wtorek, 31 stycznia 2012

Odcinek 223: Jerzy Wittlin, 1983 rok

Z dziennika Jerzego Wittlina 

31 stycznia 1983 roku
Jan Himilsbach.
Himilsbach. Oddaje go najzabawniej popularna w środowisku anegdota: Na jakimś Zjeździe Literatów Himilsbach dostał wspólny pokój z Jastrunem. Himilsbach wchodzi do pokoju i widzi, jak przed lustrem Jastrun gładzi swoją wspaniałą mickiewiczowską fryzurę. „Dzień dobry — mówi zachrypniętym z lekka głosem. — Nazywam się Jan Himilsbach. Umowa stoi: szczamy do umywalki!”
Himilsbach nie bawi się w ceregiele, nazywa sprawy po imieniu, jest spontaniczny i za to kochany. Elis opowiadała, jak na jej oczach Himilsbach nie doszedłszy do porozumienia z jednym z panów stoczył z nim w kawiarni Związku krótką walkę, po czym skoczył na kolana Herze i wpił się jej w usta. Nazajutrz zgorszona tym widokiem Elis powiedziała do Hery, że nie był to dla niej budujący widok, i to nie tak dawno po śmierci jej męża. „No cóż mam zrobić — odpowiedziała Hera — skoro się jemu podobam?”
Himilsbach, podobnie jak Franc Fiszer przed wojną, a po wojnie Andrzej Dobosz, jest postacią żywiącą mit środowiska, dodającą mu jakiegoś oryginalnego koloru, pieprzu. Z wykształcenia kamieniarz, z upodobań utalentowany pisarz i aktor, razem ze zmarłym Zdzisławem Maklakiewiczem stworzyli parę, która jak żadna inna para aktorska trafiała ,,in medias res”.
Z Kabatcem, kiedy szefował on komisji zagranicznej, a ja byłem jego zastępcą, siedzieliśmy w gabinecie prezesa Związku. Nagle przez szklane drzwi wsuwa się głowa Himilsbacha. „Gieniek — mówi Himilsbach a może ty byś mnie raz kiedyś gdzieś posłał!?” „A gdzie byś ty chciał jechać, Jasiu?” „No może gdzieś na Zachód” — odpowiada Himilsbach. ,,A byłeś już, Jasiu, na Zachodzie?” „Najdalej to byłem na Dworcu Ochota. Tam sprzedają bardzo dobre parówki”.
Kiedy wychodziłem, przed bramą stał Himilsbach, aby zainkasować należne mu za występ honorarium. „Pożycz sto złotych” — mówi. Pożyczyłem. Odchodząc myślę z satysfakcją, że to wcale nie drogo. Za gorsze występy płaciłem już nieraz o wiele więcej.
Jerzy Wittlin, Pójdź ze mną!, Wydawnictwo Literackie 1987, s. 169-170.

poniedziałek, 30 stycznia 2012

Odcinek 222: Taras Szewczenko, 1858 rok

List Tarasa Szewczenki do Kateriny Piunowej

30 stycznia 1858 roku
Taras Szewczenko.
Kochana  i   wielce  szanowna   Katierino  Borisowno!
Przyniosłem pani osobiście książki, żeby je pani przeczytała. Pani jednak zwróciła mi je nie czytane. Jak mam zrozumieć takie postępowanie? Stawia mnie to w sytuacji bez wyjścia, zwłaszcza jeśli wziąć pod uwagę naszą dzisiejszą rozmowę. Czy to nie jest przypadkiem odpowiedź na moje oświadczyny? Bo jeśli tak, to proszę uczynić to w sposób bardziej wyraźny. Jest to dla mnie nazbyt ważne. Kocham Panią i mówię to Pani wprost, bez żadnych wykrzykników i zachwytów. Jest Pani zbyt mądra, by żądać ode mnie płomiennych wyznań; zbyt kocham Panią i szanuję, by uciekać się do banałów, tak powszechnie stosowanych w świecie. Zostać pani mężem - byłoby dla mnie największym szczęściem i trudno mi będzie wyrzec się tej myśli. Lecz jeśli los zrządził inaczej, jeśli miałem nieszczęście nie podobać się Pani i jeśli zwrócone przez panią książki oznaczać mają odmowę  - trudna rada: muszę się z tym pogodzić. W żadnym jednak wypadku nie zmieni to ani moich uczuć dla Pani, ani mego dla Niej szacunku. Jeśli Pani nie może lub nie chce zostać moją żoną, to proszę mi nie odmówić choć tej pociechy, że pozostanę Pani przyjacielem, by mym niezmiennym oddaniem i poważaniem zasłużyć na Pani szacunek i życzliwość.
W oczekiwaniu odpowiedzi, która zadecyduje o moim losie, pozostaję oddany pani i gorąco kochający
Taras Szewczenko
 Taras Szewczenko, Pamiętnik, tłum. Helena Mankiewicz-Szaniawska, Czytelnik 1952, s. 186.

niedziela, 29 stycznia 2012

Odcinek 221: Jane Austen, 1813 rok

List Jane Austen do siostry, Kasandry  

Chawton, piątek, 29 stycznia 1813 roku
Pierwsze wydanie Dumy i uprzedzenia.
Mam nadzieję, kochana Kasandro, iż otrzymałaś mój pakiecik za pośrednictwem J. Bonda w środę wieczór i że w niedzielę znów będziesz gotowa mnie wysłuchać, czuję bowiem, iż muszę dziś koniecznie napisać do Ciebie. Twoja paczka dotarła bezpiecznie i wszystko będzie dostarczone jak należy. Dzięki za liścik. Okazałaś wielką dobroć pisząc go, gdyż przecież nie miałaś wówczas żadnych wieści ode mnie, lecz zapewniam Cię, iż wkrótce przestanę być Twoją dłużniczką. Chcę powiadomić Cię, iż otrzymałam z Londynu moje ukochane dziecię [Dumę i uprzedzenie][...] Ogłoszenie ukazało się w naszej dzisiejszej gazecie, pierwszy raz za osiemnaście szylingów. Za dwa następne wezmą funta i szylinga, a za tamto najgłupsze - funta osiem. Napiszę do Franka, aby nie czuł się zaniedbany. Panna Benn była u nas na obiedzie właśnie w dniu, gdy przysłali mi książki, więc wieczorem wzięliśmy się dziarsko do dzieła i odczytali jej połowę pierwszego tomu, zaznaczając na wstępie, iż, uprzedzeni przez Henry'ego, że utwór ten ma niebawem wyjść drukiem, prosiliśmy go o przesłanie egzemplarza, gdy tylko się ukaże - chyba niczego się nie domyśliła. Ubawiła się setnie, biedactwo! Nic dziwnego, doprawdy, gdy przykład jej dało dwoje takich słuchaczy; jednak jej podziw dla Elizabeth wydaje się szczery. Wyznać muszę, że sama uważam ją za najrozkoszniejsze stworzenie, jakie się kiedykolwiek ukazało drukiem, i nie wiem, czy potrafię tolerować ludzi, którym nawet ona się nie spodoba. Znalazłam parę błędów typograficznych; miejscami, dla większej przejrzystości dialogu, należałoby dodać „powiedział”, lub „powiedziała”; lecz przecież
”Ja nie pisuję dla tych tępych duchów,
Co same w sobie nie mają geniuszu". [Parodia poematu sir Waltera Scotta „Marmion”.]
Rycina z 1810 roku.
Tom drugi wyszedł krótszy, niż sobie życzyłam, lecz nie w rzeczywistości, lecz tylko z pozoru, gdyż w tej części narracji jest więcej niż w pierwszej. W sumie jednak wprowadziłam tak znaczne uproszczenia i skróty, że powstała rzecz krótsza nawet niż „R i R". Teraz spróbuję napisać o czymś innym i zmienić temat całkowicie - święcenia - ucieszyłaś mnie wiadomością, iż Twe dociekania przyniosły tak owocny skutek. Gdybyś mogła jeszcze dowiedzieć się, czy Northamptonshire słynie z licznych żywopłotów, uradowałabyś mnie ponownie. Twoje szarady obudziły nasz najszczerszy podziw - lecz jak dotąd odgadliśmy tylko pierwszą. Pozostałe wydają się bardzo trudne. Jest jednak tyle piękna w ich wersyfikacji, że samo zgadywanie stanowi przyjemność drugorzędną. Przyznaję, że dzisiejszy dzień jest mroźny, i z przykrością myślę o tym, jak zmarzniesz, zdążając z wizytą do Manydown. Mam nadzieję, że włożyłaś krepdeszynową bieliznę.
Niebożątko ty moje! Wyobrażam sobie, jak cała drżysz i jak cierpią Twoje biedne, wrażliwe stopy. Cóż za złośliwy typ z tego pana Digweeda, to wprost nie mieści się w głowie - zamiast wyjeżdżać do Steventon, organizują w przyszły wtorek proszony obiad! Z przykrością wyznaję, iż nie byłam w stanie skosztować klopsa u pana Papillona; cierpiałam tego dnia na dość silny ból głowy i nie skusiłam się nawet na nic słodkiego, poza galaretką - ta była wyśmienita. Prażonych gruszek nie podano - panna Benn jadła za to migdały i rodzynki. Nawiasem mówiąc, prosiła, aby Cię od niej najuprzejmiej pozdrowić w moim poprzednim liście, o czym zapomniałam. Betsy śle Ci swoje uszanowanie, z nadzieją, iż zdrowie Ci dopisuje, oraz uściski dla panny Karoliny, z nadzieją, iż wyzbyła się kaszlu. Wiadomość o tym, iż jej pomarańcze dotarły w samą porę, sprawiła jej tyle radości, że, śmiem przypuszczać, doniesienie o kaszlu wręcz ją ucieszyło. [...] 
Jane Austen, Listy wybrane 1796-1817, wybór R.W. Chapman, tłum. Jolanta Kozak, Prószyński i S-ka 1998, s.125-127.

