środa, 30 listopada 2011

Odcinek 161: Maria Ginter, 1940 rok

Z notatek więziennych Marii Ginter z d. Zieleniewskiej

Warszawa, 30 listopada 1940 roku

Spacer na dziedzińcu Serbii
(rys. Jadwiga Tereszczenko).
Zaraz po śniadaniu poszłam na obieranie kartofli. Łudziłam się, że zobaczę siostrę i będziemy mogły porozmawiać. Spotkałam nie tylko Irkę, ale także Józkę i Stenię. Uradowane, usadowiłyśmy się razem w kąciku sali.
W kartoflami tłok straszny i zaduch nie do wytrzymania. Po pierwszych pytaniach – generalna narada. Józkę na przesłuchaniu pytali o nas wszystkich. Stenia wiedziała, że aresztowano także Jasia i Tadeusza. Nasza sprawa przedstawia się coraz jaśniej. Trzeba będzie posiedzieć dłużej.
Zaczęłyśmy dyskutować nad sprawą przesłuchań. Jak odpowiadać? W zasadzie wszystko jedno. Byle jednakowo! Ale co powie Jaś? Zaczęłyśmy wypytywać Józkę, jak było na przesłuchaniu: czy ją bili, czy bolało i czy zawsze biją? Jedna z sąsiadek usłyszała, o czym mowa:
– O, proszę pani – wtrąciła – jak jedną zbili, to na noszach przynieśli, skóra jej kawałkami odlatywała, żebro miała złamane i oko wypłynęło. A mężowi palce wyłamywali.
Dreszcz zgrozy nas przeszedł, ale obiecałyśmy sobie, że choćby nie wiem co, nic się od nas nie dowiedzą. Nie może się już nikt więcej tu dostać po naszych zeznaniach.
Strażniczka zauważyła w końcu naszą czwórkę i krzyknęła ze złością:
– Co jest do cholery! Obierać, a nie gadać, bo posadzę każdą gdzie indziej! Kumoszki, psia krew! Na plotki się tu zeszły!
Po paru godzinach ręce mdlały ze zmęczenia, a krzyża nie można było wyprostować. Obracałam w pokaleczonych rękach zgniłe, brudne, zmarznięte kartofle. Szybko, byle prędzej schylić się po następny, byle prędzej obrać cały kosz. Gdy wstawałam, żeby zsypać obrane ziemniaki do kadzi, robiło się czarno przed oczami z głodu i zmęczenia. Józka dała nam papierosa, więc wyszłyśmy z Irką do „kącika”, aby go wypalić do spółki. Zgłodniała, łapczywie zaciągałam się dymem ze sporta i po chwili byłam bliska omdlenia.
Po przyjściu do siebie stanowczo postanowiłam zmusić się do jedzenia. W dziesięciominutowej przerwie na obiad wnieśli kotły i dali po łyżce zupy. Wyłowiłam dwa kartofle i zjadłam z apetytem. Smakowały jak marcepan.
Obieranie trwało 12 godzin, ale mimo to byłyśmy zadowolone. Nareszcie mogłyśmy pogadać!

Maria Zieleniewska-Ginterowa, Z pobytu w celi małoletnich, w: Wspomnienia więźniów Pawiaka, Ludowa Spółdzielnia Wydawnicza 1978, s. 185–186.

wtorek, 29 listopada 2011

Odcinek 160: Jarosław Iwaszkiewicz, 1958 rok

Z dzienników Jarosława Iwaszkiewicza

 

Roma, 29 listopada 1958 roku

„Ten Chrystus”: Chrystus Zmartwychwstały
dłuta Michała Anioła z kościoła Santa Maria
sopra Minerva.
[...] Pomimo wszystkich „neorealistycznych filmów”, pomimo całej literatury Rzym nie jest dostatecznie opisany, pokazany, omówiony w swojej zadziwiającej osobliwości. Osobliwość ta – to owa niesłychana przyziemność jego mieszkańców, ich troska o byt codzienny – w kontraście z cudowną sztuką i przyrodą tego miasta. Ostatnio Rzym bardzo się zmienił dzięki zagęszczeniu samochodów, ale jest to zawsze to samo kontrastowe powiązanie – jeszcze niedostatecznie uwypuklone przez najbardziej rewelacyjne filmy. (Złodzieje rowerów – teraz się prawie rowerów nie widzi, tylko motocykle). Ktoś jeszcze musi to miasto odtworzyć.
Tym razem w Rzymie „odkryłem” tego Chrystusa. Jestem stary, zmęczony, nic mi już nie imponuje, mało interesuje. Ale do tego Chrystusa nagle się przywiązałem. Oczywiście nie chodzi tu o żadną urodę. Przedstawia brzydkiego, dojrzałego mężczyznę, o krótkich nogach, z budowy przypomina Mietka Goździkowskiego. Ale właśnie to triumfalne, bogate, dojrzałe, podobne do owocu ciało zrobiło na mnie takie wrażenie! Żywość tego modelu, a jednocześnie czułość, z jaką Michał Anioł rzeźbi te muskuły, głaszcze je i wygładza, delikatne przejście od brzucha do piersi jest jak gdyby prowadzone delikatną ręką.
Michał Anioł jako Heraklit,
detal Szkoły Ateńskiej Rafaela
Na portrecie Michała Anioła w Szkole Ateńskiej Rafaela zwracają uwagę ręce, bardzo nieładne, duże, robotnicze (jak o moich rękach pisała „Die Welt”), silne. I właśnie tą ręką wygładzono tak czule nie ciało już – ale skórę tego brzydkiego, starszego człowieka – takiego, jakich tysiące się widzi na ulicach Rzymu. Ta cielesność jakoś godzi mnie z życiem; właśnie w takim momencie, kiedy jestem z życiem tak bardzo skłócony, kiedy mam w środku taki bunt na niesprawiedliwość świata, wewnętrzną, zewnętrzną, taki brak rezygnacji i zgody. Ten stary (czy młody?) artysta tworzący takiego „Chrystusa”, bo oczywiście jest to Chrystus w cudzysłowie, jakoś mi to zrozumienie i uspokojenie ułatwia. Choć mi tak szalenie daleko do uspokojenia... To straszne jest męczyć się tak swoim przeznaczeniem, swoją niedoskonałością, oschłością swoich uczuć. Ach, Boże, jakże mi okropnie ciężko tym razem w tym mieście i jak bardzo nie mogę sobie dać rady.

