22 lutego.
Antoni Słonimski.
Kwiaty i motyle! Wieleż radości przynoszą nam te rośliny i te stworzonka. Ktoś porównał motyla do fruwającego kwiatu. I słusznie! Owad błonkoskrzydły, mieniący się wszystkimi kolorami tęczy, gdy w kapryśnym locie muśnie skrzydełkiem płatki nasturcji, rezedy albo róży polnej, gdy poderwie się z kielicha, wygląda jak płatek kwietny oderwany przez wiatr od łodyżki i uniesiony wysoko w powietrze. Nie można, mówiąc o kwiatach i motylach, nie wspomnieć również o ich starszym rodzeństwie. Mam tu na myśli oczywiście ptaki. Któż z nas nie pamięta tych wszystkich cip-cip i czirip-czirip, które co wiosna zaczynają kwilić w gaikach, a milkną dopiero, gdy śnieg białym puchem przykryje ziemię. Kwiaty, motyle i ptaki są radością naszych oczu i uszu. Prawdziwy miłośnik przyrody już teraz, grzejąc się przy kominku, z radością zaciera ręce na myśl o tych wszystkich „Cytrynkach”, „Kapustnikach” i „Żeglarkach”, które wiosną i latem złapie w swoją muślinową siatkę na motyle. A wiosenka, nasza pani i władczyni, już niedaleko. Choć jeszcze strumień na łące nie wyzwolił się z lodowej okowy, choć gałązki jeszcze nie śmią puścić pączków, już w lesie pod korą drzew kornik składa swe jajeczka. Hej! Hej! Na gałązce świerku przysiadła sowa-myszołówka i też zamyśla już o złożeniu jajeczek. Pod krzaczkiem przysiadł zajączek i pilnie nadstawia uszu. I on zamyślił się, i on czeka królewny wiosenki i świeżych listków kapusty. Królewna wiosenka ma swoje uroki, ale przecież i król mróz jest malarzem nie lada. Gdy nie ma jeszcze prawdziwych kwiatów, popatrzmy na kwiaty, jakie maluje na szybach naszego pokoju. Czegóż tam nie ma! Obok śnieżnych paproci rozrasta się bujny krzew lodowatego cukru. Aż ślinka idzie do ust na sam widok. Nie radzimy jednak dotykać języczkiem do szyby, bo mróz psotnik boleśnie może uszczypnąć w języczek. Lepiej zadowolimy się chuchnięciem na szybę i popatrzmy na ogród śpiący pod kołderką śniegu. A cóż to za ptaszek sfrunął z dzwonnicy kościółka? Toż to przecież nasza stara znajoma kawka-rybogonka! Tuż obok niej, śmiesznie podskakując, szuka ziarenek szczygieł-czerwonobrzuszek. Jakże ciekawie i wesoło kręci swym zadartym dziobkiem. Mówiąc o ptaszkach, czyż wolno nam zapomnieć o wiernym szarym wróbelku? Któż to tak śmiało sfruwa na okno, gdy Marysia wysypuje okruszki?
To nasz pan wróbel z przyjaznym ćwir-ćwir zabiera się do smacznego śniadanka. Wie on, ten psotnik, że jeszcze parę głupich miesięcy, a przyroda przebierze się w swoje wiosenne ubranko. Wyfruną wtedy pszczółki z ula, motylki z kokonów i dziewczęta wiejskie, barwniejsze od motyli, wyfruną z chatynek i przybrane polnym kwieciem staną pod wiejskim kościółkiem. Kiedy już przyjdzie królewicz Lipiec, zaśpiewamy wtedy: „I od tej chwili będziemy żyli, życiem wesołych ptaków i motyli”, zanucimy tę piosenkę ludu naszego, patrząc z ufnością na wiosenne obłoczki pierzaste, które rozpędza wiatr swawolnik. Hej! Cip-cip! Czirip! Ćwir-ćwir! Tralala!
[Przypis Antoniego Słonimskiego do wydania książkowego] Felieton o kwiatkach i motylkach był moją reakcją na skreślenia cenzuralne. Ponieważ wyrażono życzenie, aby w piśmie nie było demonstracyjnych nie zadrukowanych pustych miejsc pozostałych po konfiskacie tekstu, poświęciłem „Kronikę tygodniową” ćwierkaniu ptaszków, z nadzieją, że cenzor nie zrozumie, a czytelnik zrozumie, co to ćwierkanie oznacza.
Antoni Słonimski, Kroniki tygodniowe 1927–1931, LTW 2003, s. 278–279.