sobota, 28 stycznia 2012

Odcinek 220: Wojciech Kossak, 1884 rok

List Wojciecha Kossaka do narzeczonej, Marii Kisielnickiej

Kraków, poniedziałek 28 stycznia 1884 roku
Moja najdroższa narzeczono.
Bajecznie mi idzie obraz, od razu mi kompozycja dobrze wypadła i zdaje mi się, że najdalej za trzy tygodnie będę gotów, rama na 20-go będzie gotowa i obraz z pewnością także. Może Ostatki spędzimy już z Figusią [siostra Wojciecha, Jadwiga] w Stawiskach [u Kisielnickich] (przepraszam, że tak bazgrzę, ale piszę piórem ze Stawisk w szkockiej oprawce i żal mi wziąć inne). [...]
U nas zresztą nic nowego, Mama z Ninią ciągle na balach, chociaż obydwie nie mają najmniejszej ochoty. [...] A ja pracuję, nie chcę tracić kwadransa na próżno i myślę o Tobie, aniele mój najmilszy, najukochańsza moja Maryś. Czy to przy robocie, czy zasypiając lub bawiąc się, ciągle myślą jestem przy mej najdroższej przyszłej żonie. Gdy wracam z klubu z partii bilardu, wystawiam sobie, że już jesteśmy razem, że moja śliczna żoneczka czeka na mnie z herbatą i daje mi burę, że tak długo siedziałem, że sobie potem we dwójkę bajecznie wieczór spędzamy i tak całe życie – prawda?
Wojciech maluje modela siedzącego na koniu, rys. w liście.
Jeżeli Pani chce mieć pojęcie, jak mój model wygląda na koniu, to podaję tu wizerunek mego Józka, gdy pozuje do rannego ordynansa na gniadym koniu. Ten pędzel, który tak doskonale dodaje życia temu koniowi, zastałem raz uplasowany w ten sposób, ale posądzam Figusię o tę myśl świetną. [tu rysunek piórkiem Wojciech maluje modela siedzącego na koniu]
O ile się mogłem dowiedzieć, w razie gdybyśmy kupili Wygodę [wcześniejsza nazwa Kossakówki] całą, to przez kilka lat mielibyśmy blisko 1300 fl[orenów] rocznych wydatków na amortyzację z procentem, podatek i dwa legata na klasztory, które ciężą na naszej własności. Czy to nie wydaje się Pani dużo? Chociaż trzeba dodać, że wynajęcie domu, gdzie Pułascy mieszkają, przynosi 300 do 400, a nasze z pracownią kosztowałoby, nie mówiąc o ogrodzie, najmniej z 800 fl., wiec właściwie nie będzie wiele więcej jak paręset fl. rocznie różnicy, a potem, jak zostanie tylko podatek i legata, to 500 czy 600 fl. tylko rocznie. Ale na to wszystko mamy czas jeszcze aż do św. Jana.
Okropnie się cieszę na list Pani, może we środę już będzie. Kończę na dziś i całuję te moje rączki najdroższe z całej duszy po sto tysięcy razy, bo w ten sposób nie boję się Pani zmęczyć.
Do widzenia, Maryś moja ukochana – całą duszą kochający – Wojtek.
Wojciech Kossak, Listy do żony i przyjaciół (1883–1942), t. 1, oprac. Kazimierz Olszański, Wydawnictwo Literackie 1985, s. 58–60.

piątek, 27 stycznia 2012

Odcinek 219: Jan Lechoń, 1950 rok

Z dziennika Jana Lechonia

27 stycznia 1950 roku
1. Dzień rozbity. Zimno w pokoju (popsuło się ogrzewanie). Nic nie zrobiłem. Bardzo nieładnie.
Zofia Nałkowska, fot. powojenna.
2. Żeromski, kiedy Nałkowska wydała swój Dom nad łąkami, powiedział mi: ,,W każdej kamienicy jest paru ludzi, którzy mogliby to napisać”. Brzozowski skarży się w swoim Dzienniku, że są ludzie, którzy uważają Nałkowską za kobietę inteligentną. Mimo tych opinii ten ordynarny i zarazem pretensjonalny babski dorobkiewicz w pewnej chwili zasiadł w pierwszym rzędzie literatury, wybrany został do [Polskiej] Akademii [Literatury] i wreszcie stał się przodownikiem literackiej zdrady. Wszystko dlatego, że Żeromski był za wielki, aby tę babę zmiażdżyć jednym słowem w druku. I tak robi się u nas sławy, wielkości i zapomnienia. Or-Ot był małym poetą, ale jakże prawdziwym – tak samo jak cudowny Lenartowicz. O Or-Ocie jeszcze nikt nic sprawiedliwego nie napisał, Lenartowicza teraz dopiero wydobyto z pogardliwego, głupiego zapomnienia. [...]
Jan Lechoń, Dziennik, t. 1, Państwowy Instytut Wydawniczy 1992, s. 194–195.

