sobota, 31 grudnia 2011

Odcinek 192: Jan Sobieski, 1667 rok

List Jana Sobieskiego do żony, Marii Kazimiery

Żółkiew, 31 grudnia 1667 roku
Maria Kazimiera, portret ok. 1660–1665.
Jedyna duszy i serca pociecho, najśliczniejsza i najwdzięczniejsza Marysieńku moja!
Nie spuszczając się na tamte kupno jmp. łowczego warszawskiego, com tylko dostać mógł we Lwowie, posyłam Wci sercu memu, tj. nóżek rysich par cztery, według rozkazania Wci mojej duszy, czapek dwie aksamitnych białych. Do jednej dostałem sobolka bardzo czarnego i przyszyć dałem, boby tam podobno z tym tak dobrze się sprawić nie umiano. Soboli wprawdzie, rozumiem, że tam kupi jmp. łowczy według pisania mego u [kupców z] Moskwy, gronostajów i ogonków; jednak ja dla wszystkiego [na wszelki wypadek], a najbardziej, aby się wygodziło Wci sercu memu i w odwłokę nie szło, posyłam mój kołnierz soboli, w którym jest soboli siedem. Nie wiem tedy, jeśli się wygodzi w tym z woli Wci mojej panny, bo nie wiem cale, do czego to Wć potrzebujesz. Ale to sobole niezłe i o takie teraz trudno. Posyłam w tym pudełku i bawełnicę turecką [koc] taką, jaką już Wć masz, moja duszo, a drugiej natenczas we Lwowie dostać nie można było, a to pour le lit d’ete [do łóżka na lato]. Cale teraz we Lwowie niczego dostać nie może, chyba na jarmarku, którego się bardzo dobrego spodziewają, bo zima arcydobra i pokój zewsząd tymi czasy.
Ów Ormianin pojechał aż do Persji; obiecuje pewnie perły wywieźć i gruszki szmaragdowe, piękniejsze jeszcze niżeli te, co wywiózł p. Radziejowski młody, które też bardzo piękne i czyste, i niemałe, tylko zda mi się, że nazbyt podługowate. Z jarmarku co by posłać Wci dobrodziejce [mojej], racz oznajmić, luboć do niego do tej nieszczęsnej Warszawy odjechać muszę, skąd chciałbym obaczyć Gniew i nawiedzić Częstochowę; ale i tego, wątpię, aby mi pozwolono.
O herby Wci serca mego pisałem kilkakroć, abyś mi ich przysłała, a to aby ich dać wyrysować na lampie przed obraz Najśw. Panny Częstochowskiej, która będzie gorzała zawsze. Ma być, słyszę, nieszpetna, bo srebra kupiono na nią za tysiąc złotych dobrej monety, a od roboty pięćset złotych tąż monetą.
W tym pudełku i sam bym siebie rad posłał z duszy, gdyby to rzecz można [gdyby to było możliwe]; alebym podobno był niedługo wdzięcznym gościem, bo moje szczęście, czyli humor tych, w których się kocham, nietrwały i niestateczny. Obłapiam przy tym uniżenie dobro­dziejkę moją ze wszystkiego serca i duszy i całuję z niepojętą pasją wszystkie wdzięczności najśliczniejszego ciała jedynej Marysieńki. A toute le familie mes tres humbles respects, obeissances et baise-mains [dla całej rodziny uniżone wyrazy szacunku, posłuszeństwa i ukłony]. Chłopca ode mnie pozdrowić i pocałować, jeśli go P. Bóg w dobrym chowa zdrowiu.
Jan Sobieski, Listy do Marysieńki, t. 1, oprac. Leszek Kukulski, Czytelnik 1973, s. 261–263.

piątek, 30 grudnia 2011

Odcinek 191: Jerzy Wittlin, 1982 rok

Dziennik Jerzego Wittlina 

30 grudnia 1982 roku, wtorek
Okładka powieści
Krystyny Nepomuckiej.
[...] „Cnotę straciłam o piątej rano — tak zaczęła swoją książkę Małżeństwo niedoskonałe wychodźczyni z PAX-u, Krystyna Nepomucka. Pani o wyglądzie angielskiej guwernantki z powieści dla dziewcząt w swoim debiucie opisała dzieje nieudanego małżeństwa z Busiem. Książka jak książka. Kiedy jednak się ukazała, nikt nie mówił: Czy czytałeś już Małżeństwo niedoskonałe?, ale właśnie: czy czytałeś „Cnotę straciłam o piątej rano...? Pierwsze zdanie to szalenie ważna rzecz. Józef Ignacy Kraszewski zaczął którąś ze swoich powieści zdaniem: Był późny wieczór... i nie mógł mimo najlepszej woli nawet słowa napisać więcej. Skreślił więc to zdanie, napisał „Był świt i... pojechał kolejne 400 stron. (W Cieszynie oglądałem pełny regał twórczości Kraszewskiego. 500 woluminów! I Kraszewski jeszcze miał czas redagować gazetę i w więzieniu siedzieć!) Reportażyści lat pięćdziesiątych zaczynali zazwyczaj zdaniem: „Pociąg ruszył z miejsca. Koła stukały miarowo... zapaliłem papierosa... i dalej była fabryka albo PGR, pełna poświęcenia kobieta i mężczyzna, nasz towarzysz oraz wróg klasowy.
Więc cnota stracona o piątej rano była odkryciem, czymś nowym, nieznanym, poszerzającym granice wyobraźni, jeśli nie czymś wręcz zuchwałym. [...]
Jerzy Wittlin, Pójdź ze mną!, Wydawnictwo Literackie 1987, s. 45.

czwartek, 29 grudnia 2011

Odcinek 190: Sylvia Plath, 1961 rok

List Sylvii Plath do matki  

Piątek, 29 grudnia 1961 roku
Ted Hughes i Frieda, 1963 rok.
Droga Mamo,
Siedzę w salonie przy kominku, w którym trzaskają polana, a na gzymsie barwią się wciąż czerwone świece i około pięćdziesięciu kart świątecznych; nasza mała, gęsta choineczka obwieszona srebrnym ptactwem, błyskotkami i sercami z piernika nadal stoi i po zaciągnięciu nowych czerwonych zasłon z welwetu, które świeżo uszyłam, pokój przywodzi na myśl miłosny bilecik...
Akuszerka poradziła mi, abym kupiła termometr do mierzenia temperatury w pokoju dziecka. Byłam zdumiona. Średnia temperatura domu — w holu i nieogrzewanych pokojach — wynosi około 5° (rano w naszej sypialni: 4,5°). Kiedy po włączeniu elektrycznego grzejnika dochodzi do 10—12°, robi nam się gorąco. Wszystko zależy od przyzwyczajenia.
Były to moje najmilsze, najpełniejsze Święta w życiu. W Wigilię ubraliśmy choinkę i rozłożyliśmy całe mnóstwo gwiazdkowych prezentów. Pierwszy Dzień Świąt rozpoczęliśmy we trójkę od regulaminowego talerza owsianki, po czym wprowadziliśmy Friedę do udekorowanego salonu, którego jeszcze w tym stanie nie widziała. Gdybyś zobaczyła jej minę! 
Ted musiał natychmiast przeczytać „Fox Book (Książeczkę lisa). Powiedział, że jest to najpiękniejsza książka dla dzieci, jaką zna; mnie też bardzo wzruszyła, ponieważ dzieje się w Nowej Anglii Z wszystkich prezentów najbardziej podobała mu się „Książeczka lisa i narzędzia od Warrena, których ani na chwilę nie wypuszcza z rąk. Dziś zamontował przy ich pomocy uchwyty do dywanu na schodach i twierdzi, że są wspaniałe i „bardzo amerykańskie, to znaczy poręczne.
[...] Resztę świątecznego dnia spędziłam w kuchni piekąc mego pierwszego, wprost cudownego, złotobrązowego indyka nadziewanego farszem Twego przepisu z bułki namoczonej w śmietanie, brukselki, kasztanów i żółtej rzepy (coś między dynią a pomarańczą), gotując sos z podrobów i robiąc jabłka w cieście — z resztek naszych własnych, starannie przechowywanych jabłek. Późnym popołudniem zasiedliśmy we trójkę do wspaniałej uczty, a Frieda pałaszowała wszystko, aż jej się uszy trzęsły. Potem spokojny wieczór przy kominku...

xxx Sivvy
Sylvia Plath i Ted Hughes.
Sylvia Plath, Listy do domu, tłum. Ewa Krasińska, Czytelnik 1983, s. 417-418.

