Odcinek 269: Karen Blixen, 1929 rok

List Karen Blixen do matki, Ingeborg Dinesen

Ngong. Niedziela 17 marca 1929 roku
Karen Blixen.
Ukochana śnieżnobiała owieczko.
Wysyłam Ci zdjęcie mojego domu, które Denys zrobił z powietrza; Alego, mnie i, zdaje się, jakieś psy widać przy południowej werandzie, a grupę rozmaitych boyów siedzących na murku po drugiej stronie. Czy to wszystko nie wygląda jak zabawka? - Myślę, że nadawałoby się do powiększenia, ale nie wiem, czy miałabyś na to ochotę, mogłabym Ci wysłać film. Denys zrobił też drugie z aeroplanu, lepsze, moim zdaniem, bo wykonane z jeszcze większej wysokości, widać więc okolicę jak na mapie, ale go nie mam; postaram się wysłać Ci je po jego powrocie [...]
Denys wyjechał we wtorek rano i oceniał, że wróci do domu pod koniec miesiąca.
W środę rano cała męska część mojego gospodarstwa pojechała do Nairobi do kościoła, bo skończył się nareszcie ramadan. Wyruszyli przed świtem, wyszłam zobaczyć, jak odjeżdżają, wszyscy wystrojeni. Tumbo miał na sobie tyle ubrań, że wyglądał jak wypchana świnka; ich rzeczy, kiedy ubierają się naprawdę odświętnie, są zresztą bardzo piękne. Gdy patrzyłam, jak ludzie wstają i stroją się do kościoła w świetle lampy, to przypominał mi się świąteczny poranek u nas - wypiłam w domu Faraha z całym towarzystwem filiżankę herbaty z kardamonem, którą właściwie bardzo polubiłam. Kobiety nie wybierały się z nimi, to nie wypada; ideałem prawdziwie przyzwoitej kobiety somalijskiej jest najwidoczniej nigdy nie pokazywać się poza domem. Potrafię dostrzec pewną poezję w mahometańskim pojmowaniu kobiety i jej miejsca w świecie jako korony życia i największego skarbu mężczyzny, oni też wydają niemal wszystkie pieniądze na swoje żony i na pewno w pewnym sensie wysoko je cenią. Somalijki są również wolne od wielu zmór dręczących kobiety europejskie; chyba nie do pomyślenia jest, by mahometanki nikt nie utrzymywał - tytuł zamężnej kobiety, bieliźniarkę, welon ślubny i dzieci mają, zdaje się, zagwarantowane; lecz czuję się wobec nich jak wobec ludzi, którzy zapewniają mnie, że walka z bykami to najlepszy sport, pokaz odwagi i zręczności etc. - w pewnym sensie byłabym skłonna im uwierzyć, lecz całość instynktownie budzi we mnie tak wielką odrazę, że z góry muszę rezygnować z wszelkich prób wyniesienia z tego czegokolwiek dla siebie; nie dość, że za nic pod słońcem nie chciałabym oglądać walki byków, to wydaje mi się jeszcze, że nie mogłabym żyć w społeczeństwie, które w tak dużej mierze się tym przejmuje, i nie potrafię zaniechać starań wyciągnięcia moich mahometanek choć trochę z klatki.
Dom Karen Blixen.
Nie mogę pogodzić się z tym, że Halima, pewnie trochę młodsza od Missen, jest do tego stopnia ofiarą złożoną na ołtarzu konwenansów, że nigdy nie wolno jej wybrać się razem z Titi, Tumbo i ze mną, kiedy idziemy nad staw łowić ryby albo wybieramy się na drugą stronę rzeki popatrzeć na game. Całym światem tego nieszczęsnego dziecka ma być dom i ta nędzna kuchnia, inaczej nigdy nie będzie prawdziwie uroczą somalijską dziewczyną - a ona jest taka żywa i bystra, uwielbiałaby jeździć konno i baraszkować jak Missen [...] Nie ma takiej ceny na świecie, która zrównoważyłaby moje konne przejażdżki, podróże, safari; nawet gdybym mogła w oczach całego świata mieć tyle uroku co sama Dziewica Maryja, nie zrezygnowałabym ze swej swobody wobec przyrody i ludzi i nie zgodziłabym się na zamknięcie w czterech ścianach i otrzymywanie całego życia z drugiej ręki, poprzez mężczyznę.
W czwartek zawiozłam Fathimę, Halimę i dziecko na herbatę do Mrs Bruce Smith, dobrodusznej osoby, potrafiącej zrozumieć i zainteresować się moimi różnymi protegowanymi. Było to nadzwyczaj udane spotkanie; po powrocie do domu powiedziały mężczyznom, że miały o wiele lepsze Xmas niż oni, a Shimbir, jak nazywane jest dziecko - imię znaczy „ptak” i zostało mu nadane, ponieważ leży w łóżeczku i śmieje się, gaworzy i śpiewa - zachowywał się wzorowo i zrobił wielką furorę. Wydaje mi się, że Mrs. B.-S. ostatnio jest dość trudno; chyba mąż działa jej na nerwy, co doskonale potrafię zrozumieć, i nie wie, jak w ogóle radzić sobie z życiem. Ona i Mrs Steele przyjechały tu konno któregoś ranka i rozmawiały o bezsensowności małżeństwa; uważam wprawdzie, że obie są zakochane w swoich mężach i że mężowie robią dla nich, co w ich mocy, przyjmują jednak za rzecz oczywistą, że mogą swoje żony uplasować w takiej egzystencji, która wcale im nie odpowiada, lecz jest od początku do końca wybrana przez mężczyznę, a one mają się tylko w nią wpasować i być szczęśliwe, uszczęśliwiając męża.
Denys Finch Hatton, Rose Cartwright
i Karen Blixen z Halimą i Tumbo,
dziećmi służących.
Jakaś zmiana w tym względzie musi nastąpić, i uważam, że to, na czym będzie polegała, całkowicie zależy od kobiet; pewna trudność, moim zdaniem, tkwi w tym, że kobiety z reguły nie uświadamiają sobie, o ile więcej, ogólnie rzecz ujmując, dla nich niż dla mężczyzn znaczy być kochaną i podziwianą, mieć kogoś, kto makes fuss about, jest im wdzięczny i nie może się bez nich obyć etc; kiedy jednak przyjdzie co do czego, nie potrafią z tego zrezygnować, nie chcą płacić takiej ceny, tylko myślą, że to i tak się da zrobić, za jedyne sprawiedliwe rozwiązanie uważają eat their cake and have it. Wiele kobiet w ogóle okazuje pewną nieuczciwość w swej filozofii życiowej, jak na przykład wtedy, gdy wydaje im się, że mogą dostać najwspanialszy kapelusz w sklepie za cenę przypiętą do najmarniejszego i właściwie ogarnia je gniew, gdy modystka nie zgadza się na targowanie...
Karen Blixen, Listy z Afryki (1925-1931), red. Frans Lasson, tłum. Iwona Zimnicka, Muza 1999, s. 201-203.