Jarosław Iwaszkiewicz, Dzienniki 1956–1963, oprac. Agnieszka i Robert Papiescy, Radosław Romaniuk, Czytelnik 2010, s. 252–253.

poniedziałek, 28 listopada 2011

Odcinek 159: Stefan Żeromski, 1888 rok

Z dzienników Stefana Żeromskiego

28 listopada 1888 roku (środa)
Stefan Żeromski.
Wczoraj po południu pojechaliśmy we trzech, tj. p. B., Jarosław i ja, do Miętla, gdzie mieszka młody pan Gustaw [właśc. Wacław] Stojowski, syn o magnackiej fortunie pana Stojowskiego ze Strzelec, o którym Żydzi mówią, że „hundert Joskes – ein Stojoskes” [stu Josków to jeden Stojowski]. Jechaliśmy po wertepach i łąkach, przez Klępie p. Gumowskiego, którego tu w Oleśnicy poznałem. Zajechaliśmy już wieczorem. Ugrzeczniony lokaj, którego pan B. palnął na przywitanie w kark, wprowadził nas do ogromnego przedpokoju, a stamtąd do dwu pokoików, stanowiących całe mieszkanie pana Wacława. Wyszedł na nasze spotkanie facet młody, średniego wzrostu, lat 25, 26 może, o prześlicznej powierzchowności. Nos orli, oczy ogromne, niebieskie, z takim ogniem dzikim w spojrzeniu, jakiego nie widziałem chyba nigdy. Wąsy duże, płowe, okrywają usta, jakby złożone do pocałunków, nie golona ze dwa dni broda znaczy się czarniawo, nadając twarzy wyraz marsowy. Białe jak alabaster czoło odbija się od tła całej twarzy o kolorze rdzawym, ogorzałym, nasyconym krwią. Twarz ta drga, migoce uczuciami, porywami, gwałtem uniesień, junactwem. Krępy, zbudowany mocno, kark gruby i krótki, włosy układają się w karby lśkniące [!] – piękny mężczyzna. Ubrany z szykiem, z przesadnym szykiem: długie buty modne o twardych cholewach nie dosięgają kolan, spodnie obcisłe ciemnożółte, jasna żakieta, lgnąca do jego ciała jak do ciała kobiety. Ruchy ma dystyngowanie powolne, zimny w obejściu, po pańsku grzeczny. Pierwszy pokoik – sypialny: łóżko żelazne, dywan, Matka Boska, biurko, na nim kalendarze humorystyczne, „Kolce”, „Kurier Warszawski”. Na przeciwległej ścianie mnóstwo broni: trzy lankastrówki, kindżał, dwa pistolety, kordelas, rewolwery, topór strażacki, liny. Drugi pokój – to salonik: meble staroświeckie, darowane mu widać przez papę, szafka z książkami, stoliczek z zeszłorocznymi „Kurierami”, jakiś oleodruk na ścianie – dużo świec w zganianych z rozmaitych stron lichtarzach.
Jest to rzeczywiście junak: skończył gimnazjum w Krakowie i wrócił na wieś. Ojciec jego dzierżawi dobra stopnickie, moc folwarków i ma kilka wiosek własnych. Gdy papa wyjeżdżał za granicę, do Paryża, gdzie mieszka jego żona z drugim synem [...] – pan Wacław zbierał wszystkie czynsze dzierżawne z młynów, z tartaków, z gorzelni – i hulaj dusza! W Stopnicy wyrzucał garściami dziesiątki srebrne cisnącemu się pod oknami knajpy żydostwu, hulał z każdym, kto był na placu... Gdy wydał uciułany grosz, zaczął wystawiać rewersa na imię papy. Papa powróciwszy – wziął pana Wacława w kleszcze: oddał mu folwark Miętel, z którego nie płaci nic nikomu, dochód zaś bierze na swe potrzeby. Opowiadano mi, że żyje tylko z komisarzem włościańskim, z naczelnikiem powiatu, z oficerami. Spił się kiedyś na amen i znowu ciskał Żydom pieniądze.
[...] Wnoszą butelki starego miodu, papierosy i cygara. Pan Wacław częstuje nas fotografiami – tymi kawalerskimi – co sprowadza rozmowę na weselsze tory. Kończy się ona ostatecznie na koniach. Spór o to, czy jakaś Harda, klacz pana Wacława, jest przystojniejszą od Mohorta – trwa tak długo, że zaczynam ziewać. Ziewam też aż do chwili wyjazdu, pomimo to, że toczy się przed oczyma moimi targ o owego Mohorta, do ekstazy doprowadzający trzech dżentelmenów. Pan Wacław jest bliskim krewnym mojego chlebodawcy — czasami więc dżentelmeni wymyślają sobie wzajemnie. Na szczęście jedziemy. Przy pożegnaniu pan Wacław czuje się w obowiązku zapewnić mię o jego szczęściu i przyjemności z powodu poznania mnie. Mruczę coś w odpowiedzi – wsiadamy, jedziemy. [...]
Stefan Żeromski, Dzienniki, t. 3, Czytelnik 1956, s. 246–248.