środa, 28 grudnia 2011

Odcinek 189: Maria de Sévigne, 1689 rok

List Marii markizy de Sévigne do córki, Franciszki Małgorzaty de Grignan
Les Rochers, środa 28 grudnia 1689 roku
Nie dostałam Twoich listów, moja najdroższa. Lecz nie powinnam się uskarżać: nie zdarzało się to już od dawna. Mój pocztowy doniósł mi, nim zdążyłam się na cokolwiek poskarżyć, że często poczta z Bretanii odchodziła, zanim listy od Ciebie nadeszły; częstokroć jednak otrzymuję je jak należy i być może zima przyczyną jest tych drobnych nieporządków, toteż nie radzę Ci zmieniać ustalonych dni.
Rzekoma komnata pani de Sevigne na zamku Les Rochers.
Mieliśmy tu przepiękną pogodę aż do wigilii Bożego Narodzenia. Byłam właśnie na krańcu dużej alei i podziwiałam urodę słońca, kiedy dostrzegłam nagle wynurzającą się z zachodu chmurę czarną i poetycką, w której słońce zatopiło się rychło i jednocześnie opadła ohydna mgła; umknęła zaraz. Nie wychodziłam z pokoju i z kaplicy aż do dnia dzisiejszego, kiedy znów zjawił się biały gołąb, zwiastun pogody: ziemia odzyskała swą barwę, a drzewa, pokryte przez kilka dni kandyzowanym koperkiem, są znów takie jak zawsze; słońce wychodzące ze swej norki skłoni mnie zapewne na powrót do podjęcia spacerów; mogę Cię bowiem zapewnić, moja najdroższa, skoro tak troszczysz się o moje zdrowie, że ilekroć jest brzydka pogoda, spę­dzam czas przy kominku na rozmowach z Twoim bratem i jego żoną. [...]
Piękna księżna du Lude kazała porąbać wszystkie swoje srebrne meble na kawałki: Beaulieu widział to na własne oczy; lecz kawałki okazały się mieć wcale ładną wartość i dostała za nie jeszcze dwadzieścia siedem tysięcy talarów, co pozwoliło jej umeblować się na nowo meblami z drewna, powstawiać lusterka i zwierciadła, wszystko za skromną sumę dwóch tysięcy talarów. Wszyscy Rochefoucauld podczas pożaru noc całą spędzili w ogrodzie i nazajutrz ksiądz de Marsillac i jego siostry okropnej dostali chrypy i kaszlu; strat mieli na dwadzieścia tysięcy talarów. Opowiedziałam Ci oto, moja najdroższa, o niemałych zmartwieniach; w niedzielę lepszy list napiszę, mówić bowiem będę o Tobie i wszystkim, o czym mi piszesz. Tymczasem kocham Cię z całego serca, zawsze i codziennie. Myślę często o swej najdroższej córce i wierzę, że mnie kocha. Proszę ją o przekazanie wszystkim pozdrowień ode mnie i przyjęcie takowych od swego brata i jego połowicy.
Listy pani de Sévigne, tłum. Michał Mroziński i Anna Tatarkiewicz, Państwowy Instytut Wydawniczy 1981, s. 362–364.

wtorek, 27 grudnia 2011

Odcinek 188: Natalia Dawydowa, 1914 rok

List Natalii Dawydowej do Karola Szymanowskiego

Rzym, 27 grudnia 1914 roku

Karol Szymanowski, 1911 rok.
Chéri,
czuję się tak winna wobec Pana, że kara, jaką muszę obecnie ponosić — Pańskie długie milczenie, zupełny brak wiadomości o Panu, nawet nieznajomość miejsca Pana zamieszkania — jest całkiem sprawiedliwa! Nie odpowiedziałam Panu na ostatni list, nie napisałam nawet, podczas gdy Pan prosił, by pisać często. I to wiedząc, że jest Pan samotny! Mam w końcu to, na co zasłużyłam, ale teraz, Chéri, proszę nie trzymać mnie dłużej w niepewności, proszę nie pozbawiać mnie Pańskich listów, proszę mi przynajmniej napisać, gdzie Pan jest? Depeszowałam do Pana do Zakopanego (poste restante), odpowiedzi brak. Jeśli jeszcze jeden dzień lub dwa nie otrzymam odpowiedzi na mój telegram, zadepeszuję do Lwowa, by dowiedzieć się Pańskiego adresu. Na stole znajdują się książki, które również czekają na to, by je wysłać — to Lorenzo da Medici, którego nareszcie zdobyłam w Rzymie. Przypuszczam, że znajdzie Pan tam sonety. Loescher (księgarz) powiada, że to najlepsze wydanie, jedyne kompletne. Jest tam także „portret nieznajomego z Florencji. Czy to jest to, czego Pan chciał? Jeśli nie, poszukam czegoś innego. Ale ta głowa jest Perugina, z Galerii Uffizi. Myślę, że o to Panu chodziło?
Co Pan robi, Chéri? Byłam tak daleko od Pana przez cały ten czas! Napełnia mnie to smutkiem, lecz niech mi Pan wierzy, Karolu, moje myśli powracają, wciąż do Pana, a całe moje serce wypełnia wtedy czułość. Ta czułość pozostaje zawsze, nic nie może jej odmienić...
Pracuje Pan? Jest Pan sam? Jakże chciałabym być z Panem! Odczuwam taką potrzebę zobaczenia Pana! Oddałabym w tej chwili wszystko w świecie, by widzieć Pańską drogą twarz!
Tydzień już jak jestem w Rzymie, przez cały ten czas przebywałam w Neapolu. Jeśli byłam tam szczęśliwa, to również i przecierpiałam wiele... wiele, wiele, lecz nie mówmy o tym, to dla mnie zbyt bolesne. Potrzebuję teraz dużo spokoju... Rzym jest jak zawsze wspaniały, pogoda piękna! Mieszkamy w Hotel de Russie, który posiada wielki ogród od strony Pincio. Z okien mojego saloniku widzę Piazza del Popolo z jego fontanną, kościołami. Niech Pan o mnie nie zapomina, Karolu, niech Pan napisze jak najszybciej. List posyłam do Wiednia, może zostanie Panu przesłany dalej. Gdzie, gdzie Pan jest, Chéri? Proszę kochać mnie zawsze                                                        
Pańska
Nathalie
Karol Szymanowski, Korespondencja, t. 1, oprac. Teresa Chylińska, Polskie Wydawnictwo Muzyczne, 1982, s. 409.