wtorek, 21 lutego 2012

Odcinek 244: Jarosław Iwaszkiewicz, 1961 rok

Z dzienników Jarosława Iwaszkiewicza

21 lutego 1961 roku
Vincent van Gogh, Kwitnące gałęzie migdałowca,
San Remy, ok. 1890 r.
Dzisiaj dzień wyjazdu. Migdały opadają.
Tak się. dziwnie złożyło, że zaczęły kwitnąć w dzień mojego przyjazdu, a zaczynają opadać z końcem mojego pobytu. Tak jakbym to wyliczył albo otrzymał depeszę i przyjechał tylko to obserwować.
Nasze drzewa kwitną piękniej, tylko że te są duże, rozłożyste - niklejsze dużo od naszych czereśni czy wiśni, nie mówiąc już o jabłoniach. Nie są jednakowe wszystkie w kolorze, niektóre różowe, a niektóre czysto białe. Środek każdego kwiatu jest różowy i w zależności od tego środka koloryt całego drzewa staje się odmienny.
Wczoraj z Castelmola cała dolina pomiędzy Mola a Etną wyglądała jak welon różowawy. Na drodze do Piazza Armerina, gdzieś koło Motta Sant'Anastasia, na tle żółtych piasków taka różowa kaskada robiła znowuż zupełnie inne wrażenie.
Ale tam, w głębi lądu, migdałów mało. Nigdzie nie widziałem ich kwiatów na tle zielonej pszenicy.
Jarosław Iwaszkiewicz, Dzienniki 1956–1963, t. 2, oprac. Agnieszka i Robert Papiescy, Radosław Romaniuk, Czytelnik 2010, s. 443.

poniedziałek, 20 lutego 2012

Odcinek 243: Maria Konopnicka, 1896 rok

List Marii Konopnickiej do stryja, Ignacego Wasiłowskiego

Rzym, 20 lutego 1896 roku
Najdroższy Stryju!
Maria Konopnicka, ok. 1890 roku,
rys. Maria Dulębianka.
Niezbyt zdrowa jestem i opóźniam się z tego powodu z listem. Co tam się dzieje z ręką chorą? Jak się czujesz, drogi Stryju? Mam w Bogu nadzieję, że wrzód ten doskonale się już goi, że wracasz do sił, drogi Stryjeczku, że wstajesz, że odzyskujesz i sen, i apetyt. Niechże tam lecą moje serdeczne chęci, żeby wszystko było jak najrychlej dobrze! Boć tyle tylko spokoju i pociechy, gdy się pomyśli, że drogim naszym nic nie dolega, że im dobrze.
Ja tu przyjechawszy przed dziesięciu dniami, trafiłam na dnie pogodne, słoneczne, ale z rana i wieczorem bywały i są zimna przymrozkowe, tak że i szron się bieli po ogrodach Borgesów, na które mam okno. Za miastem już mieszkam, dla taniości, za bramą del Popolo, w wielkiej kamienicy, która podług tutejszego zwyczaju zwie się "palazzo", na piętrze piątym, tak że przejść muszę półtorej setki schodów, nim się do swego pokoiku dostanę. Mam za to lepsze powietrze, a na pieniądze nasze, opłata pokoiku tego, skromnie umeblowanego, wypada mi 9 rubli miesięcznie. Prawda, że na posadzce kamiennej nie mam używanego tu powszechnie zimą - dywanu; ciągnie też trochę, i pewno z tego nabawiłam się kaszlu, który mi po nocach spać nie dając, bardzo mnie osłabił. 
Żyć można także bardzo tanio, ale pod warunkiem, że się żyje zupełnie jak Włosi. Dużo makaronu, zielenin, serów, wina, białego chleba i koziny. Ja wina nie pijam, makaronu nie jadam, ser mi szkodzi, do koziny nie lgnę, więc albo więcej wydawać muszę, albo się obywać. Częściej wybieram to drugie: robię sobie bulion (przywieziony z sobą) lub herbatę, gotuję jajka, jem karczochy z octem i z oliwą, szukam czarnego chleba, dokładam figami i pomarańczami. Czasem, gdy fantazja dopisze, idę na "osso buco" co znaczy na "kość wołową". Jest to odcinek kości ze szpikiem, a koło niego nieco mięsa, do tego, dziwnym trybem, dają tu ryż. [...]
Rzym, Piazza del Popolo, XIX w.
W Rzymie dużo się zmieniło od bytności mojej [w 1892 roku]. Padły nad Tybrem całe ulice i zaułki pełne ruder, a stanęły pełne pospolitości kamienice i koszary. Koszary pchają się pod sam Watykan, tak że już kościół św. Piotra wygląda jak oblężony nimi. [...]
Ludność niespokojna, niekontenta z bardzo niepopularnej abisyńskiej wojny. [...] Kraj - nędzarzy. Karnawału wcale nie było. To jest tych procesji masek, tych szeregów karet itd. Motłoch tylko szalał przez trzy dni ostatnie. [...] Księży - jeszcze chyba przybyło. Hordami całymi snują się po mieście, zwłaszcza kongregacje różnych młodych teologów, na wszystkie kolory upstrzonych. 
Zwiedzałam kościół jubileuszowy świętego Joachima, wspaniały, ale nie wykończony jeszcze wewnątrz. Zewnątrz ma kościół ten  fryz, przez całą szerokość pysznej marmurowej nawy idący, złożony z medalionów mozaikowych, na których wypisane są imiona wszystkich narodów świata [...], jakie tylko do Kościoła należą - choćby i częściowo. Nie zapomniano tam o koloniach najdalszych od Europy [...]. Ale Polski - nie ma. Polinezja - i ta jest; a dla nas miejsca nie ma. Nasz rozbiór potwierdził papież raz jeszcze w tym dziele, oddał nas schizmie i lutrom. [...] Obrzydł mi tak Rzym z tego powodu, że rada bym w jednej chwili tu nie być. [...]
Całuję Twoje drogie ręce!
M.K.
Maria Konopnicka, Listy do Ignacego Wasiłowskiego, oprac. Jacek Nowak, Instytut Badań Literackich 2005, s. 511-513.