niedziela, 27 listopada 2011

Odcinek 158: Maria Ginter, 1940 rok

Z notatek więziennych Marii Ginter z d. Zieleniewskiej

Warszawa, 27 listopada 1940 roku
Korytarz więzienia kobiecego (Serbii).
Więźniarki wynoszą z cel kubły z nieczystościami
(rys. Jadwiga Tereszczenko).
Jak kubeł zimnej wody obudził nas przeraźliwy dzwonek. Było zupełnie ciemno. Rozprostowałam obolałe członki. Po paru minutach otworzono celę. Dano nam po kawałku chleba i kubku gorącej kawy. Nie byłam w stanie dotknąć ustami wstrętnego blaszanego naczynia. [...]
Po godzinie przyszła strażniczka w białym fartuchu i zabrała nas do łaźni. Kiedy brałyśmy prysznic, osobiste rzeczy zostały dokładnie zrewidowane. Po kąpieli oddano nam ubrania, a wszystko inne zabrano do depozytu. Pozostał mi tylko grzebyk i chusteczka do nosa. Zdobyłam się na odwagę i poprosiłam o zwrot ołówka.
– Żeby pani grypsy pisała! Tego tylko brakowało – powiedziała. Nie wiedziałam, o czym mówi, ale sam fakt zabrania mi ołówka zmartwił mnie więcej niż wszystko inne.
Po wyjściu z łaźni oddziałowa zaprowadziła nas do maleńkiej celi o wymiarach 5x2 metry. Pod brudnymi ścianami stały ławki. Usiadłyśmy w milczeniu. Przez małe, zakratowane okienko wpadała smuga światła. Tworzyła cień w kształcie krzyża na ścianie. Z podwórza słychać było jednostajne, miarowe kroki po betonie. Stanęłam na ławce i za pomocą kraty podciągnęłam się do góry. Zobaczyłam sznurem idące więźniarki o szarych twarzach i pełnych smutku, wpadniętych oczach.
Dla zabicia czasu zaczęłyśmy z Irką również spacerować od okna do okna, aż do ogłupienia. Na ścianach celi wypisane były różne aforyzmy: „Kto tu wejdzie, nigdy nie wyjdzie”. „Wydostać się stąd można tylko w trumnie” itd. Jeden tylko napis był podnoszący na duchu. „Bóg z nami”. Z pewnością wielu więźniom dodał otuchy.
Pod wieczór zabrano nasze towarzyszki. Nareszcie można było porozmawiać i uzgodnić zeznania. Po chwili zabrano Irkę. Na nasze prośby, aby nas ulokowano razem, odpowiedziano, że mamy izolację. Pożegnałyśmy się smętnie.
Było już zupełnie ciemno, gdy znów zgrzytnął klucz w zamku i zabrano mnie na korytarz. Strażniczka otworzyła celę 12, wpuściła do środka i zatrzasnęła drzwi. W mdłym świetle żarówki widziałam tylko podniesione prycze i mnóstwo twarzy. Klapnęłam na stołek i rozpłakałam się. Otoczyły mnie więźniarki i jedna przez drugą zaczęły pocieszać. Jedna z humorem stwierdziła: „To należy do dobrego tonu siedzieć teraz w mamrze, nie trzeba się przejmować”. Uśmiechnęłam się przez łzy i z zaciekawieniem zaczęłam słuchać opowiadań o życiu na Pawiaku. O szóstej wieczór zadzwoniono na apel. Ustawione parami czekałyśmy, aż przyjdą nas policzyć. Po chwili wtłoczyła się do celi przewodniczka z gestapowcem.
– 2, 4, 6, 8... 24 – dopisała cyfrę na tabliczce i wyszła.
– Przybyło sporo nowych – któraś stwierdziła – ogólny stan wynosi 567. – Nie mogłam uwierzyć, że tyle kobiet siedzi na Pawiaku..
Po apelu uklękłyśmy wszystkie do wspólnej modlitwy przed małym świętym obrazkiem wiszącym nad oknem. Doznałam ukojenia. Po pacierzu opuszczono prycze. Ze wstrząsanych sienników unosiły się tumany kurzu. Wszystkie miejsca na pryczach i na stołkach pomiędzy nimi były zajęte. Ulokowałam się pod oknem. Nie miałam ani siennika, ani koca, ani poduszki. Moja pelisa musiała wystarczyć za wszystko. Światło paliło się do ósmej wieczorem. Więźniarki czytały, szyły lub rozmawiały. Na ogólną prośbę Rena cicho nuciła szlagiery. Myślami daleko, zmęczona, głodna i zziębnięta usnęłam na twardym posłaniu.
Maria Ginter, Galopem pod wiatr, Omega 1990, s. 100–102.