poniedziałek, 26 grudnia 2011

Odcinek 187: Sławomir Mrożek, 1961 rok

List Sławomira Mrożka do Stanisława Lema  

Londyn, 26 grudnia 1961 roku
Reklama piwa, 1956 rok.
[...] Xmasa spędziłem w rodzinie tutejszej, rdzennej. Polaków jak dotąd udaje mi się szczęśliwie nie spotykać. Powiedzieli, żebym przyszedł, został na noc, bo będzie party. Jak party to party, myślę sobie i ze swojej strony kupuję flaszkę wódki tutejszej, whisky zwanej. Party pod Londynem miała być z licznym udziałem aktorów. „Oho”, myślę sobie, „aktorów” i zacieram ręce, bo znam aktorów (polskich). Wiozą ci mnie za Londyn. Wchodzimy. Rodzina, zakąski gotowe, grzecznie gadu-gadu, myślę sobie, za­raz się zacznie. No i przesiedzieliśmy do pierwszej przy komin­ku. Z boku stała prawdziwa beczka z piwem. Aktorzy, owszem, przyszli. Również usiedli. Panowie siedzieli w fotelach i wypijali co kwadrans jeden litr piwa. Czerwienieli, pęcznieli, wychodzili, wracali, kontynuowali. Panie siedziały w kątach na gorszych zydelkach. Były także dzieci, dwoje półrocznych, przewijano je w czasie party, adapter grał, panowie pęcznieli, a potem wszyscy poszli spać. Dano mi pokój rzecz jasna bez żadnego ogrzewania, więc nie rozbierając się, włożyłem na siebie płaszcz i poszedłem do łóżka. Rano wstaję, przecieram szybki z mrozu, a tu panowie w samych koszulach już się krzątają po ogródku, przy samochodach coś majstrują. Zwlokłem się, wniesiono indyka wielkości świni. Zjedliśmy go, napęcznieli i usiedli przy kominku. Jak nic zleciało do wieczora, to sobie człowiek na telewizor spojrzał, to beknął, to piwka pociągnął, kilka osób zasnęło w fotelach, potem wróciliśmy do Londynu. Teraz rozumiem, dlaczego mogli stworzyć imperium. Nie tracą zdrowia ani energii na samospalanie się w słowiańskich orgiach. [...] 
Stanisław Lem, Sławomir Mrożek, Listy 1956-1978, Wydawnictwo Literackie 2011, s. 86-87.    

Za dzisiejszy cytat serdecznie dziękujemy 

niedziela, 25 grudnia 2011

Odcinek 186: Adrian Mole, 1982 rok

Z dziennika Adriana Mole’a

Boże Narodzenie
Wstałem o piątej rano, żeby się przejechać na moim wyścigowym rowerze. Ojciec zapłacił za niego kartą American Express. Nie mogłem pojechać daleko z powodu śniegu, ale to nie szkodzi. Już samo patrzenie na mój rower sprawia mi przyjemność. Ojciec napisał na bileciku przyczepionym do kierownicy: „Tym razem nie zostawiaj go na deszczu na dworze” – tak jakbym mógł zrobić coś podobnego!
Rodzice mają porządnego kaca, więc zaniosłem im śniadanie do łóżka i równocześnie wręczyłem prezenty. Mama bardzo się ucieszyła czasomierzem do gotowania jajek, a ojciec był równie zachwycony zakładką; w istocie wszystko było w porządku, dopóki nie wspomniałem mimochodem, że Bert i Queenie są tego dnia moimi gośćmi i czy ojciec nie mógłby wstać i pojechać po nich samochodem.
Adrian Mole z rodziną, kadr z serialu BBC, 1987 rok.
Awantura trwała aż do przyjazdu tych przebrzydłych Sugdenów. Babcia i dziadek Sugdenowie, wujek Dennis, jego żona Marsja i syn Maurycy wyglądają identycznie. Jakby codziennie chodzili na pogrzeby. Trudno mi uwierzyć, że mama jest z nimi spokrewniona. Sugdenowie odmówili drinka i pili herbatę, podczas gdy mama rozmrażała indyka w wannie. Pomogłem ojcu wytaszczyć Queenie (105 kg) i Berta (98 kg) z samochodu. Queenie należy do tego typu hałaśliwych staruszek, które farbują włosy i usiłują wyglądać młodo. Bert jest w niej zakochany. Powiedział mi to, kiedy go prowadziłem do ubikacji. [...]
Poszedłem do łazienki i zastałem tam zapłakaną mamę, która oblewała indyka gorącą wodą z kranu. Powiedziała: „Adrianie, ten przeklęty ptak nie chce się rozmrozić. Co ja mam zrobić?” „Po prostu wrzuć go do pieca”, poradziłem. I mama tak właśnie zrobiła.
Zasiedliśmy do świątecznego obiadu z czterogodzinnym opóźnieniem. Ojciec był już wtedy zbyt pijany, żeby cokolwiek jeść. Sugdenom podobało się przemówienie królowej, ale jakoś nic poza tym ich nie zadowalało. Babcia Sugden dała mi książkę pod tytułem „Historie biblijne dla chłopców”. Nie bardzo mogłem jej powiedzieć, że utraciłem wiarę, więc podziękowałem i uśmiechałem się fałszywie tak długo, aż mnie rozbolały mięśnie.
O dziesiątej Sugdenowie poszli na swoje polowe łóżka. Bert, Queenie i moi rodzice grali w karty, a ja czyściłem swój rower. Wszyscy bawiliśmy się doskonale, żartując z Sugdenów. Potem ojciec odwiózł Berta i Queenie do domu starców, a ja zadzwoniłem do Pandory, żeby jej powiedzieć, że kocham ją bardziej niż samo życie.
Idę do niej jutro, żeby zanieść dezodorant i zabrać ją na pantomimę.
Sue Townsend, Sekretny dziennik Adriana Mole’a lat 13 i ¾, tłum. Hanna Pawlikowska, Książka i Wiedza 1995, s. 227–229.

sobota, 24 grudnia 2011

Odcinek 185: Wigilie polskie

Seweryn Korzeliński, Opis podróży do Australii i pobytu tamże od r. 1852 do 1856
Seweryn Korzeliński.
Najgorzej przyszło mi przepędzić dzień w Wigilię Bożego Narodzenia. Od dzieciństwa przyzwyczaiłem się w dniu tym post zachować ścisły, nie chciałem też i w Australii łamać go. Lecz widzę: inna to rzecz w domu, po spożytej dobrej wieczerzy w dniu poprzedzającym pójść nazajutrz dla zabawki na polowanie i nic nie jeść aż do pierwszej gwiazdy, a zupełnie inna siły wycieńczone uciążliwą pracą bardziej osłabiać postem skrupulatnym. [...] Wieczór tyle wspomnień drogich zamykający, bo o tej porze w kraju naszym zbierają się rodziny, by razem przełamać się opłatkiem, zasiąść do wieczerzy w serdecznej rozmowie, a potem przy kominku. Tu nie masz ani opłatka, ani rodziny, a gorąco tak mocne, muchy tak naprzykrzone, że się niepodobnym zdaje, by to był czas Bożego Narodzenia; zwłaszcza nam, dzieciom Północy, przyzwyczajonym widzieć w dniu tym śniegi i zawieje. Lecz tak jest, jutro Boże Narodzenie. Po to płynęliśmy trzy miesiące, by z drugiej strony kuli naszej pozbawionym być w dniu tym wszystkiego, co nam miłe, gdzie na wigilię nie ma opłatków, a zamiast grzania się przy kominku pot z czoła ocierać trzeba na dworze.
Wieczerza też nasza nie była podobną do pozywanej niegdyś w domu. Składały ją rosół, mięso, a z nadzwyczajnym dodatkiem wystąpił B., kucharz nasz teraźniejszy, z plackami smażonymi na łoju. Te potrawy nie zdołały zastąpić szczupaków, karpi itd., ale podsyciły i przywróciły upadające siły, co główną było rzeczą, bo przecież można było bez zawrotu głowy siedzieć, przechadzać się przy księżycu, ślicznie w owej chwili oświecającym góry przed naszymi namiotami wznoszące się, i podumać o swoich i o kraju. Niedługo samotnie mogłem się oddawać myślom, znużenie było mocne, potrzeba odpoczynku konieczna.
Cyt. za: Izabela Jarosińska, Kuchnia polska i romantyczna, Wydawnictwo Literackie 1994, s. 78-80.