czwartek, 26 stycznia 2012

Odcinek 218: Bruno Schulz, 1934 rok

List Brunona Schulza do Juliana Tuwima

Drohobycz, 26 stycznia 1934 roku
Floriańska 10
Szanowny, Drogi Panie!
Dziękuję [za list z wyrazami zachwytu Sklepami cynamonowymi]. Nie spodziewałem się tego, ale w głębi duszy postulowałem, żądałem żarliwie Pańskiego rezonansu. Na dnie pasji i zaciekłości tej książki była i ta stara tęsknota. Uciszył ją Pan dziś we mnie, nasycił i napełnił po brzegi. Co za spełnienie!
Trochę to przyszło późno – nie z Pańskiej winy.
Bruno Schulz, Autoportret.
Gdy Pan przed laty przyjechał do Drohobycza [na spotkanie autorskie], byłem na sali, patrzyłem na Pana mściwie i buntowniczo, pełen ponurej adoracji. Stare dzieje. Pewne wiersze Pańskie doprowadzały mnie wówczas do rozpaczy z bezradnego podziwu. Bolało – czytać je powtórnie i za każdym razem toczyć pod górę tę ciężką bryłę podziwu, która przed samym szczytem leciała w głąb, nie mogąc utrzymać się na stromej pochyłości zachwytu. Unicestwiały mnie one, a zarazem dawały upojenie, przeczucie nadludzkich triumfalnych sił, którymi kiedyś rozporządzać będzie wyzwolony i szczęśliwy człowiek. Nosiłem w sobie wówczas jakąś legendę o „genialnej epoce”, która kiedyś była rzekomo w moim życiu, nie zlokalizowana w żadnym roku kalendarza, unosząca się ponad chronologią, epoka, w której wszystkie rzeczy oddychały blaskiem bożych kolorów, a całe niebo wchłaniało się jednym westchnieniem, jak haust czystej ultramaryny.
Nigdy jej naprawdę nie było. Ale w Pańskich wierszach była ona urzeczywistniona i jaskrawa, jak pawie oko broczące lazurem i urzęsione krzycząco – była, jak rozkrzyczane gniazdo kolibrów...
Pan mnie nauczył, że każdy stan duszy, dostatecznie daleko ścigany w głąb, prowadzi poprzez cieśniny i kanały słowa – w mitologię. Nie w zastygłą mitologię ludów i historyj – ale w tę, która pod warstwą nawierzchnią szumi w naszej krwi, plącze się w głębiach filogenezy, rozgałęzia się w metafizyczną noc.
W tej mitologicznej głębi ma Pan chyba pakt z Szatanem. Tu wiersze Pańskie stają się transcendentem, od strony rzemiosła zgoła niewymierne, przekraczające miarę rzeczy zrobionych.
Dziś mam wielką, triumfalną chwilę. Przełamał się czar – to, co nagromadziłem z zachwytu, wyegzaltowałem w atakach podziwu, dotychczas obce i przeciw mnie zwrócone – potwierdza mnie i przyjmuje. Dzięki.

Bruno Schulz

Bruno Schulz, Opowiadania. Wybór esejów i listów, oprac. Jerzy Jarzębski, Ossolineum 1989, s. 416–417.

środa, 25 stycznia 2012

Odcinek 217: Virginia Woolf, 1915 rok

Z dziennika Virginii Woolf

Poniedziałek, 25 stycznia 1915 roku
Virginia Woolf. Mal. Roger Fry.
Moje urodziny — niech no wyliczę wszystko, co dziś dostałam. L. przysiągł, że nic mi nie ofiaruje, a ja, jako dobra żona, uwierzyłam mu bez zastrzeżeń. Tymczasem podkradł się do mojego łóżka z niewielką paczuszką, w której była prześliczna zielona portmonetka. I przyniósł mi śniadanie i gazetę z wiadomością o zwycięstwie na morzu (zatopiliśmy niemiecki okręt wojenny), i prostokątną paczkę owiniętą w szary papier, w której znajdował się Opat — śliczne pierwsze wydanie. Miałam więc bardzo wesoły i przyjemny poranek — który jednakże nie dorównał przyjemnościom popołudnia. Zabrano mnie do miasta, zupełnie za darmo, i zafundowano mi najpierw kinematograf, a następnie podwieczorek w herbaciarni u Buszarda. Chyba od dziesięciu lat nikt nie świętował moich urodzin. A to naprawdę był urodzinowy dzień — ładny, mroźny, wszystko świeże i wesołe, tak jak powinno być, a nigdy nie bywa. Zdążyliśmy idealnie na bezpośredni pociąg, a ja byłam bardzo szczęśliwa i czytałam szkic ojca o Popie — rzecz dowcipną i błyskotliwą, w której nie ma ani jednego martwego zdania. Naprawdę nie wiem, kiedy miałam tak cudowne urodziny — na pewno nigdy od czasów dzieciństwa. Siedząc nad herbatą, podjęliśmy trzy postanowienia: po pierwsze, żeby wziąć, jeśli to tylko możliwe, Hogarth House; po drugie, kupić prasę drukarską; po trzecie, kupić buldoga, który będzie się prawdopodobnie nazywał John. Jestem bardzo przejęta wszystkimi trzema projektami — a szczególnie prasą drukarską. Dostałam także paczuszkę słodyczy na drogę do domu.
Virginia Woolf, Chwile wolności: Dziennik 1915-1941, oprac. Anne Olivier Bell, tłum. Magda Heydel, Wydawnictwo Literackie 2007, s. 25-26.

wtorek, 24 stycznia 2012

Odcinek 216: Jerzy Wittlin, 1983 rok

Dziennik Jerzego Wittlina 

24 stycznia 1983 roku
Okładka Playboya, luty 1968 roku.
[...] Wracam do pornografii, w ilościach homeopatycznych przywożonej na Międzynarodowe Targi Książki do Warszawy. Trzymana w gablotach, pod szkłem, znikała nie później niż kilka godzin po wystawieniu, wynoszona prawdopodobnie   przez tych,   którzy  mieli jej  pilnować. Obfite  żniwo tej  literatury zbierają  celnicy na  granicy. A ponieważ nikt ze strachu nie domaga się od nich pokwitowania za te książki, broszury i pisma, trafiały one do obiegu między ludzi z „kół urzędowych”. Ludzie za tą lekturą tęsknią. I w tej dziedzinie byt kształtuje świadomość. Przywiezienie „świerszczyka” (jak się to popularnie nazywa) szefowi leży w dobrym tonie, i jeśli tylko „świerszczyki” te szefa wciągają, stanowią dla ofiarodawcy dobrą zapowiedź następnego wyjazdu!
W kiosku pełnym „świerszczyków” na bulwarze Clichy, w Paryżu, na rogu jednej z przecznic idących pod górę w stronę Sacré-Cœur, w kłębiącym. się tłumie sami Polacy i obywatele z krajów z nami zaprzyjaźnionych, sklepy prowadzone przez rodaków, którzy wyjechali niegdyś z kraju serdecznie zachęcani do tego przez władze, W Wiedniu przy Südbahnhofie, w Kopenhadze nie opodal portu, w Hamburgu (słynny Moszkowicz) obok tekstyliów, butów i zapalniczek trzymają szeroki asortyment tych właśnie męskich zabawek i lektur. Jest na to zbyt, więc trzymają: ołówki ze striptizem i przeźroczami jak żywymi. Ołówki, z których wyciągnąć można z boku bogato zdobiony pornofotografiami notatnik telefoniczny, książki i albumiki porno, nie mówiąc już o rozmaitych kremach, hiszpańskiej muszce i pigułkach na potencję, rzęsach z bawolego oka, prezerwatywach z fantazyjnie pomyślanymi rajcerami itd. — wszystko na sprzedaż! Do kraju, w którym przeźrocza w długopisie przedstawiają jedynie cztery konterfekty z obozu śmierci w Oświęcimiu... Nie, to nie żaden żart. Mam taki długopis w swojej szufladzie, wyprodukowany najpewniej przez jakiegoś miejscowego remiechę! „Souvenir de Auschwitz!”.
Jerzy Wittlin, Pójdź ze mną!, Wydawnictwo Literackie 1987, s. 124-125.