sobota, 26 listopada 2011

Odcinek 157: Maria Ginter, 1940 rok

Z notatek więziennych Marii Ginter z d. Zieleniewskiej

Warszawa, 26 listopada 1940 roku
Zosia Wyganowska urządzała przyjęcie u Niusi na Saskiej Kępie. Umówiłam się z Andrzejem, że pojedziemy razem. Kiedy przyszedł po mnie, wpadł akurat na chwilę Józik i pozostawił raport.
– Tylko uważaj – zaznaczył – jest trefny.
W myśl zakazu rodziców, aby nic nielegalnego w domu nie było, schowałam go do torebki.
U Zosi zastaliśmy już sporo gości. Zabawa zapowiadała się na medal. Wyborna kolacja, dobrze zamrożona wódeczka i doskonałe płyty. Niektórzy mieli nam za złe nasze nocne imprezy, ale rozgrzeszaliśmy się żelazną logiką. – Jeśli jesteśmy gotowi ginąć jutro, mamy prawo odprężyć się dziś.
Z powodu godziny policyjnej nasze zebrania przymusowo ciągnęły się do samego rana. Mieliśmy więc całą noc przed sobą. Tańce, dopóki nie protestowali sąsiedzi, potem grało się w karty. Uwielbiam tańczyć z Andrzejem, więc byliśmy ostatni, którzy zeszli z parkietu, Usiedliśmy do pokera. Wtuleni w róg kanapy graliśmy do spółki. Gdy pani domu oznajmiła przerwę na kolację, rozpoczęliśmy ostatnią rundkę, śpiewając chórem „Gwiżdżę na wszystko, śmieję się w słońce...” [...].
Nagle zmroził nas ostry dzwonek u drzwi frontowych. Znieruchomieliśmy. [...] Po trzecim dzwonku Zosia zdobyła się na odwagę i poszła otworzyć drzwi. Wpadło czterech gestapowców z pistoletami w ręku.
– Hände hoch! – zaszczekali. Zaczęła się szczegółowa indagacja:
– Co tu robimy? Czemu tyle osób? Czy to jakieś zebranie? etc., etc.
Jeden z nich kolejno pytał wszystkich o nazwiska. Kiedy usłyszał moje, zarechotał uradowany i natychmiast kazał mi przejść na drugą stronę pokoju. Przestali pytać o nazwiska, zaczęli sprawdzać kenkarty i zameldowania. Oddzielona od pozostałych zachodziłam w głowę, o co może im chodzić. Nagle oblał mnie zimny pot. Przypomniałam sobie raport Józika. O połknięciu mowy już nie było. Obserwowali mnie bacznie. Wyciągnęłam papierosa i poprosiłam najbliżej stojącego Jurka o ogień. Kiedy chciał mi nim służyć, gestapowiec odtrącił go ręką i sam zapalił mi papierosa. Wylegitymowani goście stali rzędem pod ścianą i z przerażeniem patrzyli na mnie. Gdy spotkałam wzrok Andrzeja, przyciągnęłam jego spojrzenie na popielniczkę. Gasząc papierosa, zostawiłam tam zwinięty w rulonik meldunek. Kamień spadł mi z serca. Przestałam nawet martwić się o siebie. Grunt, że nie wsypałam innych.
Po skończonym legitymowaniu gestapowcy kazali mi się ubrać, a pozostałym życzyli wesołej zabawy. Wyobraziłam sobie natychmiast, jaki „wesoły” nastrój zapanuje po naszym wyjściu. [...]
Wyszłam otoczona z czterech stron. Wsadzili mnie do czarnej limuzyny. Kiedy zapytałam, czego ode mnie chcą, oznajmili, że Irka [siostra Marii] jedzie za nami drugim samochodem. Zrozumiałam, że aresztowanie związane jest z naszą pracą w konspiracji.
Autorka wspomnień (w środku) z siostrami Olą i Irką, 1940 rok.
Gdy nie skręciliśmy z mostu Poniatowskiego w lewo, odetchnęłam, że nie jedziemy na Szucha. Pędziliśmy pustymi ulicami. Auta zatrzymały się dopiero na wąskiej brukowanej ulicy, przed ogromnym gmachem. Gestapowcy zadzwonili. Otworzyła się brama. Po chwili znalazłam się przed kratą. Domyśliłam się, że to Pawiak.
Przejął mnie strażnik w zielonym mundurze i poprowadził w głąb. Szliśmy długim, ciemnym korytarzem z rzędem ponumerowanych cel. Nasze kroki odbijały się długim echem w ciszy nocnej. W kancelarii spotkałam Irkę. Spisano nasze personalia, zabrano pieniądze i wszystkie kosztowniejsze rzeczy. Kazano się podpisać w wielkiej księdze. Zaskoczył mnie fakt, że rubryka odbioru świeciła prawie pustką.
Po skończonych formalnościach przyszła strażniczka i zabrała nas do pawilonu żeńskiego, na Serbię. Otworzyła ciężkie żelazne drzwi, zapaliła mdłe światełko i wyszła trzasnąwszy głośno. Poczułam się więźniem. Gołe, szare ściany, zakratowane okienko pod sufitem i trzy żelazne prycze, na których spały jakieś kobiety. Była to „przejściówka” dla świeżo aresztowanych. [...]
Próbowałam usnąć, ale woda kapiąca z kranu doprowadzała do szału. Światło żarówki nie pozwalało zapomnieć, gdzie jestem. W uszach brzmiała mi ciągle piosenka „Gwiżdżę na wszystko...” Postanowiłam nagle, że będę także gwizdać na wszystko. Choćby przyszło tu siedzieć! Usnęłam i śniłam, że tańczę z Andrzejem.
Maria Ginter, Galopem pod wiatr, Omega 1990, s. 100–102.