niedziela, 19 lutego 2012

Odcinek 242: Napoleon Bonaparte, 1797 rok

List do Józefiny de Beauharnais przebywającej w Bolonii
Tolentino, 19 lutego 1797 roku
Portret Józefiny de Beauharnais,
mal. Firmin Massot.
[...] Ani słowa nie odbieram od ciebie; dobry Boże! Cóż ja uczyniłem? O tobie tylko myślę, serce moje do ciebie wyłącznie należy, dla ciebie żyję, szczęście twoje jest moją jedyną rozkoszą; alboż to są powody do tak twardego ze mną postępowania? Zaklinam cię, nie zapominaj o mnie, pisuj do mnie codziennie. Musisz być słabą, albo mnie nie kochasz! Czy sądzisz, że serce moje jest z głazu, lub czyliż cierpienia moje nie obchodzą cię już wcale? Nie mogę przypuścić, ażebyś mnie tak mało znała, ty, którą przyrodzenie obdarzyło dowcipem, słodyczą i wdziękami, co jedna tylko mogłaś zawładnąć mem sercem, ty, co znasz, bez wątpienia nieograniczone nade mną panowanie swoje! Pisz do mnie, myśl o mnie, kochaj mnie.
Twój do grobu Bonaparte
Koronacja Napoleona. Fragment obrazu z 1806-1807 r.,
mal. Jacques-Louis David i Georges Rouget. Józefina klęczy na stopniu ołtarza.
Cyt. za: Ogrody listów miłosnych: Od Owidiusza do Kieślowskiego, oprac. Marlena Krzyżostaniak, Astrum 1999, s. 70.

sobota, 18 lutego 2012

Odcinek 241: Zygmunt Krasiński, 1846 rok

List Zygmunta Krasińskiego do Konstantego Gaszyńskiego
Nicea, 18 lutego 1846 roku
Zygmunt Krasiński.
Mój najdroższy Konstanty! Wyobraź sobie, trafia Ci się tu najniespodzianiej miejsce, może lepsze niż u deputata Twego, ale arcydziwacznych okoliczności koło tego pełno. Słuchaj. Jest tu żyjący o ćwierć mili od miasta, pod górą Cinne, w własnej kupionej willi, Holender, do 38 lat, człowiek bogaty znakomicie, sam zawsze siedzący w domu i ogrodzie, urządzonych zbytkownie, bo nie ma w jego salonie krzesła, co by mniej od 500 fr. kosztowało, a w ogrodzie kwiatów najprzedziwniejszych tłum. Z nikim się nie widuje, jakaś zdrada kobieca melancholią mu dała, nigdy do żadnej kobiety słowa nie wyrzecze. Zna tu malarza tylko jednego, nazwiskiem Meyer. Rodzaj to Monte Chrysto, ale słodyczy ma być wielkiej, tę jedną wadę tylko diabelską ma, że pije co dzień z 8 butelek wina i podobno pod wieczór zapada w pijaństwo, laetitiam cordis et oblivionem praeteritorum [pocieszenie serca i zapomnienie o przeszłości]. Z rana, skoro się obudzi, śniada butelką porto. Wiele podróżował, wiele widział, ma być szlachetnego serca. Otóż dziwakowi temu zupełna samotność się znudziła. Mój Ojciec zetknął się przypadkiem z tym malarzem Meyerem, najlepszym tu artystą, i ów Meyer mu mówił, że ów Holender koniecznie pragnie sekretarza Polaka, któremu by mógł zaufać, z którym by mógł pracować i w którego by serce mógł wylać swoje zanękane.
Le comte de Monte Cristo, mal. Pierraow.
Ofiaruje 2000 fr na rok, mieszkanie i jedzenie (a mówią, że wyborne) obok siebie, w razie podróży wszystkie wygody i jazdę z sobą razem. Mój Ojciec powiedział, że Ciebie zna i zalecał Cię, więc Holender uradowany przysłał prosząc, by Tobie o tym znać dać i zapytać się Ciebie o to. Więc pytam się Ciebie, czy mam się starać poznać z tym człowiekiem na to, by wymiarkować, czy dobrze by Ci było u niego i czy czasami nie zanadto pijak lub wariat? Kiedyż Tobie Sieyes Twój się kończy [Gaszyński pracował jako sekretarz u deputowanego francuskiego, Leone de Sieyesa]? Może byś wolał tu w Nicei przemieszkiwać śród pysznej natury i w towarzystwie takiego nababa? Co myślisz? Odpowiedz mi, co mam robić i jak postąpić? Jest do tego bezdzietny człowiek, bezpowinowaty, myślę, że porto go uniesie wkrótce do wieczności, jeżeli Ty go nie uwstrzemięźliwisz. Kto wie, może by się przywiązał do Ciebie, zapis jaki Ci zostawił? Życie dziwnie się wije, nie można nic wywnioskować, czasem Opatrzność przez dziwactwa jednych drugich ubłogosławia. Odpisz mi na to zaraz; jeśli chcesz, to sam się zapoznam z tym odludkiem i wtedy Ci szeroko opisze rzecz.
Muszę Ci opowiedzieć też coś zabawnego. Zawczoraj przez ulicę szedłem zwaną Croix de Marbre, w poprzek ulicy przed sklepem ebenisty [meblarza], patrzę, stoi ogromne, ale jakby na Adama i Ewę, całą ludzkość spłodzić z siebie mających, łóżko, pysznie wyrabiane z oliwkowego drzewa i z wykładanymi herbami u spodu kolorowymi na czarnym hebanie. Małom nie zgłupiał widząc tak wystawiony na ulicę symbol garde nationale [służby narodowej] i małżeństwa. Pytam się dziewczyny, na straży nad tym ogromem stojącej, co to znaczyć ma i dla kogo? Ebenistówna mi odpowie, że to do Paryża dla deputowanego. „Dla jakiego?” — pytam z śmiechem coraz mnie bardziej dławiącym, a ona: „71 rue de Lille ten pan mieszka, był tu niedawno i nakazał sobie tak szerokie łóżko, sam dał miarę, znać, że jego żona musi być bardzo otyła”.
Rozświeciło mi się w mózgu, to dla Sieyesa. Więc powiedziałem jej, że już nie 71 Lille, ale Courty 5 bis, znajdzie łóżko deputowanego swego, za co mi bardzo dziękowała, bo właśnie miała już wyprawiać to legowisko z herbami do St.-Laurent-du-Var. Powinszuj mu tej machiny. Czy w istocie myśli się żenić lub też bezżennie w tej otchłani drewnem cembrowanej sypiać? Sądząc z tego, dziwnie musi to być mierny człowiek, prawdziwy reprezentant interesów materialnych departamentu.
Chciałem Ci  to opowiedzieć, byś się roześmiał. Dotąd z książek Twych żadna nie doszła a żadna. Z głębi serca Cię ściskam. Pisz, proszę Cię, często.
Twój
Zygmunt Krasiński, Listy do Konstantego Gaszyńskiego, oprac. Zbigniew Sudolski, Państwowy Instytut Wydawniczy 1971, s. 351-353.