List Zofii Wańkowiczowej do męża, Melchiora

Jodańce, 1927 rok
Dwór w Jodańcach.
[...] W Wigilię było robienie porządków ostatecznych i upiększeń mieszkania, ubieranie choinki, potem wysłałyśmy konie po Ciebie na wszelki wypadek z futrem i walonkami na nogi i czekałyśmy z wilią na powrót koni. [...] Pod obrusem było siano i snop pszeniczny w rogu, choinka była śliczna. (Zrobiłam sto pięćdziesiąt zabawek, prócz masy orzechów złoconych przez nas z zapałem.) Dzieliliśmy się opłatkiem, położyliśmy nakrycie „dla Tatusia”, jedliśmy gotowaną pszenicę, „by być dobrymi gospodyniami cały rok”, potem zaprosiliśmy całą służbę na choinkę i słodycze, zapaliliśmy świeczki i śpiewaliśmy kolędy, a dzieci rozdały służbie przygotowane podarunki, a chłopcom papierosy. Były strasznie rozradowane z wilii i choinki, wróżyły ze słomy spod obrusa, cieszyły się darami: od Reni portmonetki, a w nich po 6 l[i]t[ów], ode mnie albumiki z motylkami i pieskiem do pisania wierszy, rysowania rysuneczków lub pisania pamiętnika, oraz kajeciki na książeczki rachunkowe z własnych kapitałów. P. Alinie zrobiłam małą serweteczkę, a Reni dzieci wyszyły podstawkę do lampy i sachette na zapałki z herbem. Obydwie rzeczy usilnie wykańczałam, bo „było trudno”. [...]
King i Królik. Korespondencja Zofii i Melchiora Wańkowiczów, 1914–1939, oprac. Aleksandra Ziółkowska-Boehm, Twój Styl 2004, s. 440–441. 

Z notatek więziennych Marii Ginter z d. Zieleniewskiej

Warszawa, więzienie Pawiak, 1940 rok
„Duch więzienia”,
rys. Jadwiga Tereszczenko.
Od samego rana wydawano świąteczne paczki. Każda, uradowana, pędziła do dyżurki i wracając z pudłem próbowała już po drodze domowych smakołyków. Wiele z nas na próżno czekało do wieczora! Ponieważ nie zdążyli rozdać takiej ilości, część pozostawiono na dzień następny. O czwartej Patronat urządził wspaniałą ucztę: śledzie, kartofle i kluski z makiem. Łyknęłyśmy szybko, aby zapomnieć, że to wieczerza. Nie można się „rozklejać”! Po wyjściu Niemców, wszystkie cele były pootwierane. Na każdym piętrze choinka, a więźniarki urządzały uroczyste wieczerze. Poszłam do celi 12. Połączono stoły, nakryto prześcieradłem i zastawiono różnymi przysmakami z paczek. Przypominały prawdziwy stół wigilijny. Gałązka świerku, poprószona watą, kilka świeczek i opłatek – dopełniały całości. Po wspólnej modlitwie, przerywanej cichymi łkaniami, podzieliłyśmy się opłatkiem, życząc sobie nawzajem wolności. W milczeniu zasiadłyśmy do stołu. Każda z myślą o domu przy rodzinnym stole, przez łzy łykała mikroskopijne porcyjki.
W szpitalu wszystkie chore zebrały się wokół choinki i śpiewały chórem kolędy. Irka nie wytrzymała tego nastroju i poszła wypłakać się do łóżka. Po apelu stałam jeszcze długo przy otwartym oknie.
Maria Zieleniewska-Ginterowa, Z pobytu w celi małoletnich, w: Wspomnienia więźniów Pawiaka, Ludowa Spółdzielnia Wydawnicza 1978, s. 190.


E-mail Zdzisława Beksińskiego do Liliany Śnieg-Czaplewskiej

Warszawa, 2003 rok
Zdzisław Beksiński.
[...] Wigilię spędzę w domu przy komputerze – czyli mamy stereotypowy obrazek w landrynkowym stylu pt. „Samotna Wigilia osamotnionego starca”. Mój Boże. Od czasów Dickensa uważa się, że akurat we Wigilię budzą się w człowieku jakieś specjalne emocje, ale zaręczam, że we mnie się nie budzą, mimo iż na ogół nie jestem głąbem pozbawionym głębszych uczuć. Wigilia to Wigilia i nic poza tym. Oczywiście, gdy była jeszcze rodzina, to trzeba było (żona kultywowała tradycję) siadać do wspólnej kolacji, był barszcz z uszkami, plastikowa namiastka choinki i jakieś tam prezenty, a raczej atrapy tradycji, ale to wszystko było w moim odczuciu sztuczne i wysilone. Tomek też za tym nie przepadał, a już kolęd po prostu NIENAWIDZILIŚMY. Dzielenia się opłatkiem też. U szwagra ryczy się kolędy, palą się świeczki i panuje atmosfera skoncentrowanego koszmaru. Ryba, opłatek, obyśmy, choinka do sufitu w tle i tak dalej. Naprawdę za tym nie tęsknię, a myśląc o tych, którzy ode mnie odeszli codziennie i to wielokrotnie, nie myślę akurat intensywniej dlatego, że w oknach bloku naprzeciw palą się światła choinek. Daję uroczyste słowo. [...] Stille Nacht heilige Nacht. Wszystkiego najlepszego z okazji Świąt. W końcu stać mnie na odrobinę konwencji. Beksiński
Liliana Śnieg-Czaplewska, Bex@. Korespondencja mailowa ze Zdzisławem Beksińskim, Państwowy Instytut Wydawniczy 2005, s. 64.