poniedziałek, 23 stycznia 2012

Odcinek 215: Maria Kasprowiczowa, 1924 rok

Z dziennika Marii Kasprowiczowej

23 stycznia 1924 roku
Harenda. Zdjęcie z 1926 roku.
O naszej Harendzie (nazwa przysiółka, gdzie stoi nasz dom) mogę pisać tylko ze szczerym wzruszeniem i miłością. Kocham w niej wszystko. Gdy budzę się rano i otwieram oczy, widzę przez okno promienisty grzebień Tatr. Mam wrażenie, że zawiśliśmy gdzieś w powietrzu nad tą całą panoramą. Lubię popołudnie, spędzone na serdecznej rozmowie, w miłych, ciepłych pokojach. Na kominku potrzaskuje ogień, ktoś gra na fisharmonii. Nikt już nie rozmawia...
Księżycowe noce na Harendzie... Mam wrażenie, że się nigdy nie kończą. Zaledwie zgasł jeden księżyc, już się pojawia nowy. Błękit zagląda przez okna pomimo zapalonych lamp. Kiedy gwiazdy zostają same na czarnym niebie, zdają się tańczyć z radości, że nikt nie przyćmiewa ich blasku.
Powątpiewają, czy wytrzymam na tym „pustkowiu” — tak zupełnie poza życiem... Uśmiecham się najlepszym swoim uśmiechem, bo wiem, że życie jest we mnie samej, że pali się we mnie jak światło.
Lecz bywają dnie, kiedy i na Harendę spadają mocne, halne wiatry, spadają z szumem tysiąca skrzydeł, wstrząsając całym domem. Usiłują wstrząsnąć i duszami mieszkańców.
Tu niemożliwe jest żyć życiem realnym.
Patrzę na te ściany. Chciałabym przeniknąć tajemnicę, która w nich jest ukryta. Tajemnicę przyszłości — powodzeń czy klęsk? Dla poprzedniej właścicielki tego domu — Angielki, stał się on powodem wielu zgryzot, całego szeregu nieszczęść. Sprowadziłam się tu z lękiem. Czy nie pozostały w tych ścianach złe czary? Czy nie zaczną oddziaływać i na nasze życie? Jednak przestąpiłam próg tego domu z wiarą, że złe czary zwalczę wolą, która umie kierować życiem.
Widziałam już w marzeniach chwilę, kiedy Harenda stanie się przytułkiem i schronieniem nie tylko naszym, lecz wielu bezdomnych, zmęczonych i potrzebujących spokoju.
Maria Kasprowiczowa
(siedzi pierwsza z prawej)
w otoczeniu gości przed Harendą.
Zrobiło się gwarno i wesoło w naszym domu. Podczas świąt było  pełno  gości.  Na imieniny  Janka  zaprosiliśmy  przyjaciół naszych, górali z Poronina: Gutową z synami, Galów i innych. Janek  bał  się  trochę,  że  mieszane  towarzystwo   (było   sporo gości  z  Zakopanego)  będzie  się  wzajemnie  krępowało.  Tymczasem poszło wszystko jak najlepiej. Gutową opowiadała swym barwnym językiem różne wspomnienia. Przyszli potem nieproszeni gazdowie z Harendy „ograć” Janka, zaprosiliśmy ich na wódkę. Zostali i grali do późnej nocy. Zwinięto dywany i zaczęły się tańce, jak na góralskim weselu. W przerwach Gutowie, najlepsi śpiewacy w Poroninie, śpiewali stare góralskie pieśni. Podczas świąt i po świętach dużo ludzi ze wszystkich stron Polski przewinęło się przez nasz dom. Każdy jest ciekaw zobaczyć nową siedzibę Kasprowicza.
Maria Kasprowiczowa, Dziennik, Instytut Wydawniczy PAX 1958, s. 356-357.

niedziela, 22 stycznia 2012

Odcinek 214: George Sand, 1839 rok

List George Sand do przyjaciółki, Charlotty Marliani

Valldemosa, 22 stycznia 1839 roku
George Sand.
[...] Piszę do Pani z mojej pustelni w Valldemosie, gdzie prowadzę żywot zasiedziały, zajmując się za dnia dziećmi, w nocy własną pracą. Nie odstępuje mnie przy tym świergot fortepianu Chopina, pracującego swoim zwykłym pięknym trybem, ku zdumieniu nasłuchujących ścian celi.
Jedyne godne uwagi wydarzenie od ostatniego listu to przybycie tak upragnionego pianina! Po dwóch tygodniach starań i oczekiwań udało nam się wydobyć je od celników, płacąc trzysta franków cła. Ładny kraj! Wylądowało wreszcie bezpiecznie, radując sklepienia klasztoru. Nie profanuje tego podziw głupców: nie widujemy tu żywej duszy.
Nasze odosobnienie w górach, o trzy mile od miasta, uwolniło nas od uprzejmości próżniaków.
Mieliśmy jednak wizytę j e d y n ą, i to z Paryża! Był to znajomy Chopina p. Dembowski, pół Włoch, pół Polak, który podaje się za kuzyna Marlianiego, nie wiem, w jakim stopniu. Jest to wzorowy podróżnik, chodzi pieszo, nocuje byle gdzie, nie troszczy się o skorpiony i towarzystwo, zajada paprykę i słoninę pospołu ze swoim przewodnikiem. Należy wreszcie do tych ludzi, którym życzyć można śmiało: Miłej zabawy!
Byłabym w prawdziwym kłopocie, gdybym miała Pani powiedzieć, ile tu jeszcze czasu spędzimy. Zależeć to będzie trochę od stanu zdrowia Chopina, który jest lepszy od ostatniego listu, ale wciąż jeszcze wymaga łagodnego klimatu. Wpływ jego nie daje się odczuć tak szybko przy równie zrujnowanym zdrowiu. Co do Maurycego, poprawa nastąpiła od razu. Od chwili, kiedy postawił nogę na śródziemnomorskiej ziemi, coraz bardziej nabiera sił i uważam, że wygrzebał się ze swoich kłopotów. Bogu niech będą dzięki! Solange jest niewzruszoną opoką zdrowia, jej charakter się poprawia, mimo strasznych złoży krnąbrności i porywczości, ale taka, jaką ją teraz widzę, wydaje mi się czarująca. [...] Jest gotowy pakiet z rękopisami muzycznymi, Grzymała ma opłacić porto.
Chopin ściele się Pani do nóg. [...]
Valldemossa na Majorce.
Korespondencja Fryderyka Chopina z George Sand i z jej dziećmi, red. Zbigniew Skowron, tłum. Julia Hartwig i Zofia Jędrzejewska-Waszczuk, Narodowy Instytut Fryderyka Chopina i Państwowy Instytut Wydawniczy 2010, s. 272.

sobota, 21 stycznia 2012

Odcinek 213: George Byron, 1821 rok

Z dziennika George'a Byrona

21 stycznia 1821 roku
George Byron w stroju albańskim.
Piękny, pogodny, mroźny dzień — to znaczy włoski mróz, u nich bowiem zima rzadko wykracza poza śnieg, toteż nikt tu nie umie ślizgać się na łyżwach — to należy do holenderskich i angielskich umiejętności. Jeździłem konno jak zwykle i strzelałem z pistoletów. Strzelałem dobrze — w czterech strzałach z dwunastu kroków ze zwyczajnej pary pistoletów przy nie najlepszym prochu rozbiłem cztery zwyczajne i raczej niewielkie butelki. Strzelałem prawie równie dobrze ze strzelby jak i pistoletu — biorąc pod uwagę różnicę prochu i pistoletów — jak w 1809, 1810, 1811, 1812, 1813, 1814, kiedy to trafiałem w laski, naklejki, monety, a nawet z dwunastu kroków do gałki laski pojedynczą kulą — i to wszystko oko i kalkulacja, nie mam bowiem spokojnej ręki i zmienia się przy każdej pogodzie. Prawdziwość tej notatki mogą poświadczyć Joe Manton i inni; pierwszy uczył mnie, a inni widzieli, jak dokonywałem tych wyczynów.
Jadłem obiad, składałem wizytę, wróciłem do domu — czytałem. Zwróciłem uwagę na anegdotę w Correspondence Grimma następującej treści: „Regnard i większość poetów komicznych byli to ludzie melancholiczni i śledziennicy; i np. pan Voltaire, który jest bardzo wesoły, pisał tylko tragedie, a żartobliwa komedia jest jedynym gatunkiem literackim, w którym mu się nie powiodło. Rzecz w tym, że ten, kto śmieje się i ten, kto śmieszy innych, to dwaj ludzie zupełnie różni”. t. VI.
Czuję się w tej chwili bardziej tetryczny aniżeli najlepszy z ich komediopisarzy (nawet bardziej aniżeli sam Regnard, który obok Moliera jest autorem kilku najlepszych komedii, jakie zostały napisane w jakimkolwiek języku i który podobno popełnił samobójstwo) i nie jestem w odpowiednim nastroju, by kontynuować zamierzoną tragedię o Sardanapalu. Już od kilku dni przestałem ją pisać.
Jutro moje urodziny — to znaczy o godzinie dwunastej, o północy, a więc za dwanaście minut kończę trzydziesty trzeci rok życia!!! Udaję się na spoczynek z ciężkim sercem — żyłem tak długo i z tak małym pożytkiem.
Jest teraz trzy minuty po dwunastej. „Północ wybiła na zegarze zamku”, a ja mam trzydzieści trzy lata!
Oj, lecą latka, Posthumie drogi,
I nie pomoże czcić wielkie bogi -
(z Horacego, tłum. Jan Czubek)
Nie żałuję tak bardzo tego, co zrobiłem, jak tego, co mogłem zrobić.
Przez nudę życia, brudy i grzech
Jam do trzydziestu dowlókł się i trzech.
I cóż ta droga zostawiła mi?
Nic — jeno owe trzydzieści i trzy.
(tłum. Czesław Jastrzębiec Kozłowski)
George Byron, Listy i pamiętniki, tłum. Z. Kubiak, S. Kryński, B. Zieliński, H. Krzeczkowski, M. Skroczyńska, Państwowy Instytut Wydawniczy 1960, s. 521-522.