piątek, 17 lutego 2012

Odcinek 240: Antoni Paweł Sułkowski, 1809 rok

List Antoniego Pawła Sułkowskiego do żony, Ewy

Toledo, 17 lutego 1809 roku
Antoni Paweł Sułkowski.
Najukochańszy fayciu!
Miałem szczęście otrzymać wczoraj Twoje listy z 9 i 12 stycznia z dopiskiem mamy, co dowodzi regularności poczty i daje nadzieję, że od tej pory będę mógł już stale mieć świeże nowiny. Nie podoba mi się, że nie jest tak z moimi listami, ale proszę Cię, abyś nie dawała wiary temu, co powiedziała Ci Madame Royale, że wszelka komunikacja z Hiszpanią została przerwana. To kłamstwo, a poza tym uważam, że źle zrobiła, iż powiedziała Ci to na balu, a więc tam, gdzie nie powinno się nikogo zasmucać. Niech Jej Królewska Wysokość wybaczy mi tę uwagę, ale nie lubię, kiedy ktoś sprawia Ci choćby najmniejszy ból. Taki już jest Twój pan małżonek, który Cię uwielbia. Opis balu dworskiego dał mi wielką przyjemność. Łaskawość naszego króla sprawi, że będzie kochany, i zupełnie nie znałem charakteru naszych rodaków, że wcale nie krępowali się zapraszać do tańca córkę ich suwerena.
Otrzymałem też wczoraj Twój portret, ale na nieszczęście zupełnie Cię nie przypomina, a więc nie mógł mi sprawić przyjemności. Szukałem daremnie tych małych oczek, które tak wiele mówią, tego noska a la Roxolana, tych ust pełnych gracji, tej całości pełnej piękna i świeżości i nie mogłem znaleźć niczego. Uważam, że malarz, jeśli nie jest bardziej szczęśliwy z innymi, nie powinien więcej robić portretów. Wszystko, co piszesz mi o sobie, zachwyca mnie i jestem wdzięczny Ci, że potrafiłaś, jak mówisz, odsunąć na bok swą skromność i dostosować się wiernie do mej wyobraźni. Libertyn chciałby używać, lecz co robić. Mój Boże, zaplątałem się w takie tarapaty, że sława musi mi zastąpić wiele rzeczy, ale odwagi, wszystko będzie dobrze i Twoje róże będą trwały niczym nieśmiertelne. Moja i Twoja przyszłość będzie piękna, jestem tego pewien.
Toledo.
[...] Nie jestem wcale zazdrosny o pana Serrę, bo pamiętam o jego siwych włosach. Prawdę mówiąc, to znaczy żartując, wszystkie te drobne prezenciki mogą niepokoić, ale upoważniam Cię do zrobienia z nim, co zechcesz, bo znam Twoją mądrość i przypominam sobie, że mam dopiero 23 lata i dwa miesiące. Jaki dumny, powiesz, ale taki właśnie jestem. Widzisz więc, że chociaż daleko jestem od tego wszystkiego, co kocham, potrafię zachować wesołość ducha. Dziękuję za to niebiosom, bo bez tego pośród tych Afrykanów można łatwo zostać hipochondrykiem.
Pozostajemy wciąż w całkowitej bezczynności. Słyszymy o ruchach na prawo i lewo, ale jeśli o nas idzie, to dano nam spokój, nie wiem dlaczego. To zaczyna mnie trochę niepokoić, bo lubię działanie, skoro już jestem w Hiszpanii, dokąd przybyłem tylko po to, by odznaczyć się. Zresztą mam dzięki temu czas na pisanie listów. Trzeba zawsze odwoływać się do filozofii, a to uspokaja.
Nie piszę dziś do mamy, bo nie mam już nic do powiedzenia, życie, jakie prowadzę, to absolutna monotonia. Jestem szczęśliwy, znając jej przywiązanie do nas, i po tysiąc razy całuję jej rączki za wszelką jej opiekę. Powtarzam i będę powtarzać zawsze, że nie ma podobnych kobiet na świecie jak wy, moje panie. [...] Całuję Cię miliard razy, a także mamę, jeśli pozwoli mi na tę poufałość. Na całe życie i jeszcze dalej Twój.
Antoni Paweł Sułkowski, Listy do żony z wojen napoleońskich, tłum. Robert Bielecki, Czytelnik 1987, s. 129-131.