piątek, 23 grudnia 2011

Odcinek 184: Helena Modrzejewska, 1877 rok

List Heleny Modrzejewskiej do Marii Faleńskiej

Nowy Jork, 23 grudnia 1877 roku
Helena Modrzejewska w roli Kamili
(Dama kameliowa), Nowy Jork.
Droga, kochana Pani!
Nie mogłam odpisać wcześniej na list, pełen — czego? Ot,  pełen  dobrych,  szczerych,  serdecznych  wyrazów,  za który nie wiem doprawdy, jak dziękować. Jaka Pani dobra, to sama o tym nie wiesz. Każdy list Pani przynosi mi pociechę, której bardzo potrzebuję w mym osamotnieniu. Mówię w osamotnieniu, ponieważ przez parę miesięcy byłam sama z Dolkiem [synem Rudolfem]. Bieda na jakiś czas rozłączyła mnie z Karolem. On pojechał na farmę, bo tam przynajmniej mógł żyć, a ja z Dolkiem bardzo skromnie żyłam z tego, co zebrać mogłam z sprzedaży kilku kosztowniejszych przedmiotów przywiezionych z kraju. Przed wyjazdem moim do Nowego Jorku Karol przyjechał do San Francisco — zdrowszy dzięki Bogu (bo, jak pisałam, zdrowie jego szwankowało) — i pozostał ze mną dwa tygodnie, tj. aż do mego wyjazdu. Obecnie znajduje się w San Francisco — dla tych samych powodów, które nas poprzednio rozłączyły. Podróż od jednego oceanu do drugiego jest bardzo kosztowna, a że ja, zamiast kapitałów, mam dotychczas tylko długi, więc czekamy lepszych czasów, aby się znów połączyć. Chciałabym bardzo, żeby przyjechał do Nowego Jorku, bo tu będzie bliżej Europy i — chociaż niepodobna, żeby ze mną jeździł po różnych miastach, bo tu ludzie bardzo dziwnie patrzą na mężów podróżujących z występującymi na scenie gwiazdami. [...]
A teraz donoszę Pani, że wczoraj, tj. 22 grudnia 1877 r., wystąpiłam po raz pierwszy w Paryżu Stanów Zjednoczonych [w Nowym  Jorku]. Bałam się strasznie — i gorzej grałam niż kiedykolwiek, a przede wszystkim gorzej wymawiałam, pomimo tego nie było końca oklasków. Dziś rano mój agent przyniósł mi wszystkie pisma — wszystkie jednomyślnie chwalące mnie. Powinna bym być zadowoloną, a jednak rozpłakałam się jak dziecko. Dlaczego? Ot, niech Pani sobie mnie wyobrazi w obszernym salonie, wygodnym, ogrzanym, sute śniadanie zastawione przede mną, dwanaście pism, śpiewających mi pochwały, rozrzuconych na ziemi, na stole ogromny kosz kwiatów z napisem Hołd od rodaków. Jednym słowem, wszystko, co może zadowolić miłość własną i żołądek, ale proszę się obejrzeć naokoło: w tym salonie ja jestem sama, ludzie, co przemawiają do mnie — cudzoziemcy, nikogo, co by dzielił ze mną owe triumfy, o których powiedzieć mogę jak Hamlet [w przekładzie] Ostrowskiego, że „złamanej szpilki niewarte. Wprawdzie Dolek jest ze mną, ale on zajęty swą muzyką i wtenczas tylko szczęśliwy, gdy gra — nie mam prawa zajmować go mymi sprawami. Tak więc, zmuszona sama trawić moje powodzenie, czuję się często chorą — moralnie. W tej chwili spoglądam od czasu do czasu na ów kosz kwiatów i serce mi się ściska, i tęsknota za krajem wraca w całej potędze, i chciałabym mieć skrzydła, uciec stąd do moich i tam, moim językiem wyśpiewać wszystkie walki, które przebyłam. Zdaje mi się, że piszę niedorzeczności. Daruj mi Pani. Odczytałam mój list i chciałam go spalić — ale się namyśliłam i posyłam, jaki jest. Jeżeli w nim jest co nienaturalnego, proszę to złożyć na karb gorączki.
Helena Modrzejewska w roli Julii
(Romeo i Julia), San Francisco.
[...] Takie życie, jak obecnie prowadzę, nie jest dla mnie. Niech Pani sobie wyobrazi, co to jest grać — jak ja tu będę — trzy, cztery lub pięć tygodni co dzień Adrianną Lecouvreur, a w każdą sobotę dwa razy na dzień, potem pojechać na tydzień do Filadelfii i grać znów Adriannę, potem na tydzień do Baltimore i znów to samo, nareszcie do Bostonu — tam zmiana: tydzień Adrianna, tydzień Julietta, tydzień Dama kameliowa. Gram tę sztukę, niestety, ale muszę przyznać, że w przerobieniu angielskim owa dama jest tylko kokietką, tak niesłychanie popularną i lubianą, że byłam zmuszoną ubrać się w nią. Zresztą, co mi tam — nie myślę wpływać na moralność panien amerykańskich, które, między nami mówiąc, jeżeli są bardzo surowe w pozorach, to podobno w czynach są niesłychanie liberalne. Nigdzie się nie widzi tyle hipokryzji, co w tym Nowym Świecie. Najmniejsze zboczenie z drogi wywołuje skandal, ale dopóki dowodów nie ma, choćby nawet wszyscy wiedzieli o fakcie, to wszystko jest all right.
Kończę mój list prośbą o częste wiadomości o sobie, o panu Felicjanie, któremu posyłam serdeczne pozdrowienie. Ściskam kochaną Panią — a proszę nie chorować. Obojgu życzę zdrowia.
Helena
[...]
Korespondencja Heleny Modrzejewskiej i Karola Chłapowskiego, t. 1, wybór i opracowanie Jerzy Got i Jerzy Szczublewski, Państwowy Instytut Wydawniczy 1965, s. 398-401.

czwartek, 22 grudnia 2011

Odcinek 183: Zofia Nałkowska, 1913 rok

Z dzienników Zofii Nałkowskiej

Górki, 22 grudnia 1913 roku

Zofia Nałkowska, 1910 rok.
Jestem stworzona na kobietę prywatną. I wszystkie dygresje moje w kierunku swawoli lub cyganerii były zawsze pomyłką. Lubię do przesady swój dom, oddychać mogę jedynie w atmosferze rodziny. Nie umiem kochać się efemerycznie. W warunkach mego nieszczęsnego małżeństwa i przy mych „przekonaniach” powinnam była zostać Messaliną. Tymczasem przez lata już całe trwam nieomal w panieństwie – mimo że pokus mi nie brak i że jedyna moja próba wolnomiłosna nie zgotowała mi ani rozczarowania, ani cierpienia. – Moje nawet zmysłowe marzenia łączą się zawsze potajemnie z tęsknotą za przystanią. Marzę o kimś silniejszym, przy kim mogłabym zamknąć oczy chociaż na chwilę. Dotąd najsmutniejszymi mymi słowami miłosnymi są owe napisane z powodu Szalita: „nie będzie domu naszego na żadnym miejscu ziemi”. – Mój wiek spóźniony, pobladłe od książek „jagody” i zwłaszcza stan cielesnego zobojętnienia daje mi pewność, że nie zmieni się już nic. [...]
Zofia Nałkowska, Dzienniki 1909–1917, oprac. Hanna Kirchner, Czytelnik 1976, s. 288–289.