piątek, 20 stycznia 2012

Odcinek 212: Antoni Słonimski, 1924 rok

Antoni Słonimski, Recenzja „Damy do towarzystwa” Picarda  i   Laveline'a

20 stycznia 1924 roku
Teatr Komedia: „Dama do towarzystwa”, komedia w   3   aktach   Picarda   i   Laveline'a;  reżyseria Jan Janusz
Antoni Słonimski.
O tego rodzaju świństwach nie należy w ogóle pisać, zwłaszcza gdy stoi się na zajętym przeze mnie stanowisku negowania rzeczy nieliterackich w teatrze. Wyjątkowa jednak płaskość i trywialność „Damy do towarzystwa” usprawiedliwia tych słów parę.
Po scenie włóczy się nuda i kiepscy aktorzy. Kobiety rozbierają się i łażą nagie. Na scenie widzimy łóżko, w łóżku widzimy kobietę i jej amanta, a reszty nie widzimy, bo światło gaśnie w samą porę. Komedia ta przypomina filmy naukowe w rodzaju „Nasze rzeżączki” lub „Cuda Steinacha”.
Pikanterią Picarda jest odwrócenie normalnego stanu rzeczy. Wszystkie farsy francuskie oparte są na zdrowej zasadzie, że kobiety „lubieją mieć stosunek”. Bohaterka Picarda po prostu zwyczajnie nie lubi.
Jeszcze parę takich sztuk — a wszystkim to obrzydnie. Już i tak coraz częściej słyszy się głosy szczerego sprzeciwu ze strony zarówno mężczyzn, jak i kobiet — a nawet młodzieży.
Antoni Słonimski, Gwałt na Melpomenie, t. I, Czytelnik 1959, s. 12.

czwartek, 19 stycznia 2012

Odcinek 211: Maria Kalergi, 1844 rok

List Marii Kalergi do Adama Potockiego
Warszawa, 19 stycznia 1844 roku
Maria Kalergi,
rys. Cyprian Kamil Norwid,
1845 rok.
Czymże mogłabym skuteczniej wypełnić tę olbrzymią pustkę Twojej nieobecności, Adamie drogi, niż dowodem mojej epistolarnej akuratności, a równocześnie zbliżeniem się do Ciebie na chwilę. Nie możesz sobie nawet wyobrazić, jak ogromny smutek ogarnął mnie nazajutrz po Twoim wyjeździe, gdy rozpoczął się ten tak długi dzień, w którym oddalałeś się coraz bardziej od Warszawy. Twoja obecność dodała mi sił, a oto znów zapadam w dół; wprawdzie już nie tak nisko jak przed Twoim przybyciem, gdyż wydaje mi się, że łączące nas więzy przyjaźni są teraz mocniejsze. Nieprawdaż, drogi mój, nie odbierzesz mi tego kojącego przeświadczenia? [...] Byłam zrozpaczona sądząc, że nie umiem już zdobyć się na żadne dobre uczucia, opanowywał mnie coraz większy egoizm, ale gdy ujrzałam, że Ty także jesteś smutny i do tego cierpiący – moja dusza powróciła do Ciebie, bo przecież do Ciebie całkowicie należała. Adamie drogi, znów się lękam, że za bardzo Cię kocham i że męczę Cię tą miłością, która wyraża się w cierpieniu; muszę od nowa staczać ze sobą walki, z których nie zawsze wychodzę zwycięsko. Wprawdzie jestem bardzo słabą istotą, ale skąd wziąć siły, skoro są bezustannie zużywane na niepotrzebne i męczące walki, których końca nie sposób przewidzieć? [...]
Drogi Adamie, zwracam się do Ciebie z prośbą, powtarzaną tak często i tak bezskutecznie – dbaj o siebie więcej niż dotąd. Zdrowie Twoje ucierpiało, bo nie dbasz o nie. Wierzaj mi, iż w takim zaniedbywaniu siebie nie ma nic pięknego. Nie są to żadne dowody stoicyzmu, a przeciwnie, uniemożliwiasz sobie okazanie hartu ducha, wtedy gdy będzie potrzebny. Niszczysz się nerwowo, moralnie i fizycznie. Jakże beznadziejną gotujesz sobie egzystencję, której trwanie nie będzie przecież ani o godzinę skrócone, jakże straszne troski sprowadzasz na tych, którzy Cię kochają i których jesteś całą nadzieją. Gdybym tak śmiała prosić Cię o przyrzeczenie w sprawie Twojego trybu życia? ale nie śmiem i domyślasz się dlaczego – przyrzekłbyś, bo chciałbyś mi dać szczery dowód przyjaźni, na której zależy mi więcej niż na czymkolwiek innym.
Żegnaj, Adamie – czy przeczytasz mój list do samego końca? Piszę go powtarzając Ci po tysiąc razy, jak bardzo Cię kocham.
Przepraszam za dywanik, nie był dotąd podszyty, bo moje urocze pokojówki zapomniały to zrobić i stąd taka zwłoka z wysłaniem Ci go.
Maria Kalergi, Listy do Adama Potockiego, tłum. Halina Kenarowa, Róża Drojecka, Państwowy Instytut Wydawniczy 1986, s. 135–137.

środa, 18 stycznia 2012

Odcinek 210: George Bernard Shaw, 1898 rok.

List George'a Bernarda Shaw do aktorki Ellen Terry

18 stycznia 1898 roku. 29 Fitzroy Square, W.
Ellen Terry, zdjęcie z 1886 roku.
Na miłość boską, moja najdroższa droga Ellen, nie mów mi o sobie takich potwornych rzeczy. Co to za nowy i przerażający wymysł, ta „newralgia podniebienia”? Na samą myśl o tym czuję, jak mi się wnętrzności przewracają. Newralgia oznacza w zasadzie niedostateczne odżywienie, chyba że jest ustrojowa i można ją uznać za wariant podagry albo astmy, albo omdleń. Prawdopodobnie ma Pani za mało ruchu fizycznego, który wyostrza zdolności asymilacyjne organizmu. Powinna Pani przyjąć moje ramię i pozwolić się codziennie oprowadzać po ulicach dwie albo trzy mile. Dawniej p. P. T. miewała silne newralgie, teraz ma je bardzo rzadko. Na spacerach ze mną zatrzymywała się co pięć minut i dostawała palpitacji, i mówiła, że nie powinienem chodzić z szybkością ekspresu. Teraz sadzi w podskokach i galopuje ze mną nie mrugnąwszy powieką. Webbowie wybierają się w marcu w podróż dookoła świata, na co ja nie mogę sobie pozwolić. Namawiają ją, żeby z nimi pojechała. Jeśli pojedzie, nie będzie jej przez blisko rok. Akurat dość czasu na nową przygodę miłosną. Czy wzięłaby mnie Pani w dzierżawę na tak krótki termin — moja atrakcyjność utrzyma się prawie przez cały ten czas? Nie wyobraża Pani sobie, jak rozkoszne katusze przeżywa kobieta we mnie zakochana: moja zdolność ranienia kobiet jest zdumiewająca, a intencje mam przecież zawsze dobre. [...]
G. B. S.
Listy Ellen Terry i Bernarda Shaw, oprac. Christopher St. John, tłum. Krystyna Tarnowska, Państwowy Instytut Wydawniczy 1981, s. 320-321.

