Odcinek 371: Bolesław Prus, 1908 rok


„Kronika tygodniowa” Bolesława Prusa

„Tygodnik Ilustrowany” nr 26, 27 czerwca 1908 roku
[...] Już nie pamiętam, kiedy Warszawa, rumieniąc się i skromnie spuszczając oczy, wyszeptała po raz pierwszy: „Spodziewam się... tramwajów elektrycznych.” No i owo „spodziewanie się” trwało tak długo, że przez ten czas mogło przyjść na świat ze dwadzieścia słoni i ze cztery wieloryby...
Nareszcie zaczął zbliżać się „moment”... Więc naprzód wykopano stare bruki, a następnie ułożono je z powrotem, może być, że cokolwiek na innych miejscach. Potem zaczęto naprawiać stare szyny tramwajowe, ażeby wnet uprzątnąć je i zastąpić nowymi. Później – na najruchliwszych ulicach miasta – wyrosły niby kilkupiętrowe szubienice i zaczęło robić się ciemno z powodu napowietrznych drutów, tworzących coś pośredniego między siecią rybacką a olbrzymim parasolem...
Wkrótce zapowiedziano, że ruch elektrowozów rozpocznie się niebawem, następnie zrobiono poprawkę, że ruch jeszcze się nie zacznie. Potem odbyło się poświęcenie i pierwsze próby elektrowozów w remizach i na przyległych podwórkach... A potem zaczęto sobie życzyć z powodu rozmaitych uroczystości:
– Bodajbyś doczekał wypuszczenia tramwajów elektrycznych!...
Wtem... któż zdoła opisać zaciekawienie, radość i dumę warszawiaków, kiedy pewnego dnia rozeszła się wiadomość, że elektrowozy nareszcie wyjechały na ulicę... [...]
Kiedy pierwszy raz pokazały się olbrzymie, niby meblowe, wozy bez koni publiczność skupiła się na chodnikach tak gęsto, jak w czasie przejazdu nieboszczyka szacha perskiego. A kiedy pierwszy raz pozwolono dostać się do wnętrza, ludzie pchali się, jak po bilety loteryjne. I przez kilka dni należało do szyku, jeżeli mógł kto powiedzieć o sobie:
– Jechałem tramwajem elektrycznym!
Tramwaje elektryczne
na ul. Marszałkowskiej,
przed 1914 rokiem.
Takich szczęśliwców pokazywano palcami na ulicach.
[...] Publiczność z najwyższym zachwytem, z najgłębszą tkliwością powitała nowo narodzone dziecię Warszawy, myśląc: jaką by mu dać najpiękniejszą mamkę, najhigieniczniejszy smoczek, najładniej haftowane pieluszki. Aż tu naraz – ukochane niemowlę na jednej ulicy potrąca stójkowego, na drugiej obala stróża, tam kaleczy chłopca, ówdzie łamie rękę staruszce, a wreszcie – na czysto zabija kilka osób... Trudno też dziwić się, że wystraszona publiczność jednym głosem zaczęła wołać:
– Gwałtu!... ależ to nie jest niemowlę... to nie nadzieja miasta!... To rozjuszony tygrys... wściekły hipopotam... to gilotyna!...
Istotnie trochę za dużo krwi popłynęło na elektrowozowych chrzcinach. [...] Nasze elektrowozy w pierwszych dniach istnienia zapomniały o prawie stopniowego rozwoju, o konieczności tego, ażeby mieszkańcy Warszawy stopniowo przywykli do wielkich prędkości, lecz – od razu chciały jeździć... piętnaście wiorst na godzinę, w dodatku po ulicach ciasnych, zatłoczonych wozami, dorożkami, rowerami i automobilami, pędzącymi tak prędko, jak gdyby pragnęły w najkrótszym czasie dojechać do przystanku Jana Bożego.
Nie wątpię, że kiedyś elektrowozy będą u nas biegały po piętnaście wiorst, pod tym jednak warunkiem, że zaczną od ośmiu lub dziesięciu wiorst i prędkość tę będą powiększały bardzo stopniowo, może w przeciągu kilku miesięcy. Tymczasem miło mi zaznaczyć, że szalona jazda tramwajów elektrycznych osłabła, a jednocześnie ucichły wieści o przejechaniach. [...]
Bolesław Prus, Kroniki. Wybór, t. 2, oprac. Stanisław Fita, Państwowy Instytut Wydawniczy 1987, s. 193–195.

Komentarze

  1. Ciekawe co by na to powiedział pan Ignacy, "sam pan Ignacy Rzecki", bo Stach chyba już je widział, kiedy był z Suzinem w Paryżu :-). Szkoda, że nie doczekali tego widoku.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No ciekawe. Rzecki by pewnie wyrzekał na upadek obyczajów:))

      Usuń
  2. A ta zawrotna prędkość 15 wiorst to ile?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. W poniedziałek rano i popołudniu czy w piątek popołudniu jak najbardziej do osiągnięcia może nie tramwajem ale samochodem już tak :-)

      Usuń

Prześlij komentarz