środa, 21 grudnia 2011

Odcinek 182: Jeremi Przybora, 1964 rok

List Jeremiego Przybory do Agnieszki Osieckiej

21 grudnia 1964 roku
Śpiewaczko Moja Ucieszna!
Jeremi Przybora w filmie Upał
w reż. Kazimierza Kutza, 1964 rok.
Znów piszę do Ciebie list, który będą czytali obcy ludzie, bo poczta ostrzega Polaków, że tylko listy wysłane przed 21-szym dojdą na Święta! I znów (jak wtedy w Zakopanem) obcy ludzie dowiedzą się, że tak Ciebie kocham i że mi tak tęskno za Tobą jak dzieciom za św. Mikołajem oraz jeszcze trochę inaczej, co przekracza zakres darów św. Mikołaja dla dzieci. Wracam po lataniu po mieście do nas na Pragę, bo tu mi bliżej do Ciebie o Twoją obecność w tych ścianach, o Twoją fotografię i Twoje piosenki na płycie. Tylko że ilekroć nastawię sobie „Okularników”, natychmiast przychodzi szwagier-staruszek i coś mi zaczyna pieprzyć, tak że mam ochotę wyrżnąć go jakąkolwiek inną płytą po głowie, ale nie czynię tego, częściowo na skutek starannego wychowania, jakie odebrałem, częściowo przez wzgląd na Halinę [siostra Przybory], która jest bardzo zacna [dopisek pod listem: Zresztą – czy taki staruszek przestanie pieprzyć od uderzenia płytą po głowie?]. Marta jest zachwycona szalikiem od Ciebie, a ja to znowu – Tobą, częściowo ponieważ wykorzystuję każdą okazję, żeby być Tobą zachwycony, a częściowo ponieważ to właśnie szalik, który odebrałem dziecku, Tyś mu przywróciła! Nieprawdopodobna Panienko moja! W miłości mojej do Ciebie przypominam filozofa Kanta. Uważał on, że czas i przestrzeń nie istnieją obiektywnie, są tylko formą naszych postrzeżeń, istniejącą w nas samych. Ja też nie istnieję obiektywnie – jestem formą postrzegania Ciebie przez kogoś o wiele ode mnie doskonalszego. O tym niech obcy ludzie też się dowiedzą! I o tym, że mam dla Ciebie prezencik gwiazdkowy, który mnie się podoba i o którym marzę, żeby się i Tobie podobał. Niczego w Tobie nie chciałbym zmienić. Ani jednego słowa, które wypowiedziałaś, ani jednego spojrzenia, nawet Krysi S. w pełnych reflektorach na moich kolanach nie chciałbym w Tobie zmienić, ani ptaszka w Twoim f; w tej chwili już nawet żałuję maleńkich przerw w Twoim uśmiechu, kiedy już będziesz go miała „dookoła głowy”. Dzięki Tobie dotknąłem firmamentu i wiem, że świat jest nieskończony, ale można go doskonale objąć, ogarnąć i sprawia to tę wtedy ogromną przyjemność, którą nazywają szczęściem! A pończoch jeszcze Marcie nie przekazałem, ale jutro to zrobię. Wieczorem przed snem przeczytam sobie całą korespondencję od Ciebie, jaką mam, a potem będzie mi się śniło, jak w czystym, chłodnym, niebieskim jeziorze pływam sobie i nagle trafiam na źródło gorące, a czytając to, obcy ludzie nic nie skapują, o co to chodzi!
Agnieszko! Spójrz na mnie, jak ja na Ciebie patrzę, i pocałuj mnie, a potem zacznij już do mnie wracać!
Twój Jeremi

Agnieszki Osieckiej i Jeremiego Przybory listy na wyczerpanym papierze, oprac. Magda Umer, Agora 2010, s. 67–68.

wtorek, 20 grudnia 2011

Odcinek 181: Cyprian Kamil Norwid, 1892 rok

List Cypriana Kamila Norwida do Marii Trębickiej

Berlin, 20 grudnia 1845 roku

Maria Trębicka, przyjaciółka Norwida.
Po niefortunnych oświadczynach poety
znajomość została zerwana.
Chcę odpowiedzieć na dwa listy, które już dobroć Pani spowodowała, że mnie doszły. Może się nie potrafię, jak bym pragnął, wywdzięczyć za tę pieczołowitość tak prawdziwie braterską, że niezawodnie byłbym w błędzie, gdybym inaczej ją był nazwał. Mówię, że może nie potrafię, bo nawet pismo moje ani tyle obszernym, ani tyle będzie zajmującym z powodu pewnych usposobień, prac, zatrudnień etc., które mię czynią nieudolnym do jasnego rzeczy wyłuszczenia.
[...] Nie nazbyt to wygodnie na tym fałszywym gruncie, którym jesteśmy otoczeni, tak niepowrotnie się osadzać - ale miałem już przykład, że lepiej jedno stracić życie pod rozłamanym drzewem, które się kiedyś zaszczepiło, niżeli błądzić po pustyni i na fata-morgana jako na sady swoje patrzyć. Jest to powieść odwieczna i nie znajoma Pani, napomykam ją tylko, bo tak przychodzi mi na pamięć jak żołnierzowi, że się ostał aż do ostatnich niebezpieczeństw i że nie wrócił się przykładem rozsądniejszego i praktyczniej umiejącego się zachować.
Ja nie jestem praktycznym i nie chcę być praktycznym na widnokręgu uczuć. Czasem mi myśl przychodzi, że tak życie wyczerpnę... ale dobrze! Na to jest ż y c i e, by je w y-ż y ć, lecz nie na to, by u ż y ć. O! Boże, jakże pragnę tę głąb serca mojego TYM właściwie dać poznać, którzy, o ile sądzić mogę - - -
Nie umiem Pani podziękować za wiadomość o zdrowiu i szczegóły z podróży Pani naszej [Marii Kalergi]. List Pani czasem jest okropny (tego serio nie mówię, tylko o tyle, o ile żartem takiego słowa użyć można) - jest tak o k r o p n y, jak ten Niemiec, który Paniom do Koten towarzyszył, człowiek, o ile sądzić mogłem, dobrze wychowany i przyjemny.
Jak to dobrze, że ludzie nie mogą w innych serca spojrzeć i wiedzieć szczerze, jakie echo rozmowy ich wzbudzają - byłbym często okropnie z towarzystw wielu usuwanym. Musiałbym strzelać się o każde sprofanowanie słów i uczuć, a piersi moje tak by były, jak owa tarcz Gorgony, która teraz, na wewnątrz kryć się musząc pod frakiem, skutki swoje wywiera przeciwko temuż oburzeniu i sama własną siłę znosi, zostawiając gorzką obojętność.
Cyprian Kamil Norwid.
Ale niech Pani mi daruje, że tak jestem otwartym i że tak śmiem być żartobliwym... [...] Gdybym wiedział, że Pani nie spojrzy więcej na me listy, jak w chwili odebrania, pisałbym szerzej, szczegółowiej i opowiedziałbym o różnych marzeniach moich i widziadłach, ale że wiem, jak przykro czy raczej nieprzyjemnie odczytywać na nowo, co tylko w chwili utworzenia ma swój byt rzeczywisty, przeto się wolę ograniczyć. Jest to także z a l o t n o ś ć (nie ta, o której pan Rzyszczewski tak wymownie wspomina), ale stylu-zalotność.
Bo co innego Pani - każdy szczegół najmniejszy tak wiele szczęścia mi przyniesie, że nie potrafię podziękować. [...] Śmiem sobie przeto wyobrażać, że Pani nie ma mię za człeka egoistycznych tylko szukającego wiadomości, albo że mój egoizm nie zabiera w siebie i przyjaciół. Usilnie przeto proszę o to, ażebym nie był pozbawionym wiadomości o   zdrowiu   i tym wszystkim, o czym mnie wolno będzie wiedzieć, a co Panią obchodzi.
Jeszcze, jeszcze dziękuję za każde słowo Pani i jeszcze, jeszcze proszę o kilka słów w następstwie.
Cyprian K. Norwid
Proszę w moim imieniu złamać opłatek z Panią [Kalergi] i proszę to oznajmić, że ja nie zapomniałem.
Życzenia świąt pomyślnych i rozpoczęcia roku niech Pani raczy przyjąć od prawdziwego przyjaciela.
Cyprian Kamil Norwid, Pisma wybrane, t. 5: Listy, oprac. Juliusz W. Gomulicki, Państwowy Instytut Wydawniczy 1983, s. 33-36.