wtorek, 17 stycznia 2012

Odcinek 209: Wyzwolenie Warszawy, 1945 rok


Legenda do filmu:
1:21 Widok Starego Miasta
1:33 Most Kierbedzia i ulica Nowy Zjazd, z prawej ogrody zamkowe z Arkadami Kubickiego, Pałac Pod Blachą i ruiny Zamku
2:18 Stare Miasto
2:44 Katedra św. Jana i Rynek Staromiejski
3:36 Plac Krasińskich
3:50 Ruiny getta
4:17 Ruiny Pawiaka i kościół św. Augustyna
4:50 Widok Starego Miasta
5:17 Ulica Miodowa, na rogu Miodowej i Długiej kościół garnizonowy
5:40 Powiśle
5:58 Ślimak ulicy Karowej

poniedziałek, 16 stycznia 2012

Odcinek 208, Marian Brandys, 1977 rok

Z dziennika Mariana Brandysa

Warszawa, niedziela 16 stycznia 1977 roku
Halina Mikołajska jako pani Raniewska
w Wiśniowym sadzie Czechowa,
Teatr Współczesny, 1976 rok.
Po wczorajszym spektaklu [Wiśniowego sadu z udziałem Haliny Mikołajskiej w Teatrze Współczesnym]  znowu owacja. Znowu biało-czerwone kwiaty – tym razem wręczone przez młodziutkiego chłopca, którego podprowadził do sceny ojciec.
Dziś, pomimo względnego spokoju, jeśli chodzi o telefony i pocztę, nastrój w domu niedobry. Tośka rano zniknęła z domu i nie daje żadnego znaku życia. Niepokoimy się o nią, niepokoimy się o tych aresztowanych młodych ludzi. Halinę poraża myśl, że ma jeszcze przed sobą do przebycia kilkanaście przedstawień.
Po wyjściu Haliny do teatru odbieram anonimowy telefon. Ale nie ubecki. Głos prostego człowieka, mówiącego od siebie, z trudem, z zacięciami, bez tej obrzydliwej wyuczonej gładkości. Chce w imieniu swoim i kolegów wyrazić serdeczną solidarność, „żeby pani Halina wiedziała, że nie jest sama”. I na koniec niespokojne pytanie: „Ale pani Halina na razie zdrowa?”
Jestem już tak rozklejony, że podobne telefony wzruszają mnie do łez. Wydawało się, że już wszystko jest ostatecznie zgnojone, a tymczasem – pomimo straszenia, podsłuchów, oszczerczej propagandy – ze wszystkich stron dociera do nas tyle wspaniałych głosów. Znowu jestem dumny z tego, że mam prawo nazywać się Polakiem. [...]
Dzwonek u drzwi. Starsza, prosta kobieta do Haliny. Nie chce powiedzieć w jakiej sprawie, wskazuje tylko znacząco palcem na grubą kartonową teczkę wypchaną papierami, którą miała w siatce. Halina odbywa z nią dwugodzinną rozmowę. Babka jest najwyraźniej niezupełnie normalna, ale ma po temu powody. Z jej chaotycznego opowiadania wyłania się tragiczny życiorys polski. Sześć lat spędziła na Sybirze za to, że nie pozwoliła sobie wpisać do dowodu osobistego obywatelstwa radzieckiego. Teraz ma manię prześladowczą, że dybie na jej życie dozorca domu, „brat pułkownika z Rakowieckiej”. Mówi do Haliny: „Za to, co pani robi, to mogę pani klatkę schodową wyszorować”. Halina z trudem się jej pozbywa. I znowu niepewność: czy cała ta wizyta jest „prawdziwa”, czy kryje się za nią jakaś prowokacja? A jeżeli to drugie, to w jakim celu?
Jakby na poparcie wątpliwości – nowy telefon: „Czy mieszkanie pani Mikołajewskiej?” „Nie, Mikołajskiej”. „Tak, przepraszam, Mikołajskiej. Czy można prosić?” „Nie ma jej w domu”. „Pewnie w teatrze?” „A w jakiej sprawie?” „Proszę powtórzyć, że dopiero teraz dowiedziałem się o przykrościach, szczerze współczuję, my wszy­scy ją popieramy”.
Ale głos jakiś nieprzyjemny. I nie wiadomo dlaczego, kojarzy się to z niedawną wizytą „Sybiraczki”. Znowu pachnie jakąś akcją „wydziału rozrywkowego”. Boże, jak łatwo jest zwariować w tym świecie podsłuchujących ścian i kłamiących telefonów. Znowu rozhulała mi się wyobraźnia i dręczony niepokojem wyczekuję powrotu Haliny z teatru. [...]
Marian Brandys, Dziennik 1976–1977, Iskry 1996, s. 76–77.

niedziela, 15 stycznia 2012

Odcinek 207: Władysław Reymont, 1900 rok

List Władysława Reymonta do brata, Franciszka
Zakopane, 15 stycznia 1900 roku. Willa „Szałas.
Zakopane, Krupówki. Koniec XIX wieku.
Mój Drogi!
Daruj, że nie natychmiast po przyjeździe do Zakopanego piszę do Ciebie. Musiałem się nieco rozejrzeć, no i trochę zaaklimatyzować.
Wiesz, mocno żałowałem, że nie zostałem u Was na noc, bo musiałem nocować w Trzebini, w sali pasażerskiej, gdyż ta miła miejscowość nie posiada nawet karczmy, a z pośpiesznego w nowym rozkładzie nie ma połączenia z Krakowem, aż dopiero rano o piątej. Kasjer piotrkowski powinien był wiedzieć o tym i biletu bezpośredniego nie sprzedawać! Kląłem go też serdecznie — była to jedyna przyjemność tej nocy, nie przespanej z jego łaski.
W Krakowie siedziałem trzy dni, bo miałem trochę interesów. A już cały okrągły tydzień jestem w Zakopanem.
Wyobraź sobie długą dolinę, pogiętą, pofałdowaną, wzgórzaną, pokrytą miejscami lasami, pociętą strumieniami, które z szumem spadają z gór, a dookoła ze wszystkich stron łańcuch, wał gór potężnych o nagich szczytach, tak wzniosłych, że tylko podczas bardzo pogodnych dni są widoczne. To jest Zakopane.
Dodaj do tego ogromny śnieg, mróz 15-stopniowy i słońce całe dnie, i ani jednego podmuchu wiatru — to Ci da pojęcie, że jest tutaj wprost cudownie.
Dolina długa jest coś wiorst dziesięć, a szeroka ze dwie. Na tej przestrzeni porozrzucane domy i wille, wszystkie drewniane i wszystkie mniej więcej w stylu zakopiańskim. Nigdzie wewnątrz nie ma obić ani tynków, bo wszystkie ściany wewnętrzne, wszystkie meble są z desek sosnowych pociąganych pokostem. Robi to wrażenie bud zbitych tymczasowo, ale jest pono bardzo higienicznym, bo łatwo daje się myć i dezynfekować.
Ja mieszkam  prawie na końcu Zakopanego.  Płacę około 100 guldenów — za wszystko. Ale jeść dają bardzo porządnie i obficie. Osób zimujących tutaj jest coś koło 600. Juści, że w tym trzy czwarte chorych, którzy leżą na otwartym powietrzu na werendach po dniach całych.
A że tutejsze powietrze robi dobrze, czuję to już i na sobie. Juści, że chodzi się spać o 10, a wstaje się o 8 rano, że się nie pija piwa ani wódki, że tytuń jest zabroniony w moim „Szałasie, że codziennie po obiedzie idę na włóczęgę kilkugodzinną na stoki gór i do lasów zasypanych śniegiem.
Ale dość o mnie.
Co u Ciebie?
Jakże z tym miejscem w Towarzystwie?
Czy byłeś u Ojca?
Napisz obszernie o wszystkim, masz teraz czasu dosyć.
Całuję Cię wraz z Żoną serdecznie, p. Kępińskim i p. Br[onisławie] serdeczne pozdrowienia i ukłony.
Twój Wł. St. R.
Zakopane. Rodzina Jarząbków z ulicy Kasprusie, 1902 rok.
Władysław St. Reymont, Listy do rodziny, oprac. Tomasz Jodełka-Burzecki i Barbara Kocówna, Państwowy Instytut Wydawniczy 1975, s. 122-123.