piątek, 25 listopada 2011

Odcinek 156: Zofia Wańkowiczowa, 1927 rok

List Zofii Wańkowiczowej do męża, Melchiora

25 listopada 1927 roku
Melku – posyłam listy dzieci do Ciebie i do Frani. Mróz tutaj do 9 stopni i śnieg. Dzieci co dzień wychodzą z Renią do gospodarstwa, poją małe cielęta, a Tili woła grubym głosem, naśladując skierdzia: „Nu, nastąp się”, i na widłach roznosi krowom koniczynę. Wczoraj przeszłyśmy rzekę pieszo na brzeg nowotrzebski: Renia naprzód, potem Dudy i ja. Tili kwitnie, Krysia szczupła i nerwy trudne do utrzymania. Tili mnie spytała: „Czy chcesz, żebym była tak gruba, jak Tatuś na arystokracji” (miało znaczyć: na karykaturze). Czyta zawzięcie wszystkie podręczniki do historii Polski, strona za stroną, i choć czasem jaki król nazywa się np. „Wazeliusz”, doskonale kombinuje i pamięta. Krysię interesuje tylko gospodarstwo i konie. Rysuje i po swojemu się rozwija. Wczoraj było malowanie sztandarów różnych państw (wezwałam do pomocy małego Larrousse’a) i szczegółowo wyliczały sobie kraje, „w których Tatuś był”. Hodujemy w pokoju dwa wróble, które nam mróz przypędził, a które mimo otwieranych okien nie chcą się dotąd wyprowadzić. Przed kilku dniami przywędrowała pod nasze okno kuropatwa, ale uciekła gdzieś pod śniegiem, nim nasza obława się rozwinęła. Dziś byłam leczyć chorego dzidziusia u robotnika oraz hoduję skrzypiącą Alinę. Przeczytałam sześć tomów różnych pamiętników historycznych.
Na wilię mają dzieci zaprosić wszystkie dzieci służby na choinkę (dziesięcioro). Jutro jadę z Renią do Kowna starać się, abyś Ty mógł tu przyjechać. Nadziei na wysłanie Ci jakichkolwiek pieniędzy w najbliższym czasie nie mam – wszystko zapadło w sen zimowy, drogi do nas nie do przejechania, czujemy się wśród zasp śniegu. Czasem bawimy księdza proboszcza lub kogo z przejezdnych sąsiadów. Jutro idę z Renią na świren robić inwentarz i wobec nowej zmiany służby mam współdziałać zmniejszeniu bałaganu w kuchni na prośbę Reni. Mereżkuję Reni serwetki, znaczę ręczniki, robię poduszki itp. Dzieciom wieczorami czytam bohaterskie historie z czasów ks. Józefa, a teraz jakieś polowania i o zwierzętach. Byłam chora cały tydzień, bo się zaziębiłam, ale gorzej dokuczyły bóle głowy. W niedzielę zabieram dzieci do Nowotrzeb na obiad. Takie tatary, że jeszcze gorsze, niż były, tak hasają po domu.
Krysi nie przeczytałam w liście, że piszesz o jej niegrzeczności, bo to byłoby straszne zmartwienie. Przyszedł jednak okres trudności charakterowych z nią: krnąbrna, dla służby nieraz niegrzeczna i często nieposłuszna odbijają się na niej różne drobne miejscowe warunki. Ale natura szlachetna. Głowa rozproszona, nerwy rozwiałe, ale inteligencja ciekawa. Wczoraj była z nią wielka dyskusja: że zwierzęta mają duszę i że koniecznie trzeba je ochrzcić, aby to im pomogło być dobrymi i mądrymi. Na co Tili zaopiniowała, że to niepotrzebne, bo zwierzęta nie grzeszą. Na co Krysia, że o to jej chodzi, żeby mogły zwierzęta iść do Bozi, bo inaczej byłoby niesprawiedliwie. Tili uczy się z wielką łatwością i b. porządnie. Krysi nigdy nie można przewidzieć, czy będzie wiedziała, ile 2 i 3, i co i jak długo będzie myślała między jednym a drugim słowem. Może będzie miała ciekawy umysłek, tymczasem swoje nerwy kładzie na mnie. Tym niemniej codziennie lekcje odbywamy i, zdaje się, idziemy naprzód w rozwoju. Czytają sobie teraz same bajki Andersena pożyczone z Nowotrzeb (może twoje dziecinne?) z mniejszym może zachwytem, choć roztapia się to i tak w tym śniegu naokoło, tych wróblach i kuropatwach – prawda?, za to ze swoim wielkim zachwytem. Napisz, czy chcesz tu przyjechać na święta i ewentualnie robić jakie starania? Moje papiery są na razie u naczelnika powiatu, jak je wydobędę, zacznę staranie o paszport zagraniczny mój. To, zdaje się, wszystkie wiadomości. Czuję się bardzo zmęczona. Jak tylko jakie pieniądze będą, prześlemy, pilnuję, by zaraz wysłać.
Ściskamy wszystkie
Zosia
Rodzina Wańkowiczów na wakacjach w Jastarni, 1927 rok.
Pierwsze od lewej Marta (Tili) i Krystyna, pierwszy od prawej Melchior Wańkowicz, trzecia od prawej Zofia Wańkowiczowa.
King i Królik. Korespondencja Zofii i Melchiora Wańkowiczów, 1914–1939, oprac. Aleksandra Ziółkowska-Boehm, Twój Styl 2004, s. 430–431.

