Odcinek 313: David Herbert Lawrence, 1922 rok

List Davida Herberta Lawrence'a do lady Cynthii Asquith 

Ze statku R. M. S. Orsova, niedziela, 30 kwietnia 1922 roku
David Herbert Lawrence.
Znów płyniemy statkiem — znajdujemy się teraz na wielkim lekko wzburzonym, niebieskim morzu; spod fal, niby wielkie uskrzydlone krople wody, wyskakują latające ryby, jakiś katolicki ksiądz — Hiszpan — gra bardzo dobrze Szopena na fortepianie, a statek łagodnie kołysze.
Nie podobał mi się Cejlon, to znaczy podobał mi się krajobraz, ale nie mógłbym tam zamieszkać na stałe. Wschód nie dla mnie — zmysłowo uduchowiona lubieżność, niezwykła wrażliwość nagich ludzi, ich czarne, przepaściste, tęskne oczy, łby słoni i bawołów, wystające z pradawnego bagna, dziwny szmer suchych stalowych liści palm... tropiki mają w sobie coś z przedpotopowego świata... gorące, czarne bagna i zrodzone z nich życie działały na mnie fatalnie. Ale cieszę się, że poznałem ten egzotyczny kraj. W Peraherze Kandyjskiej widzieliśmy księcia Walii. Samotny, mały, biały, pochmurny człowieczek siedział w górującej nad tłumem Świątyni Zęba i z podpartą na dłoniach brodą patrzył, niby Narcyz zamierzający popełnić samobójstwo w czarnym świecie, tępo na wschodni tumult. Perahera cudownie wyglądała o północy — olbrzymie słonie, wielkie płonące kokosowe pochodnie, książęta okręceni zwojami muślinu, bicie w bębny, egzotyczna muzyka i diabelskie tańce, wszystko zmieszane w rytmicznym pochodzie, a wysoko nad tym samotny, malutki, biały książę... znów czarne ślepia i spocone, błyszczące czarne ciała nagich tancerzy w świetle pochodni i dobiegające z odległości brzęczenie dzwonków uwiązanych na łbach wielkich, zrodzonych na bagnie słoni. Wywarło to na mnie ogromne wrażenie, zdawało mi się, że widzę świat sprzed Potopu. Jeszcze ciągle trudno mi wrócić do teraźniejszości. Miękkie, wilgotne, prehistoryczne słoniowe trzęsawisko jak gdyby wciągnęło w siebie znany mi świat — i dryfuję dalej po nim bezwolnie.
Ale prosiła Pani, żeby nie pisać o Indiach, tylko o nas. Nie, proszę Pani, nie gniewam się i nie będę już wypisywał tyrad: morze jest bezbrzeżne, świat słoni i bawołów wydaje się nieskończoną przestrzenią mroku i przez kontakt z czarnymi Cejlończykami człowiek nagle pojmuje, jak rozległy jest strumień krwi, ciemny, gorący i pradawny. Cóż w ogóle znaczy życie? Po co się nad tym wszystkim zastanawiać? Na pewno nie warto. Ale mimo to nie wierzę w Buddę, a nawet go nienawidzę, razem z jego nędznymi świątyniami i prymitywną religią. Jezus jest lepszy.
Edward, książę Walii, z księciem Japonii, 1922 r.
Wybieramy się do Australii. Bóg wie po co... może dlatego, że będzie tam chłodniej i morze jest bezmierne. Cejlon paruje upałem, ale nie tyle gorąco tam szkodzi, co chemiczny rozkład krwi przez ultrafioletowe promienie słoneczne. Nie wiem, co będziemy robili w Australii, ale się nie martwię. W sensie psychicznym wszystko może być podobne, ale na pewno będzie się bardzo różniło pod względem fizycznym, a organizm cierpi, nim się przestawi. Trudno, to też należy do przygody. Myślę, że Frieda czuje się jak ja, jest trochę oszołomiona, fizycznie apatyczna... i niespokojna. Będąc daleko zamartwiam się Anglią. W porównaniu z nami, ci tubylcy są zacofani, ich cywilizacja jest niższa od naszej. Ale zaleją nas i uduszą. Przez pięć wieków górowaliśmy nad światem i byliśmy na szczycie. Teraz zaczynamy spadać. Ale nie dopuszczę do tego, abym się miał wyrzec swojej białej rasy, angielskości i własnego ja. Anglia jest w potrzasku całego świata, a także własnym. Anglia rozmyślnie podminowuje Anglię. Powinna Pani zobaczyć Indie. Wśród rozgrywek politycznych Lloyda George'a i Isaaka Rufusa wybiła nasza godzina... Rok temu zapytała mnie Pani, kto wygrał wojnę — wszyscy przegraliśmy. Ale to nieważne, skoro nasz naród utracił własną duszę. Dziwna i urzekająca jest moja Wergiliuszowa wędrówka wśród mroku i cieni.
Proszę nie kupować Sea and Sardinia, bo zapłacę za tę książkę Martinowi Seckerowi i będzie musiał ją Pani przysłać. Ubawi się Pani.
Cieszę się, że chłopcy dobrze rosną i że Herbert Asquith lubi czytać książki innych autorów. To przyjemniej, niż czytać własne, a na pewno dużo przyjemniej jest coś robić, niż nic nie robić. Tłumaczę książki Sycylijczyka Criovanniego Vergi: Mastro-don Gesualdo i Novelle rusticane, żeby mieć jakieś zajęcie. Obie są bardzo dobre. Jeżeli Pani mąż chciałby je przeczytać (przetłumaczone), proszę mu powiedzieć, żeby się zwrócił do Curtisa Browna.
Frieda załącza pozdrowienia.
Cejlon, Perahera Kandyjska. Pocztówka z 1920 roku.
David Herbert Lawrence, Listy, oprac. Krystyna Stamirowska, tłum. Zofia Sroczyńska, Wydawnictwo Literackie 1984, s. 241-242.

Komentarze

  1. "W porównaniu z nami, ci tubylcy są zacofani, ich cywilizacja jest niższa od naszej. Ale zaleją nas i uduszą." No i sprawdziło mu się. Swoją drogą, jaki doskonały przykład brytyjskiego szowinizmu:P

    OdpowiedzUsuń
  2. "Przez pięć wieków górowaliśmy nad światem i byliśmy na szczycie. Teraz zaczynamy spadać. Ale nie dopuszczę do tego, abym się miał wyrzec swojej białej rasy, angielskości i własnego ja." To jest to...

    A tak z innej beczki. Chciałoby się zobaczyć Cejlon i strach człowieka ogarnia...

    OdpowiedzUsuń

Prześlij komentarz