czwartek, 16 lutego 2012

Odcinek 239: Wojciech Kossak, 1884 rok

List Wojciecha Kossaka do narzeczonej, Marii Kisielnickiej

Kraków, 16 lutego 1884 roku
Scenka z balu Pod Baranami.
Akwarelka Wojciecha Kossaka
namalowana w liście.
Straszna historia o balu Pod Baranami.
W brzydki dzień zimowy, pomimo błota i deszczu, od rana można było spostrzec ruch niezwyczajny w Krakusowym grodzie. Grupy gapiów od wieczora stały przed wielką bramą pałacu Potockich, opowiadając sobie, że dziś u Hrabiów (wielkie słowo w Krakowie) okrutny będzie bal, że samych kotletów cielęcych kazano 510 zrobić.
Od strony Wisły zajechał powóz, z niego wysiadły dwie panie i młody człowiek. Na schodach starsza z pań pytała młodego człowieka: „Wojtek, masz chustkę do nosa? — „Mam — odpowiedział, widocznie nie w humorze. Jeżeli ten wstęp zaciekawił czytelnika, podnieśmy portierę, za którą zniknęli, i idźmy za nimi.
W pierwszej ogromnej sali gospodyni domu, matka młodej generacji Potockich, z trąbką akustyczną wdzięcznie przyjęła przybywających. Sala balowa przepyszna, płytami marmuru pokryta, pełna różnobarwnych sukienek i czarnych fraków. Orkiestra Wrońskiego gra bajecznego walca. Panna, przybyła w tej chwili, zostaje porwaną przez młodego ułana, który widocznie czekał na nią. Młody człowiek spotkał swego pułkownika i widocznie bardzo mu się nie chce wejść w wir tańczących, kiedy bardzo podejrzaną niemiecczyzną zaczyna z nim rozmawiać. Za chwilę wynosi się dyskretnie do fumoiru [palarni], gdzie kilku starych jegomościów gra w karty. Z bardzo zadowolnioną miną siada sobie na boku i myśli pewnie o czymś bardzo mu drogim, bo mu się zła mina bardzo wypogadza. 
Scenka z balu Pod Baranami.
Akwarelka Wojciecha Kossaka
namalowana w liście.
Raptem wtacza się do fumoiru baryła ogromna (przepraszam czytelnika za styl), pani Sabina Morsztyn, a za nią pani domu z fajką, przepraszam, z trąbką. „A sarmant, sarmant, Vous ne dansez pas?” — a ma córeczkę kubek w kubek podobną. Pani domu także dodaje: „Panie, tyle panienek siedzi (ładne mi panienki, kloce na trzy metry), pan narzeczony, to prawda, ale choć troszkę potańcować proszę”. Wszystko wytacza się z pokoju i słychać tylko: „siedem pik”, albo „osiem carreaux”.
Młody nasz człowiek idzie ku sali, wtem córka domu, pani Krasińska, pyta go: „Tańczysz pan pierwszego kontredansa?” — „Nie”. — „To proszę pana”. Wchodzą do sali i... (mam ochotę spuścić zasłonę na ten obraz wzruszający czułe serca czytelniczek) i zatrzymują się przed Marusią Witosławską, okropnym potworem, niczym ichtiozaurus przedpotopowy (ta sama, z którą piszący miał zaszczyt rymnąć jak długi na pikniku przeszłorocznym), okropną Marusią z Harmaków, z pince-nez na swoim kartoflu. Tańczy więc nasz młodzieniec; jeżeli ma narzeczoną, na co mi wygląda, bo i śliczny pierścionek na lewym ręku mu świeci, to może spać spokojnie.
Wiadomo, że przeciwności losu nigdy pojedynczo nie chodzą, ledwie się ten kadryl skończył, zaczyna się mazur. Pannie Michałowskiej przyszła myśl fatalna wybrać naszego młodego człowieka w figurze. Jest to panienka, która na każdym balu przynajmniej dwa razy musi upaść. Dziś raz jeden jej wystarczył, ale bo też było godnie. Matka i ojciec przyskakują, lament okropny. Ale czaszka szlachecka, panie dobrodzieju, to nie szkło, aż jęknęło, jak to mówią, w salonie. Panna zgubiony pantofelek włożyła i figurę skończyła.
Nasz młody człowiek widocznie ma dosyć, po ruchu ust zdawałoby się, że mówi — diabli nadali z tym balem. Ale odpędźmy tę myśl, która by bohatera naszego opowiadania obniżyła w oczach pięknych czytelniczek. Kieruje swe kroki ku wyjściu, piękna matrona zatrzymuje go jednak: „Wojtek, proszę cię, zostań, bo powiem Marylce, że jesteś nieznośny”. To słowo magiczne przypomniało mu widocznie, że powinien być tak miłym, żeby każda z panien mogła sobie powiedzieć: „mój Boże, daj mi takiego narzeczonego, bo był przy kolacji bardzo miły i zabawny”.
Po kolacji jednak „uciekł i zmylił pogonie”. Tylko marsowe spojrzenia antenatów zdawały mu się mówić: „Panie bracie, dwieście lat temu byłbyś dał na sejmie kreskę Potockiemu, aby być u niego na kolacji”. On jednak myślał o fioletowych oczkach cudownych swej narzeczonej ubóstwianej i o niej marząc zasnął.
Taka jest historia o balu Pod Baranami — i ja tam byłem, jadłem i piłem, i barż godnie się wynudziłem.
Mój skarbie najdroższy, Maryś moja śliczna, za tydzień Cię zobaczę, Boże mój drogi, aż mi serce się tłucze z radości. Przyjadę w poniedziałek albo środę. [...]
Do widzenia, najukochańsza moja żono najdroższa (tylko bez irytacji), aniele mój drogi, całuję rączki po milion razy.
Scenka z balu Pod Baranami.
Akwarelka Wojciecha Kossaka
namalowana w liście.
Wojciech Kossak, Listy do żony i przyjaciół (1883–1942), t. 1, oprac. Kazimierz Olszański, Wydawnictwo Literackie 1985, s. 71–74.