czwartek, 24 listopada 2011

Odcinek 155: Jura Riabinkin, 1941 rok

Z dziennika Jury Riabinkina

Leningrad, 24 listopada 1941 roku

Jura Riabinkin
w wieku 14 lat, 1939 rok.
Czas wlecze się niemiłosiernie. Wszystkie moje myśli monotonnie krążą wokół jedzenia i uwolnienia się od kleszczy głodu, chłodu i strachu. Wszelkie nadzieje na ewakuację zostały odłożone na nieznaną przyszłość. Niemcy znowu przejęli inicjatywę na frontach i pod Leningradem. Najwyraźniej podeszli jeszcze bliżej, skoro ich pociski wybuchają na naszej ulicy, przed naszym domem.
Stałem dzisiaj w kolejkach od szóstej trzydzieści rano. Niemające końca kolejki, niemające końca rzędy głodnych ludzi – utkwią mi w pamięci na zawsze! Nic nie kupiłem. Nie było żadnego masła, zboża czy mięsa. Nawet w jednym. A ja spędziłem cztery godziny, stercząc w kolejkach przed sklepami i znowu muszę do nich wrócić.
Mama powiedziała, że po pierwsze północna linia kolejowa została oczyszczona i teraz jest odbudowywana (została rozbrojona), a po drugie, że wiele wskazuje na ewakuację wszystkich instytucji państwowych i innych podobnych przedsiębiorstw. Wymamrotała coś niezrozumiale o tym, iż moglibyśmy być ewakuowani, ale sądząc po pozorach, to nie nastąpi.
Aleś Adamowicz, Danił Granin, W oblężonym Leningradzie. Dramatyczne wspomnienia, tłum. Anna Wrzosek, Bellona 2011, s. 108.

środa, 23 listopada 2011

Odcinek 154: Camille Pissarro, 1893 rok

List Camille Pissarro do syna Lucjana

Paryż, 23 listopada 1893 roku
Paul Gauguin, Kobieta trzymająca owoc, 1893 rok.
Drogi Lucjanie,
[...] W tej chwili otwarta jest wystawa Gauguina, która wzbudza zachwyty wśród pisarzy. Wydają się pełni entuzjazmu. Kolekcjonerzy są zbici z tropu i bezradni. Zdołano mi powiedzieć, że kilku malarzy jest zdania, iż ta egzotyczna sztuka zbytnio zezuje w stronę Kanaków [mieszkańców Polinezji]. Jeden tylko Degas zachwyca się nią szczerze. Monet, Renoir uważają po prostu, że jest zła. Widziałem Gauguina, który wyłożył mi całą swoją teorię sztuki zapewniając, że tylko w niej jest dla młodych ocalenie — w dalekich i pierwotnych źródłach winni hartować swe siły! Odparłem mu, że sztuka ta nie jest jego sztuką, że jest on człowiekiem cywilizowanym i tym samym powołanym do ukazywania nam rzeczy harmonijnych. Rozstaliśmy się nieprzekonani. Gauguinowi oczywiście nie odmawiam talentu, ale jak ciężko mu zapanować nad sobą. Zawsze buszuje na cudzym terenie. Dzisiaj okrada dzikusów z Oceanii!

