środa, 27 czerwca 2012

Odcinek 371: Bolesław Prus, 1908 rok


„Kronika tygodniowa” Bolesława Prusa

„Tygodnik Ilustrowany” nr 26, 27 czerwca 1908 roku
[...] Już nie pamiętam, kiedy Warszawa, rumieniąc się i skromnie spuszczając oczy, wyszeptała po raz pierwszy: „Spodziewam się... tramwajów elektrycznych.” No i owo „spodziewanie się” trwało tak długo, że przez ten czas mogło przyjść na świat ze dwadzieścia słoni i ze cztery wieloryby...
Nareszcie zaczął zbliżać się „moment”... Więc naprzód wykopano stare bruki, a następnie ułożono je z powrotem, może być, że cokolwiek na innych miejscach. Potem zaczęto naprawiać stare szyny tramwajowe, ażeby wnet uprzątnąć je i zastąpić nowymi. Później – na najruchliwszych ulicach miasta – wyrosły niby kilkupiętrowe szubienice i zaczęło robić się ciemno z powodu napowietrznych drutów, tworzących coś pośredniego między siecią rybacką a olbrzymim parasolem...
Wkrótce zapowiedziano, że ruch elektrowozów rozpocznie się niebawem, następnie zrobiono poprawkę, że ruch jeszcze się nie zacznie. Potem odbyło się poświęcenie i pierwsze próby elektrowozów w remizach i na przyległych podwórkach... A potem zaczęto sobie życzyć z powodu rozmaitych uroczystości:
– Bodajbyś doczekał wypuszczenia tramwajów elektrycznych!...
Wtem... któż zdoła opisać zaciekawienie, radość i dumę warszawiaków, kiedy pewnego dnia rozeszła się wiadomość, że elektrowozy nareszcie wyjechały na ulicę... [...]
Kiedy pierwszy raz pokazały się olbrzymie, niby meblowe, wozy bez koni publiczność skupiła się na chodnikach tak gęsto, jak w czasie przejazdu nieboszczyka szacha perskiego. A kiedy pierwszy raz pozwolono dostać się do wnętrza, ludzie pchali się, jak po bilety loteryjne. I przez kilka dni należało do szyku, jeżeli mógł kto powiedzieć o sobie:
– Jechałem tramwajem elektrycznym!
Tramwaje elektryczne
na ul. Marszałkowskiej,
przed 1914 rokiem.
Takich szczęśliwców pokazywano palcami na ulicach.
[...] Publiczność z najwyższym zachwytem, z najgłębszą tkliwością powitała nowo narodzone dziecię Warszawy, myśląc: jaką by mu dać najpiękniejszą mamkę, najhigieniczniejszy smoczek, najładniej haftowane pieluszki. Aż tu naraz – ukochane niemowlę na jednej ulicy potrąca stójkowego, na drugiej obala stróża, tam kaleczy chłopca, ówdzie łamie rękę staruszce, a wreszcie – na czysto zabija kilka osób... Trudno też dziwić się, że wystraszona publiczność jednym głosem zaczęła wołać:
– Gwałtu!... ależ to nie jest niemowlę... to nie nadzieja miasta!... To rozjuszony tygrys... wściekły hipopotam... to gilotyna!...
Istotnie trochę za dużo krwi popłynęło na elektrowozowych chrzcinach. [...] Nasze elektrowozy w pierwszych dniach istnienia zapomniały o prawie stopniowego rozwoju, o konieczności tego, ażeby mieszkańcy Warszawy stopniowo przywykli do wielkich prędkości, lecz – od razu chciały jeździć... piętnaście wiorst na godzinę, w dodatku po ulicach ciasnych, zatłoczonych wozami, dorożkami, rowerami i automobilami, pędzącymi tak prędko, jak gdyby pragnęły w najkrótszym czasie dojechać do przystanku Jana Bożego.
Nie wątpię, że kiedyś elektrowozy będą u nas biegały po piętnaście wiorst, pod tym jednak warunkiem, że zaczną od ośmiu lub dziesięciu wiorst i prędkość tę będą powiększały bardzo stopniowo, może w przeciągu kilku miesięcy. Tymczasem miło mi zaznaczyć, że szalona jazda tramwajów elektrycznych osłabła, a jednocześnie ucichły wieści o przejechaniach. [...]
Bolesław Prus, Kroniki. Wybór, t. 2, oprac. Stanisław Fita, Państwowy Instytut Wydawniczy 1987, s. 193–195.

5 komentarzy:

  1. Ciekawe co by na to powiedział pan Ignacy, "sam pan Ignacy Rzecki", bo Stach chyba już je widział, kiedy był z Suzinem w Paryżu :-). Szkoda, że nie doczekali tego widoku.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No ciekawe. Rzecki by pewnie wyrzekał na upadek obyczajów:))

      Usuń
  2. A ta zawrotna prędkość 15 wiorst to ile?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. W poniedziałek rano i popołudniu czy w piątek popołudniu jak najbardziej do osiągnięcia może nie tramwajem ale samochodem już tak :-)

      Usuń