Odcinek 535: Romain Rolland, 1915 rok

Z dziennika Romain Rollanda

8 grudnia 1915 roku
W nocy z 7 na 8 grudnia jestem na dworcu w Cornavin, asystuję przy przejeździe francuskich ciężko rannych. Noc czarna, ciepława i deszczowa. Na środkowym peronie panie z Czerwonego Krzyża i pielęgniarki obładowane paczkami z podarkami i jedwabnymi chorągiewkami. Konsul Pascal d’Aix z żoną. Tronchin niesie koszyk z drewnianymi fajkami. Tłum, odsunięty od torów, stoi na placu przed stacją. Pociąg (przybywający z Konstancji) wjeżdża na dworzec powoli, o czwartej rano. Sygnalizują go ognie bengalskie i wycie tłumu, który wita w ten sposób pierwsze wagony. W ciemności widać setki poruszających się ramion i powiewających chusteczek. Pociąg jest bardzo długi. Zawiera 300 rannych żołnierzy i 150 cywilów, prawie wszyscy gruźlicy. Ci, którzy mogą stać o własnych siłach, cisną się do okien i krzyczą: „Niech żyje Szwajcaria!” Nawet ci,  którzy leżą, odwracają się z trudem na hamakach i usiłują machać ręką przez otwarte okno albo wykrzywiają twarz w uśmiechu. Pociąg ma się zatrzymać tylko na dziesięć minut. Ludzie rzucają się do wagonów, by podać rannym tytoń, owoce, czekoladę, laski, worki, przybory toaletowe itd., ja robię to samo co inni. Przypadkiem przy uścisku pierwszej z brzegu ręki słyszę, jak ktoś wymienia moje nazwisko, i widzę wyraz radości na twarzy pięknego zucha z wielką blond brodą i ręką na temblaku; jest to pewien młody człowiek, którego przed kilku laty spotkałem we Florencji w salonie Luchaire’a. Został wzięty do niewoli w Wogezach, a ostatnio spędził parę miesięcy w Rastatcie; ma prawe ramię zdruzgotane granatem; jest to jeden z najlżej rannych z tego konwoju. [...] Przebiegam wagony, rozdzielając swe zapasiki. Biedni ci ludzie, którzy tu leżą; prawie wszyscy są bardzo grzeczni, usiłują się uśmiechać i uprzejmie odpowiadać, ale wyglądają na bardzo znużonych, ten i ów jest posępny i ponury. Niektórzy, zwłaszcza ci na posłaniach dolnych, pogrążają się w cieniu, odwracają się plecami, udają umarłych. Żaden nie stara się zwrócić na siebie uwagi. I słychać kaszel rozdzierający serce... Ach! wyczuwam w głębi wielu serc wielką, niemą rozpacz... Inaczej jest w wagonach z ludźmi, którym zrobiono amputację; ich klatka piersiowa pozostała prawie nietknięta. Pociąg rusza. Mój młody ranny z jasną brodą żegna mnie serdecznym uśmiechem. Żołnierze śpiewają Marsyliankę. I odwracając się słyszę, jak głupi urzędnicy powtarzają według formuły, że jest to „widowisko bardzo krzepiące”.
Pociąg z rannymi, litografia Fortunina Matanii, 1916 rok.
Romain Rolland, Dziennik z lat wojny 1914–1919, tłum. Zofia Karczewska-Markiewicz, Wydawnictwo MON 1965, s. 145–147.

Komentarze