Komentarze

  1. Denys wyjechał we wtorek rano i oceniał, że wróci do domu pod koniec miesiąca. - w tym związku zdecydowanie było dużo wolności i przestrzeni. :)
    Przepadam za adaptacją filmową "Pożegnania z Afryką".

    OdpowiedzUsuń
  2. Wyciąganie mahometanek z klatki, to coś, co na dłuższą metę jeszcze nikomu się nie udalo:).

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Mam nadzieję, że w małej Halimie jednak udało się zasiać ziarno buntu. :)

      Usuń
  3. Chciałabym mieszkać w takim domu...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Mnie by już niebotycznie uszczęśliwiła możliwość zwiedzenia muzeum Karen Blixen: http://www.museums.or.ke/content/blogcategory/13/19/
      Jeśli kiedyś nabędziesz taką posiadłość w Kenii, możesz liczyć na moje odwiedziny. :) W tej toskańskiej też. :)

      Usuń
    2. Ale żeby zdobyć taką nieruchomość, to chyba trzeba wyjść za jakiegoś barona, niekoniecznie degenerata:P

      Usuń
    3. W Kenii ceny nieruchomości mogą nie być aż takim problemem, gorzej z bezpieczeństwem:).

      Usuń
    4. Lirael: zapraszam serdecznie, gdziekolwiek uda mi się taką posiadłość nabyć :)

      Zacofany: nie trzeba wychodzić za barona, żeby zdobyć taką nieruchomość:P

      Iza: jak ktoś już ma taki dom, to pewnie opłacenie ochrony nie jest jakimś wielkim problemem ;))

      Usuń
    5. Muszę Ci uwierzyć na słowo:P

      Usuń
    6. Zakładam, że wiesz, co piszesz:)

      Usuń
    7. Ja też tak zakładam. Nie tylko baroni mają pieniądze, a kobieta sama też może zbić niezły majątek:)

      Usuń
    8. O barona coraz trudniej, chyba że to baron narkotykowy:PP

      Usuń
    9. Dlatego nie ma co na niego liczyć:PP

      Usuń
    10. Słusznie:) Umiesz liczyć - licz na siebie:P

      Usuń
    11. Dziękuję za jakże cenną radę:P

      Usuń
  4. Mądra babka. Trudność leży w kobietach, tak...

    OdpowiedzUsuń

Prześlij komentarz