poniedziałek, 19 grudnia 2011

Odcinek 180: Katherine Mansfield, 1921 rok

List Katherine Mansfield do Dorothy Brett

Montana, 19 grudnia 1921 roku
Od ostatniego mego listu do Ciebie przebywam w dobrze mi znanej krainie pierzynek. Zimno przeszyło mnie na wskroś i ruszam tylko jednym skrzydłem. [...]
Katherine Mansfield i jej przyjaciółka
Dorothy Brett, malarka (z lewej).
Pogoda była śliczna. Słońce świeciło przez całe popołudnie, ale o zmierzchu wyskoczył pradawny wicher i dmucha, i jęczy. Jest to straszliwy wicher – wicher, o którym człowiek na szczęście zapomina, póki się znowu nie pojawi. Czy wiesz, o jakim wichrze myślę? Przynosi z sobą wspomnienia – a przez wspomnienia rozumiem to, o czym nie można myśleć bez bólu. Do mnie przynosi zawsze mego brata. Ach, moja miła, mam błogą nadzieję, że nie znałaś nikogo, kto umarł młodo – kto umarł przedwcześnie. Cóż to za gorycz! Ale co ja robię, chciałam napisać do Ciebie na święta – życzyć Ci wielu radości. Mogę to uczynić – nawet bez wielkiego trudu – pomimo trosk życiowych. Radujemy się z tego, że żyjemy, że się znamy, i w tym samym czasie stąpamy po ziemi. Róbmy projekty i przeprowadzajmy je, cieszmy się, kiedy się spotkamy. Daj Boże, abyśmy dużo się śmiały w tym roku i nigdy nie płakały. A przede wszystkim zachowajmy przyjaźń dla siebie. Twój ostatni list zawierał coś, co sprawiło, że stałaś mi się jeszcze droższa. Nie wiem, co to było. Miałam wrażenie, że wyszłaś z tego listu i dotknęłaś mnie z uśmiechem a ja zrozumiałam Twoją dobroć.
Katherine Mansfield, Listy, tłum. Maria Godlewska, Czytelnik 1978, s. 402–403.

niedziela, 18 grudnia 2011

Odcinek 179: Oscar Wilde, 1892 rok

List Oscara Wilde'a do Roberta Rossa

Babbacombe Cliff, 18 grudnia 1892 roku
                                 
Oscar Wilde
Mój Najdroższy Bobbie,
wielkie dzięki za New Review. Recenzja Gosse'a jest nader uprzejma i urzekająca. Powiedz mu, z jaką radością przeczytałem tak łaskawą opinię, tak wybitnego literata. Z reguły dziennikarze i literaci piszą tak okropnie, z tak grubiańską poufałością i jadowitą obrazą, że poniekąd o wzruszenie przyprawia mnie każda wzmianka o mnie, która jest łaskawa i kulturalna.
A co u Ciebie? Są piękni ludzie w Londynie? Tu ani jednego; wszyscy są tacy niewykończeni. Kiedy przyjeżdżasz? Jestem ospały i ociężały, i nic nie robię. Trzeba mnie pobudzić.
Ściskam Cię serdecznie.
Twój na wieki
Oskar
Nic nie mogło być inaczej: Listy Oskara Wilde'a, oprac. i tłum. Danuta Piestrzyńska, Wydawnictwo Książkowe Twój Styl 2005, s. 66.

sobota, 17 grudnia 2011

Odcinek 178: Wojciech Kossak, 1900 rok

List Wojciecha Kossaka do żony

Warszawa, poniedziałek rano 17 grudnia 1900 roku
Moja najdroższa, moja Manio, żono ukochana.
Julian Fałat, Autoportret z paletą,
1896 rok.
Za dwie godziny strzelam się z tym wariatem [chodzi o Juliana Fałata]. Nim ten list odbierzesz, będziesz już miała depeszę, że jestem cały i zdrów, bo tego jestem pewnym. Pan Bóg zanadto sprawiedliwy i miłosierny, abym ja miał tutaj jeszcze szkodę jaką odnieść.
Pokój mój to jeden stos biletów wizytowych od znanych i nieznanych a największych. Zacząwszy od Sienkiewicza, skończywszy na arystokracji rodowej wszystko przyleciało w godzinę lub parę po tej scenie na wystawie wyrazić mi współczucie i wdzięczność za panowanie nad sobą, a tamtemu nieszczęśnikowi oburzenie i hańbę. [...]
Idę ja niestety na to otwarcie uroczyste [gmachu Zachęty], trzyma się mnie ciągle Ajduś jak pijany płotu, a on Fałatowi ręki nie podaje i szuka z nim awantury na swoje konto. Toteż nie mogąc się uwolnić od Ajdukiewicza, unikam Fałata, którego od czasu do czasu w tłumie widzę z daleka.
Największy sukces wystawy to ja, dość że zastępca Imeretyńskiego, Podgorodnikow, i jenerał Komarów (ten co był swego czasu w Iwangrodzie) proszą, aby mnie poznać mogli. Szukają mnie po salach, gdzie pan Kossak, gdzie pan Kossak?
(Nie skończyłem tego listu, bo z przerażeniem spostrzegłem, że naj­wyższy czas jechać.)
To już piszę po pojedynku, w panoramce.
A tego nieszczęśnika słabe akwarele bardzo gdzieś w bocznej salce, nikt się o niego nie pyta, nikt go widzieć nie pragnie. Znajdują mnie nareszcie i wiodą w triumfie do tej grupy jenerałów, zdejmują futerko, ukazuję się we fraku i orderach tym septentrionom, którzy niezwykle przyjacielscy i entuzjaści nad moim obrazem. [...] Stary Fuchs, teść Kozakowskiego, trzyma przez ten czas moje futro. Kończy się to wszystko, przeciskam się z powrotem przez tłum do mego futra i do Fuchsa, naciągam je i chcę wychodzić, Ajduś znowu przy mnie, słyszę za sobą głos Fałata: – Jak się masz, Wojtek? – Udaję, że nie słyszałem, idę dalej. Wtem zadzwoniło mi w uchu – to on z tyłu paskudnie uderzył mnie około ucha ręką. Dzięki Bogu zesztywniałem i nie rzuciłem się na niego. Pomyśl, co by to było wobec tych Moskali i całej Warszawy, okropność pomyśleć. Wyleciałem zaraz i posłałem mu sekundantów: Olesia Rembowskiego i Romana Szwojnickiego.
Przed godziną w Ursynowie strzelałem do niego, chybiłem (czego nie żałuję), a on nie chciał do mnie strzelać, tylko stał, jakby żądając śmierci. Ponieważ jeszcze dwa razy mogłem strzelać i on także, poprosiłem Olesia, aby go się zapytał, czy i nadal nie chce się bronić. – Nie! – odpowiedział. Na to ja rzuciłem pistolet o ziemię i powiedziałem sekundantom, że do bezbronnego strzelać nie mogę. Nie podawszy mu ręki, wsiadłem z moimi kochanymi sekundantami do karety i przyjechałem tu, do kochanej budy, gdzie widzę łzy w oczach Kazia, serdeczne uściski i ręce wyciągnięte kochanych tych chłopaków.
Panu Bogu miłosiernemu i sprawiedliwemu dziękuję z głębi duszy, że tak pięknie rzecz się skończyła, a Ciebie, najdroższa moja, za te ciężkie chwile przepraszam i kocham całą duszą, całym sercem do śmierci daj Boże najpóźniejszej i przy Tobie – Twój Woniuś.
Jeszcze parę słów Ci dodać muszę, Maniuchna. Oto uważając się za ugryzionego po prostu, bez żadnej winy z mej strony, przez psa wściekłego, nie strzeliłem mu w łeb, gdy go miałem na parę kroków przed sobą, primo dlatego, że nie czułem się już pokrzywdzony wobec niesłychanej sympatii całej Warszawy dla mnie i dowodów życzliwości. Secundo nie mogłem tego na sobie przenieść, aby go zabić, a tertio, gdybym go był tylko ranił, to byłbym wydalony z granic Królestwa jako obcy poddany albo skazany na areszt jako tutejszy. Wreszcie to już umarły człowiek, któremu nikt więcej nie może dokuczyć i zniszczyć go jak on sam siebie. Gdy mu życie darowałem, ukłonił się i podziękował za wspaniałomyślność. [...] Mówią, że Fałat, wyczerpawszy się na żonie, zażył jakieś drogues [środki], niby to dające znowu siły do tego, i że to początki bzika, który zwykle z tego przychodzi. [...]