Camille Pissarro, Listy do syna Lucjana, tłum. Kazimierz Kossobudzki, Zakład Narodowy im. Ossolińskich 1971, s. 225-226.

wtorek, 22 listopada 2011

Odcinek 153: Antoni Słonimski, 1936 rok

Antoni Słonimski, Recenzja „Złotego wieńcaCristine Jope-Slade i Sewel Stokes

22 listopada 1936 roku

Teatr Letni: „Złoty wieniec, komedia w trzech aktach Cristine Jope-Slade i Sewel Stokes; reżyseria Janusza Warneckiego
Teatr Letni w Warszawie.
Zasadniczą tendencją tej sztuki jest pochwała noszenia węgla i prania bielizny. Inne sposoby zarobkowania wprowadzają demoralizację i dlatego kochająca matka Bolton nie chce pracować w filmie i zarabiać tysięcy, lecz woli prać bieliznę i utrzymywać rodzinę w nędzy. Autorzy tej sztuki przestrzegają ludzi ubogich, aby się trzymali miotły i szaflika. Od robienia kariery filmowej jesteśmy my, ludzie wytworni, a wy, chamy, z bielizną na strych! Wstrętna baba, która mając możność wydźwignięcia całej rodziny ze skrajnej nędzy wyrzeka się bogactwa, jest przez autorów przedstawiona jako postać świetlana i bohaterska.
Argumenty kochającej matki, która woli, żeby syn nosił węgiel niż był - powiedzmy - choćby szoferem, nie trafiają nam do przekonania. Mamy raczej prawo podejrzewać, że baba jest wściekła na rodzinkę i myśli sobie: ja całe życie harowałam, to i wy harujcie.
"Złoty wieniec" w Teatrze im. J. Słowackiego w Krakowie, luty 1937 roku.
Antoni Słonimski, Gwałt na Melpomenie, Wydawnictwa Artystyczne i Filmowe 1982, s. 327.

poniedziałek, 21 listopada 2011

Odcinek 152: Tadeusz Borowski, 1943 rok

List Tadeusza Borowskiego do rodziców

Oświęcim, 21 listopada 1943 roku
Kochani Rodzice, Wasz już pełnoletni syn pozdrawia Was z całego serca. Uczę się poznawać życie, by umieć stawić czoła przyszłości. Sam nie zmieniłem się zupełnie. Jestem zawsze miękki i lekkomyślny. Być może jest to sprzeczność, ale z tą wielką do Was tęsknotą łatwiej jest żyć, gdyż daje ona nadzieję na powrót do domu. U nas jest także zimno i często pada, ale to nic nie szkodzi. Noce stały się już długie, tak że myślę wiele o Was, o Tuśce [narzeczona, Maria Rundo] i o przyjaciołach. Chciałbym bardzo napisać do nich osobno, mogę jednak tylko zbiorowo ich pozdrowić. Szczególne pozdrowienia ode mnie dla Staszka i Zofii. Wiem, ile trudów poświęca Zofia, żeby mi pomóc. Julek, do Ciebie tylko kilka słów: jestem Tobie bardzo, bardzo wdzięczny. U mnie wszystko w porządku. Właśnie w dniu urodzin otrzymałem dwie paczuszki (Na marginesie: do nr. 40 wszystko dobrze opakowane i w najlepszym porządku, ciasto było extra, sardynki pierwszorzędne, bardzo dziękuję za adresy). Jestem zdrów, brakuje mi tylko domu. Nie zapomnijcie napisać do Tusi na jej imieniny 8 XII, życzyć jej cierpliwości i odwagi i przesłać moje pozdrowienia dla Mamy Tuśki
Tadeusz Borowski
Tadeusz Borowski z rodzicami, Olszyn, 1946 rok.
Niedyskrecje pocztowe. Korespondencja Tadeusza Borowskiego, oprac. Tadeusz Drewnowski, Prószyński i S-ka 2001, s. 27–28.

niedziela, 20 listopada 2011

Odcinek 151: Jerzy Liebert, Stanisław Maria Saliński, 1925 rok

List Jerzego Lieberta do Agnieszki (Bronisławy) Wajngold

Warszawa, piątek, 20 listopada 1925 roku
Stefan Żeromski.
Siostrzyczko moja, nie wysłałem wczoraj listu i dziś jeszcze w tym samym muszę Ci donieść o rzeczy bardzo bolesnej, w którą trudno mi uwierzyć: dziś rano umarł Żeromski. Wiesz już o tym pewno z gazet. Śmierć ta, której się tak bałem i którą odsuwałem zawsze w myślach do czasów najdalszych, zupełnie mnie przybiła. To samo uczucie, któreś miała, czytając po raz pierwszy tę wiadomość, to samo, bo czyż może być inne, było we mnie.
Na uniwerku Ujejski przerwał wykłady swoje po kilku krótkich, tak bardzo bolesnych słowach. Trudno mi, siostrzyczko, pisać. Jeszcze boleśniejsza jest sprawa, że Żeromski przyjął ostatnio kalwinizm i teraz z jego pogrzebem i wystawieniem zwłok na Zamku są trudności.
Dzwoniłem właśnie do Jarosława [Iwaszkiewicza]. Był zaraz po śmierci na Zamku. On mi właśnie o tym mówił. Zdaje się, że Żeromski nie mógł przeprowadzić rozwodu z pierwszą żoną i do tej pory żył bez ślubu z drugą. Aby go otrzymać, przyjął kalwinizm. Nie zdążył jednak jej poślubić.
Ta cała historia właśnie w chwili jego śmierci sprowadzi dużo nieporozumień, tak przykrych i niepożądanych. Jutro napiszę więcej. Bądź zdrowa
Jurek
Jerzy Liebert, Pisma zebrane, t. 2, oprac. Stefan Frankiewicz, Biblioteka "Więzi" 1976, s. 176.