środa, 15 lutego 2012

Odcinek 238: George Sand, 1839 rok

List George Sand do Charlotty Marliani

Barcelona, 15 lutego 1839 roku
Moja Dobra i Droga. Otóż i jestem w Barcelonie. Obym z pomocą Bożą wyjechała stąd wkrótce i oby noga moja nigdy więcej nie postała w Hiszpanii. Jest to kraj, który nie odpowiada mi pod żadnym względem [...]. Klimat Majorki stawał się coraz to bardziej zgubny dla Chopina. Przyśpieszyłam wyjazd. Oto jeden tylko przykład obyczaju mieszkańców: aby opuścić moją siedzibę w górach, miałam do przebycie trzy mile wyboistej drogi do Palmy. Znamy co najmniej dziesięć osób mających powóz, konie, muły etc. Nikt nie mógł nam ich pożyczyć. Trzeba było odbyć tę drogę na wynajętym nie resorowanym wózku, tak że po przybyciu do Palmy Chopin zaczął straszliwie pluć krwią. Skąd taka nieuczynność? Bo Chopin kaszle. A ktokolwiek w Hiszpanii kaszle, uważany jest za suchotnika, kto jest suchotnikiem, jest zapowietrzony, trędowaty i parszywy. I nigdy dość kamieni, kijów i żandarmów, by przegnać go zewsząd, ponieważ suchoty są według nich zaraźliwe i jeśli się tylko da, należy zamordować chorego, jak dusiło się chorych na wściekliznę przed dwustu laty. To, co Pani piszę, proszę brać dosłownie. Byliśmy na Majorce pariasami z powodu kaszlu Chopina, a także dlatego, że nie chodziliśmy na mszę. W moje dzieci ciskano na drodze kamieniami. Mówiono, że jesteśmy poganie, czy ja wiem, co jeszcze. Trzeba by dziesięciu tomów na opisanie podłości, złej wiary, egoizmu, głupoty i złości tej rasy głupiej, złodziejskiej i pełnej dewocji. Nie chciałabym nigdy więcej widzieć na oczy Valldemosy.
George Sand i Chopin, mal. Eugene Delecroix.
Nareszcie dotarliśmy do Barcelony, która przez porównanie wydaje nam się rajem. Podróżowaliśmy statkiem parowym w towarzystwie stu świń, których nieznośny odór i dzikie chrząkania nie przydały zdrowia Chopinowi. Ale biedne dziecko umarłoby ze spleenu na Majorce i za wszelką cenę trzeba go było stamtąd wywieźć. Mój Boże! Gdyby znała go Pani tak, jak ja znam go teraz, kochałaby go Pani jeszcze bardziej, Droga Przyjaciółko. To anioł łagodności, cierpliwości i dobroci. Pielęgnuję go jak własne dziecko, on zaś kocha mnie jak matkę. [...]
Korespondencja Fryderyka Chopina z George Sand i z jej dziećmi, t. 2, oprac. Krystyna Kobylańska, Państwowy Instytut Wydawniczy 1981, s. 19.