sobota, 14 stycznia 2012

Odcinek 206: Maria Ginter, 1941 rok

Z notatek więziennych Marii Ginter z d. Zieleniewskiej

Warszawa, więzienie Pawiak, 14 stycznia 1941 roku
Rano zemdlała Helenka. Zabrano ją do szpitala. Potem przyszły do nas dwie nowe. Jedna młodziutka, bardzo ładna szatynka, o dużych brązowych oczach. Poczułam do niej od razu sympatię. Ledwo zdążyłam się dowiedzieć, że nazywa się Danusia Terlikowska i siedzi za broń, gdy wpadło dwóch Niemców. Kazali natychmiast opuścić wszystkim celę. Nigdy nie było wiadomo, o co chodzi. Na własną intuicję trzeba było decydować, czy zakazane rzeczy schować w sienniku, czy gdzieś przy sobie. Tym razem moje „skarby” – ołówek, notatki, papierosy i karty – wsadziłam pod bluzkę. Gdy już wszystkie znalazły się na korytarzu, Niemcy odczytali listę i parę kobiet odseparowali na bok. Ogólne zaniepokojenie! Nikt nie wiedział, czy to na wolność, czy na transport. Tymczasem umieszczono je w dwunastce. Resztę komisarka kolejno rozmieszczała po innych celach. Danusię i mnie, jako nieletnie, przydzieliła do celi młodocianych nr 25, na oddział I. Byłyśmy z tego bardzo zadowolone. Przyjemniej jest siedzieć w towarzystwie młodych.
Więzienie Pawiak, fot. z 1906 roku.
W nowej celi czułam się już starą „mamraczką”. Postanowiłam zadomowić się wygodnie. Po transporcie nie było już tłoku. Mieszkanki młodocianej celi przyjęły nas bardzo mile. Zajęłyśmy z Danusią dwie prycze obok siebie, w kąciku, i rozmawiałyśmy do późnej nocy. Od pierwszej chwili nabrałyśmy do siebie zaufania i opowiedziałyśmy sobie własne dzieje konspiracji i aresztowania. Wtajemniczyłam Danusię w sposoby kontaktowania się z wolnością, otrzymywania grypsów i wałówek, poruszania się po więzieniu i ułatwiania sobie życia. Zawarłyśmy sztamę, tak zwaną „więzienną wspólnotę”. Oznaczało to dzielenie się wszystkim, co się zdobędzie, nie wyłączając kostki cukru czy papierosa.
Maria Zieleniewska-Ginterowa, Z pobytu w celi małoletnich, w: Wspomnienia więźniów Pawiaka, Ludowa Spółdzielnia Wydawnicza 1978, s. 192.

piątek, 13 stycznia 2012

Odcinek 205: Henryk Grynberg, 1982 rok

Z pamiętnika Henryka Grynberga

Arlington, 13 stycznia 1982 roku
Wyciąganie wraku samolotu Air Florida z rzeki.
Gdy w powietrzu pojawiają się płatki śniegu, Waszyngton wpada w popłoch i wysyła cały nieesencjonalny (nonessential) personel do domu. Wszyscy spieszą do aut, żeby jak najprędzej się wydostać z miasta, jakby to był alarm nuklearny, chemiczny czy bakteriologiczny. Tak też było dziś między trzecią a czwartą, ale mnie – choć nie lubię biura – tym razem jakoś nie ciągnęło do domu. Dogryzłem banana, dopiłem herbatę, doczytałem gazetę i dopiero potem powolnym krokiem poszedłem do samochodu. Wyjeżdżam z parkingu, skręcam w stronę międzystanowej drogi 395, która biegnie przez most do Wirginii, i widzę, że wjazd jest zapchany samochodami, które nie posuwają się do przodu, lecz zawracają. Zawracam więc i jadę do mostu Roosevelta. Też zapchany, ale nikt nie zawraca. Włączam radio, ale zamiast muzyki słyszę gorączkowe komunikaty. I nie o śniegu, tylko o moście na drodze 395, o który zawadził samolot po starcie z National Airport i zginęło 78 osób, włącznie z tymi, co jechali przez most, gdy ja dojadałem banana, dopijałem herbatę i doczytywałem gazetę.
Henryk Grynberg, Pamiętnik, Świat Książki 2011, s. 270.

czwartek, 12 stycznia 2012

Odcinek 204: Gabriela Zapolska, 1895 rok

List Gabrieli Zapolskiej do Stefana Laurysiewicza

Paryż, 12 stycznia 1895 roku
Gabriela Zapolska.
Dziś powróciwszy z Mantes od Winawerów dostałam Twój list z opłatkiem, mój dobry Stefku. Nie sądź, że zapomniałam o Tobie w święta. Napisałam do Ciebie list, ale podarłam go. Wydał mi się zimny, sztywny i banalny. Pomyślałam, że lepiej, ażebyś żadnego nie dostał niż taki w dniu Wigilii.
Nie wiem, czy wiesz o tym, że ja jestem bardzo ciężko chora. Mam wrzody w żołądku i 3 miesiące nie biorę nic w usta, prócz lodu i zimnego mleka. Żołądek mój nic nie trawi, nawet lekarstw nie znosi. Leżę przeważnie. Ostatnio już było tak źle, iż nawet mleko z krwią zwracać zaczęłam. Poradzono mi pojechać na kilka dni na wieś. Poczciwi Winawerowie zabrali mnie do siebie do Mantes. Tam spędziłam Nowy Rok, siedząc w szlafroku i patrząc, jak inni jedzą, piją, śmieją się i grają w karty. O dziewiątej Winawerowa kładła mnie spać jak dziecko. [...] Nie poznałbyś mnie teraz, to pewno! Jestem szczupłą zupełnie i coraz się więcej zbliżam do tej mojej wychudzonej fotografii, którą mam sprzed laty dwunastu. [...]
Liczę dnie do wyjazdu. Dziś, jutro, rada bym znaleźć się pomiędzy Wami. Naturalnie, uciekać chętnie będę. Ale czasem tęsknota mnie porywa. Tak bardzo chciałabym być na Nowym Świecie i zobaczyć Ujazdowskie Aleje! [...]
W Paryżu można znaleźć serca, tylko my nie żyliśmy z Francuzami. [...] A przy tym ten spokój, to odosobnienie, czy to za nic się nie liczy? Czy to nie wszystko, wtedy gdy. potrzeba i nerwy mieć wolne od szarpania się w towarzyskich pętach, i czas konieczny do pracy. W Warszawie życie moje jest point de cuire [punktem zapalnym] wszystkich plotkarzy i próżniaków. Zajdę do restauracji i zjem porcję pieczeni, nazajutrz rano bieży wieść, iż Zap[olska] była w knajpie, upiła się i zażądała szampana do wymoczenia obcasów od bucików. (Autentyczna plotka.)
Tu tego nie mam. [...] Przeniosłam się na Montmartre i oprócz kilku osób, które sobie wybrałam, z nikim nie żyję. Mam kilku Francuzów znajomych, malarzy, rzeźbiarzy, dziennikarzy, ci przychodzą na śniadania albo na obiady, gawędzimy o wszystkim, ja się uczę, kształcę, umysł mój się rozwija i powoli przygotowuje się do pisania po francusku.
Co mi w zamian da Warszawa? Moc nienawiści, zazdrości kobiet, podłości mężczyzn, głupoty i zacofania. Obczernią mnie, obrzucą jadem prywatne moje życie, wytępią talent siłą, bo widzisz, ja teraz już nie umiałabym się z nikim borykać i brać za bary, jak dawniej. A tak, pluję na to, co o mnie tam mówią, nie wiem. Nie chcę wiedzieć. Piszę, pracuję cicho, z daleka. To wystarcza.
Przyjechać jednak muszę i przyjadę. Sam doktor nawet mówi, że to dużo dopomoże do mego wyzdrowienia.
Co do futra, nie kłopocz się nim. Nie wychodzę nigdzie, nie mogłabym go nawet włożyć. Chciałam Cię prosić o samowar, ale Makowska przysłała mi na kolędę prześliczny, ogromny samowar.
Oto, co chciałabym mieć: świecznik żydowski, wiesz, taki jak w bożnicach wisi, mosiężny, nieduży, bo moja sala jadalna niewielka. A! gdybyś mi taką uciechę sprawił, byłabym Ci serdecznie wdzięczna. [...]
Co Ci więcej powiem? Chyba to, że śnieg tutaj (gość rzadki), że Ohnet będzie wybrany do Akademii, że wchodzę w polemikę ze Strindbergiem w „Revue Blanche” i że zawsze miałam rację mówiąc, iż kobiety nie powinny być doktorami. Stefka Feinki[nd] przez pięć miesięcy mnie leczyła wprost przeciwnie i ze zwykłej gastrite zrobiła wrzody, takie szkodliwe lekarstwa idiotycznie mi dawała. Teraz mężczyźni muszą odrabiać to, co baba blagierka zepsuła.
Serdecznie Cię pozdrawiam. Przyślij mi ten świecznik! Sprawisz mi uciechę. I napisz długo i serdecznie, bez gniewu i urazy.
Najszczerzej Ci życzliwa
Zap
Gabriela Zapolska, Listy, t. 1, oprac. Stefania Linowska, Państwowy Instytut Wydawniczy 1970, s. 472–474.