Zaprezentowany przez Kossaka w Zachęcie obraz Walka o sztandar nie był
„największym sukcesem wystawy”. Malarza skrytykowano za wystawienie
„antypatycznej apoteozy lejbhuzarów pruskich”.

Wojciech Kossak, Listy do żony i przyjaciół (1883–1942), t. 1, oprac. Kazimierz Olszański, Wydawnictwo Literackie 1985, s. 590–592.

piątek, 16 grudnia 2011

Odcinek 177: Zamach na prezydenta Narutowicza, 1922 rok

Komunikat Polskiej Agencji Telegraficznej o zamordowaniu prezydenta Rzeczypospolitej Polskiej Gabriela Narutowicza

16 grudnia 1922 roku, Warszawa
Gabriel Narutowicz
Kancelaria cywilna Prezydenta Rzeczypospolitej Polskiej komunikuje: w dniu dzisiejszym o godz. 11 m[in.] 30, p. Prezydent Rzeczypospolitej udał się do J[ego] Eminencji kardynała Kakowskiego, arcybiskupa i metropolity warszawskiego, celem oddania mu wizyty.
Po półgodzinnej bytności u J[ego] Eminencji udał się Prezydent Rzeczypospolitej do gmachu Zachęty Sztuk Pięknych na otwarcie dorocznego salonu. W chwili gdy Prezydent Rzeczypospolitej wprowadzony przez prezesa i wiceprezesa Towarzystwa Zachęty Sztuk Pięknych, w towarzystwie szefa kancelarii cywilnej, dwóch adiutantów prezesa Rady Ministrów oraz ministrów Kumanieckiego i Makowskiego znalazł się w pierwszej sali, stojący w tłumie tuż za prezydentem Eligiusz Niewiadomski strzelił trzykrotnie z rewolweru w plecy Prezydenta Rzeczypospolitej, po czym usiłował zbiec.
Prezydent upadł i w kilka minut życie skończył. Mordercę ujął adiutant Prezydenta Rzeczypospolitej.
Wezwany niezwłocznie przez ministra sprawiedliwości przybył na miejsce prokurator sądu okręgowego i rozpoczął dochodzenie. W 15 minut potem przybył przed pałac Zachęty wezwany telefonicznie szwadron przyboczny Prezydenta.
Ciało Prezydenta, okryte sztandarem Rzeczypospolitej, przeniesione zostało przez członków domu Prezydenta do powozu, po czym w eskorcie szwadronu przybocznego przewiezione zostało do pałacu belwederskiego.
Na stopniach powozu stali: adiutant generalny i lekarz przyboczny Prezydenta. Na dziedzińcu pałacowym oddała honory kompania przyboczna. Ciało Prezydenta Rzeczypospolitej, niesione przez oficerów, złożone zostało w sali audiencjonalnej. Przy zwłokach, przepasanych wielką wstęgą Orła Białego, pełnią wartę honorową ułani szwadronu przybocznego.
Cyt. za: Jerzy Borowiec, Od Sarajewa do Hiroszimy 1914–1945, Adam 1992, s. 41–42.

Maria Dąbrowska, Zabójstwo prezydenta Narutowicza (z uzupełnień do Dziennika)

Lipiec 1943 roku
[...] po powrocie do Warszawy nie czas było myśleć o żadnych subtelnych przeżyciach czy uczuciach. Nastroje były złowrogie, wojna domowa wisiała na włosku, aż wreszcie nastąpiła ohydna, ponura katastrofa. Moim szefem w biurze był wtedy pan Leonard Tur, z którym się stopniowo coraz więcej zaprzyjaźniałam. Nigdy nie zapomnę tej chwili, kiedy pamiętnego 16 grudnia weszłam do jego pokoju z jakimiś papierami urzędowymi do podpisu i zobaczyłam go nie wstającego z krzesła, śmiertelnie bladego, patrzącego na mnie szklanym wzrokiem i wodzącego ręką po twarzy, jak człowiek usiłujący się rozbudzić. Powiedział nie swoim, chrapliwym szeptem: „Narutowicz zabity”. Nic nie pamiętam, czy i cośmy później mówili. Pamiętam tylko moje osłupienie, jakbym nagle w sercu mojego narodu zobaczyła ziejącą mrokiem pieczarę śmiercionośnego bazyliszka.
Pogrzeb prezydenta Narutowicza.
Oboje z Marianem, który tę nikczemną skrytobójczą zbrodnię wręcz odchorował, chodziliśmy na zamek złożyć kwiaty u trumny Narutowicza. Olbrzymie milczące tłumy, sunące cicho przez Krakowskie i plac Zamkowy ku tej trumnie łagodziły cokolwiek trwające we mnie wówczas uczucie nieodwołalnego skalania dobrej sławy polskiego imienia. Powaga i wspaniałość iście królewskiego pogrzebu pierwszego prezydenta przyciszyła na chwilę zgraje wszelkiego duchowego i moralnego motłochu. Literze prawa stało się zadość. Skrytobójca poniósł karę śmierci, a nasz przyjaciel z czasów piotrkowskich, prokurator Rzeczypospolitej, Kazimierz Rudnicki, wygłosił przy tej sposobności jedną ze swych najlepszych mów oskarżających. Ale w istocie rzeczy i ta zbrodnia pozostała bezkarną, gdyż ukarano tylko „ślepy miecz”, a nie „rękę”, która nim kierowała. Co więcej, zbrodnia ta została ugloryfikowana. Grób skrytobójcy nie porósł chwastem zapomnienia, na grób ten pielgrzymowały tłumy nie mniejsze niż do trumny Narutowicza, pielgrzymowały nie dzień i nie dwa, lecz całe lata, znacząc swoje uczucia stosami kwiatów, a w dzień zaduszny – rojem świateł, którymi już z daleka jarzył się grób mordercy.
Wówczas to i pod wpływem tych faktów zrodziły się we mnie dwa poczucia, z którymi w sobie walczyłam, ale które, niestety, aż po dziś dzień wciąż wzmacniam i potwierdzam. Jednym z nich było wstrząsające odkrycie, że naród nasz składa się z dwu narodów, które język ust mają wspólny, ale nie język ducha. Drugim była tajemna trwoga, która się wówczas we mnie posiała, że ta zbrodnia u progu niepodległości na majestacie Rzeczypospolitej popełniona będzie się okrutnie mścić w przyszłości. Nie będąc wolną od magicznego myślenia drżałam zabobonnie, że za tę rozlaną krew najniewinniejszego wówczas Polaka lać się może kiedyś krew mnóstwa niewinnych Polaków.
Mogłabym dziś powiedzieć, że ta trwoga nie była bezzasadną, a choć zdaję sobie sprawę, że to jest prostacze stawianie sprawy, jednak sądzę, że najbardziej naukowy umysł, rozpatrujący nasze najnowsze dzieje, nie uniknąłby konieczności dostrzeżenia w zdarzeniach owego tragicznego grudnia jednego z zatrutych źródeł naszych klęsk i upadków.
Maria Dąbrowska, Dzienniki, t. 1, oprac. Tadeusz Drewnowski, Czytelnik 1988, s. 381–383.