wtorek, 14 lutego 2012

Odcinek 237: Franz Kafka, 1914 rok

Z dziennika Franza Kafki

14 lutego 1914 roku
 
Gdybym odebrał sobie życie, nikt bezsprzecznie nie poniósłby winy i to nawet wtedy, gdyby oczywistą bezpośrednią pobudką miało się stać na przykład postępowanie F. Sam już sobie uzmysłowiłem raz w półśnie scenę, jaka by wynikła, gdybym w przewidywaniu rezultatu, ma­jąc list pożegnalny w kieszeni, przyszedł do jej mieszka­nia, został jako konkurent odrzucony, list położył na stole, poszedł w stronę balkonu i przytrzymywany przez wszyst­kich śpieszących na miejsce wypadku, wydarł się i roz­luźniwszy chwyt jednej i drugiej dłoni, przeskoczył ba­lustradę. W liście widniałoby jednak jasno, że wprawdzie rzucam się z piętra z powodu F., niemniej nie zaszłaby dla mnie żadna istotna zmiana, gdyby nawet prośbę mą przyjęto. Moje miejsce jest tam, w dole, nie widzę żadnego innego załatwienia sprawy, F. jest przypadkowo tą właśnie osobą, przez którą spełnia się mój los, nie jestem zdolny żyć bez niej, więc muszę skoczyć, nie zdołałbym jednak — i F. przeczuwa to — również żyć z nią razem. Czemu nie wykorzystać na to dzisiejszej nocy, już widzę przed oczyma oratorów z dzisiejszego wieczoru rodzicielskiego, którzy mówili o życiu i o stwarzaniu jego warunków — ale cze­piam się wyobrażeń, żyję doszczętnie wplątany w życie, nie uczynię tego, jestem całkiem zastygły, jestem smutny, że koszula uwiera mnie w szyję, jestem potępiony, szukam drogi we mgle.
Franz Kafka, Dzienniki: 1910-1923, tłum. Jan Werter, Wydawnictwo Literackie 1961, s. 275-276.

poniedziałek, 13 lutego 2012

Odcinek 236: Władysław Broniewski, 1919 rok

Z pamiętnika Władysława Broniewskiego

13 lutego 1919 roku
Władysław Broniewski z babką
Jadwigą Lubowidzką, 1921 rok.
Jak smarkacz chodziłem na Hożą i czekałem, aby Ją zobaczyć. Od dziesięciu dni jestem w Warszawie i... nudzę się. Czuję się tak obcym, tak mi czegoś brak - nic mnie nie bawi. [...] Myślałem, że rozruszam się w gronie płockich podlotków, ale po dwóch dniach mam ich dość. Jakież to bezdennie głupie istoty. Repertuar we wszystkich teatrach pod psem. Rozpacz! [...]
Jedyna myśl, która mi się uporczywie po głowie kołacze, to zobaczyć Ją. Jakże ja sam sobie wydaję się śmiesznym, gdy łażąc bez celu, bezwiednie skręcam tam, gdzie ona mieszka. Podchodzę do bramy, zaglądam w podwórko i nic tam naturalnie nie spostrzegam; idę dalej kilkadziesiąt kroków, zawracam, i tak kilka razy, aż zniechęcony, wracam do nudnej wędrówki po ulicach. Śmiesznie sentymentalna historia, a jednak rzeczywista. Kocham kobietę, której nie znam i nie wiem nawet, jak się nazywa, którą zaledwie kilka razy widziałem przelotnie na ulicy. Kiedyś wiosną śledziłem ją spotkawszy wieczorem na Daniłowiczowskiej; szła z bratem do teatru. Poszedłem za nimi. Wyśledziłem, gdzie siedzi, i wszystkie antrakty spędziłem na niemym wpatrywaniu się w nią. I tak się jakoś zapatrzyłem. Po przedstawieniu tropiłem ją aż do jej mieszkania na Hożej 66. Wiem, że ma brata studenta, brzydkiego, choć podobnego do niej, matkę starą, że jest niezamożna, i wiem, że jest śliczna i że ją kocham. 
Ileż wdzięku dodaje jej ten ubogi szyk, prawdziwie warszawska genialność.
Zapoznać się z nią na ulicy nie mogłem - byłoby to zbyt banalne, a innych sposobów nie było, więc musiało się ograniczyć na niczym, ale nie! - nie na niczym. Nie wiem, czy ona zwróciła na mnie kiedykolwiek uwagę, choć miałem kiedyś to wrażenie - być może, że nie domyśla się nawet, że ma we mnie tak oddanego kochanka.
Jeśli telepatia nie jest blagą, jeżeli możliwym jest wzajemne odczuwanie się na odległość, jak w pierwszej części Dziadów, to moja Biała (tak ją w myśli nazwałem) musi czuć choć część tego, co mnie od roku blisko dręczy. [...]
Władysław Broniewski, Pamiętnik 1918–1922, oprac. Feliksa Lichodziejewska, Państwowy Instytut Wydawniczy 1987, s. 76-77.