środa, 11 stycznia 2012

Odcinek 203: Zygmunt Dreszer, 1936 rok

Dziennik podróży do Afryki Zachodniej Zygmunta Dreszera


11 stycznia 1936 roku
Latająca ryba.
Dzień dziś jakby po to, abyśmy odpoczęli po palących promieniach słonecznych: cichy prawie zupełnie, a pochmurny. W nocy „wiatr zdechł (jak to mówi się na naszych jachtach), spadła bardzo obfita rosa, tak że pokład i mostek robiły wrażenie umoczonych przez duży deszcz. Ranek przyniósł nam wiatr z W., lekką martwą falę i chmury.
[...] Dziś pierwszy raz pojawiły się latające ryby. Ślinka do ust ciekła rozmaitym smakoszom z załogi i nie-załogi na widok ciemnego, wrzecionowatego ciała, unoszącego się z wody na skrzydłach ważki, przebiegającego kilkanaście metrów w powietrzu i wpadającego do morza, jak torpeda. Dziwne wrażenie wywierają te stwory: zbyt są duże i ciężkie, aby były owadami, i wprost nie chce się wierzyć oczom, że to ryby. Ale nawet przy dzisiejszem, niezbyt bogatem świetle, skrzydełka tych ryb mienią się cudownie.
Ukazało się ich kilkanaście sztuk. Na widok statku skrupulatnie skręcały w bok lub rzucały się do wody. Do czarnego potwora, sunącego szybko po powierzchni morza, nie miały zaufania. Zresztą tak samo delfiny trzymają ale z dala od nas, a nawet rekin, który pokazał się dziś, uznał za stosowne nie zbliżać się do statku. Towarzyszą nam stale tylko rdzawe mewy, no i specjalny gatunek małych mewek, przypominających w locie jaskółki. Mają to być podobno „Sturmvögel — ptaki wieszczące burze. My się tem specjalnie nie przejmujemy i ze szczerem zadowoleniem obserwujemy ich istotnie ciekawe wyczyny lotnicze, gdy po dłuższem unoszeniu się na prądach powietrznych z wdziękiem „wodują, lekko zadarłszy ogonek, pozwalając się unosić fali. Piszczą też od czasu do czasu, przypominając swym głosem nasze czajki.
Sturmvögel.
Wczoraj wieczorem przy pięknem świetle księżyca, który zdecydowanie przybiera na objętości, choć zachowuje swa formę łódki, zebrało się towarzystwu na sentymenty. Doszli do głosu komendant, Karśnicki, no i III oficer, odbywający właśnie wachtę. Zaczęło się, wiadomo, od rosyjskich cygańskich romansów, a potem Atlantyk, może po raz pierwszy w tej części, musiał wysłuchać całego repertuaru piosenek uczniów Szkoły Morskiej. Dostało się w tych piosenkach i historycznemu „Mamertowi”, i szeregowi innych oficerów ze „Lwowa i „Daru Pomorza! Ale w każdym razie te dwie godziny zrobiły nastrój — było to miłe.
W dyskusjach wczorajszych wypłynęło zagadnienie propagandy na statkach handlowych. Komendant opisywał swój pobyt w Szczecinie, gdzie na statek, który tam był pierwszym pod banderą polską, zjawiła się cała miejscowa Polonia. Sceny znane — uciecha, podziw, entuzjazm, przemówienia, śpiewy. Ale koszty tej zabawy obciążają nie konsulat, nie kompanię armatorską — lecz kapitana statku. A przecież w takich warunkach przyjęcie kilkunastu osób waży na budżecie jednostki!
Również dużą przykrością jest brak książek, które można byłoby zostawiać rodakom na obczyźnie. Sprawa przedstawia się tem gorzej, że — w Szwecji, Danii, Norwegii, Anglii — obcy, widząc polski statek, często żądają informacyj i druków o Polsce. Żąda tego armator, który czarteruje polski statek, żąda i kupiec, który odbiera węgiel ze statku. A tych rzeczy na statkach polskich brak. Normalnie nikt się tem zbytnio nie przejmuje. Ale młodzi komendanci statków i oficerowie ze Szkoły Morskiej starają się czasem wywiązać i z tego zadania. Często sami kupują odpowiednie publikacje, czasem biorą odpowiednie wydawnictwa od konsulatów zagranicą, o ile konsul ze swej strony docenia wartość takiej propagandy.
W ogóle książka i pióro są rzadkimi przedmiotami na statku. Oficerowie, zarówno pokładowi, jak maszynowi, mają zbyt rozbity czas przez wachty, by się przejmować takiemi rzeczami, a biblioteczka, o ile jest, to — gruntownie „wyczytana. Tak samo i na „Poznaniu: nie najgorsza biblioteczka beletrystyczna, ufundowana dla załogi przez firmę „Hartwig, jest przeczytana, ale nie bardzo można skonstatować, by brak książek czy gazet przeszkadzał załodze i oficerom. Zrozumiałe to zresztą zupełnie: praca na statku wymaga dużego natężenia umysłu i woli, tak, że każda wolna chwilę chętnie poświęca się na taki czy inny odpoczynek. Zdaje się, że na ogół pasażerowie ulegają temu nastrojowi; przynajmniej tak mogę sądzić po pasażerach „Poznania. Poza swą zawodową pracą trudno jest urwać parę minut na książkę. Najwięcej czytamy dopiero w łóżku, uprawiając swoje „15 minut dla zdrowia umysłowego.
[...]
Uczestnicy wyprawy członków Ligi Morskiej i Kolonialnej na statku 
s/s "Poznań" przed wyruszeniem w podróż do Afryki.
Zygmunt Dreszer, Pionierski rejs: dziennik podróży handlowej do portów Afryki Zachodniej, Liga Morska i Kolonjalna 1936, s. 51-53.