Za dzisiejszy cytat serdecznie dziękujemy Ani

niedziela, 12 lutego 2012

Odcinek 235: Romain Rolland, 1913 rok

List Romaina Rollanda do Zofii Bertolini Guerrieri-Gonzaga

Środa, 12 lutego 1913 roku
Fot. sprzed I wojny światowej.
Czy zna Pani dobrze dziewczęta, które mają teraz od szesnastu do dwudziestu pięciu lat? Obserwuję je niemało i z paroma koresponduję. Jakież gorące pragnienie życia, jakiż głód idealizmu, jakież nadzieje i rozpacze widzi się często u tych biednych dziewczątek! Jak bardzo trzeba im współczuć, wiedząc, co życie zrobi z nich w dziewięciu przypadkach na dziesięć! I nie można im tego powiedzieć. Niektóre same o tym wiedzą; i to właśnie jest smutne. Ileż zwierzeń mi poczyniono [...]! Wydaje mi się niekiedy, że jestem starym ojcem i że to są moje córeczki.
Najtragiczniejszym może zjawiskiem naszej epoki (którego żaden mężczyzna nie wydobył dotąd na jaw, bo prawie wszyscy mężczyźni są egoistami i nie obchodzi ich, co myślą kobiety) jest fakt, że ewolucja moralna mężczyzn i kobiet, bardzo wyraźna od jakichś dziesięciu, dwudziestu lat, nie idzie w tym samym kierunku. Ogólny ruch umysłowy prowadzi z powrotem mężczyzn we wszystkich prawie krajach do poszanowania porządku, autorytetu, tradycji, a nawet do katolicyzmu (mam przynajmniej na myśli inteligencję burżuazyjną). Natomiast młode kobiety zmierzają ku swobodzie - swobodzie moralnej, intelektualnej i społecznej. Jest to bardzo widoczne u nas (a również i u moich korespondentek zagranicznych). Zanosi się na walkę, od której ucierpi rodzina. Ale jest to z pewnością konieczne, aby osiągnąć układ społeczny bardziej odpowiadający dzisiejszym potrzebom; i nie zdziwię Pani zapewne mówiąc Jej, że w tym konflikcie jestem, jak zawsze, po stronie zbuntowanych. [...]
Do zobaczenia! Mam dobry temat do nowej powieści. Mam nawet trzy dobre tematy (powieści, sztuki teatralnej i nowel). Mojemu umysłowi nie brak więc zajęcia.
Romain Rolland, Świadek epoki, oprac. Maciej Żurowski, Państwowy Instytut Wydawniczy 1965, s. 284-285.

sobota, 11 lutego 2012

Odcinek 234, Lista Przebojów Programu Trzeciego, 1984 rok

Notowanie nr 95, 11 lutego 1984 roku
a.         b.         c.         wykonawca - tytuł
1          1          5          Lady Pank - FABRYKA MAŁP
2          2          11        Limahl - ONLY FOR LOVE
3          3          5          Maanam - TO TYLKO TANGO
4          5          11        Republika - NIEUSTANNE TANGO
5          6          5          Maanam - ZDRADA
6          4          6          Eurythmics - HERE COMES THE RAIN AGAIN
7          34        2          Klaus Mitffoch - JEZU, JAK SIĘ CIESZĘ
8          9          5          TSA - KOCICA
9          8          7          Genesis - HOME BY THE SEA
10        13        6          Lombard - DWA SŁOWA, DWA ŚWIATY
11        7          15        Lady Pank - ZAMKI NA PIASKU
12        11        6          ZOO - NA DRZEWIE
13        28        2          Queen - RADIO GA-GA
14        10        9          Classix Nouveaux - NEVER NEVER COMES
15        12        6          Oddział Zamknięty - KTO TU MIERZY CZAS?
16        14        7          Kombi - SŁODKIEGO, MIŁEGO ŻYCIA
17        19        3          Snowy White - BIRD OF PARADISE
18        31        2          John Lennon - NOBODY TOLD ME
19        18        4          Paul McCartney - PIPES OF PEACE
20        N         1          Republika - KURTYNA
21        21        6          Slade - MY OH MY
22        15        6          Howard Jones - WHAT IS LOVE?
23        17        6          The Flying Pickets - ONLY YOU
24        16        6          The Assembly - NEVER, NEVER
25        20        6          Rod Stewart - SWEET SURRENDER
26        29        10        Adam Ant – PUSS’N’BOOTS
27        22        6          Banda i Wanda - CHCĘ ZAPOMNIEĆ
28        33        3          The Pretenders - MIDDLE OF THE ROAD
29        25        6          Marek Biliński - DOM W DOLINIE MGIEŁ
30        32        5          Bonnie Tyler i Shakin' Stevens - A ROCKIN' GOOD WAY
31        38        3          The Fixx - THE SIGN OF FIRE
32        24        6          Klaus Mitffoch - OGNIOWE STRZELBY
33        N         1          OZZY - OBCY RAJ, OBCE NIEBO
34        30        6          Kool And The Gang - JOANNA
35        35        3          Exodus - ZAWSZE PRZYJDZIE, CO MA PRZYJŚĆ
36        23        6          The Thompson Twins - HOLD ME NOW
37        36        2          Dwa Plus Jeden - GDY GRALI DLA NAS ROLLING STONES
38        26        7          Śmierć Kliniczna - NIENORMALNY ŚWIAT
39        39        2          Rezerwat - NOWY ŚWIETNY PLAN
40        40        2          Mike Oldfield - CRIME OF PASSION

A. MIEJSCE
B. MIEJSCE W POPRZEDNIM TYGODNIU  
C. TYGODNI NA LIŚCIE