Ze wspomnień Stanisława Marii Salińskiego
Trzecia czy czwarta po południu, już zmierzcha się, za oknami snuje się listopadowa mżawka, w auli zapalono kilka bladych lamp. Na podium wszedł profesor Ujejski. Bez swego zwyczajowego »Dzień dobry paniom i panom« — stanął obok katedry. W auli powiało czymś niezwykłym. Odczekał, aż uciszy się jak makiem zasiał. W zupełnej ciszy powiedział półgłosem tylko trzy słowa: »zmarł Stefan Żeromski«. I w tej chwili wszyscy wstali z miejsc w jednoczesnym porywie wstrząsu i żalu. Trwało to długą chwilę, profesor przerwał ten zbiorowy bezruch, kierując się ku wyjściu. Za nim w milczeniu podążali studenci, milczenie panowało w hallu, na dziedzińcu. Grupami szliśmy przez Krakowskie w kierunku Zamku, gdzie za jednym z oślepłych okien leżał martwy Stefan Żeromski. 
Stanisław Maria Saliński, Long-play warszawski, Instytut Wydawniczy PAX 1966, s. 81—82.
Pogrzeb Stefana Żeromskiego. Młodzi literaci, od lewej: Kazimierz Wierzyński, Jan Lechoń, Jarosław Iwaszkiewicz.

sobota, 19 listopada 2011

Odcinek 150: Ludwik Włodek, 1906 rok

Fragment wspomnień Ludwika Włodka Na ziemi Waszyngtona

Nowy Jork, 19 listopada 1906 roku
Imigranci z Europy, 1906 rok.
W sobotę, już od samego rana, między pasażerami "Ameryki" dawał się uczuć ruch gorączkowy. Pakowano się gwałtownie. Potem, przy wczesnym obiedzie w cichej zazwyczaj sali jadalnej, było gwarno jak w ulu [...].
Nastrój w ogóle radosny. Ale tu i ówdzie widzę postacie smutno zadumane, spoglądające melancholijnie wstecz. To ci, którzy po raz pierwszy za parę godzin staną na nowym lądzie, by sobie nową stworzyć przyszłość. A teraz ostatnie chwile oddają tęsknocie, rodzinie, rozmyślaniom o ziemi ojczystej. Co im ta przyszłość przyniesie — pytają trwożnie w duszy, zanim ogarnie ich zamęt i wir ciężkiej walki o byt.
Niewiele czasu pozostało jednak na rozmyślania. Bo oto piękne, pokryte willami brzegi Staten Island, dalej mury fortecy Worthwich i "Ameryka" zarzuca kotwicę. Ale to jeszcze nie brzeg. Zbliża się do nas statek pocztowy, potem maleńki statek doktora sanitarnego, zdobny żółtą flagą, wreszcie duży kuter urzędu celnego. Nie tak łatwo postawić stopę na wolnej ziemi: trzeba poddać się całemu szeregowi formalności biurokratycznych, zapewne potrzebnych, acz nieco rażących w zestawieniu z ową wolnością, o której tyle się nasłuchaliśmy. Rev. Chodacki ze swoją dobroduszną filozofią robi uwagę, że i urzędnicy żyć muszą, i oni mają swój business...
Statek wolniutko teraz już rusza rzeką Hudson, a my poddawani jesteśmy różnym formalnościom. My — pasażerowie klasy drugiej, bo trzecia i czwarta będą badane daleko ściślej, jak przystało na demokratyczną Amerykę, i przed jutrem na ląd nie wysiądą, a klasa pierwsza traktowana jest bardzo oględnie. Bogaci idą — z drogi! Teraz rozumiem, dlaczego kasjerowie, uciekający z cudzymi pieniędzmi, wykupują bilety pierwszej klasy, a nawet najdroższe kabiny... 
Więc doktor bada nam oczy, urzędnik emigracyjny zapytuje, po co do Ameryki jedziemy, celnik pragnie się dowiedzieć, co wieziemy. Kiedy odpowiadam, jakiej jestem narodowości, z życzliwym uśmiechem słyszę wszędzie "aha, polski, polski", co świadczy, że Polacy mają tu markę dobrą. Godność journalist i cel turystyczny through America zwalniają mnie nawet od zapytania, ile mam ze sobą pieniędzy.
Po ukończeniu formalności wychodzę na pokład.
[...] Już przystań blisko. Ale takiemu olbrzymowi, jak "America" niełatwo się dostać. Przypinają się do niego niby pijawki małe stateczki w liczbie dziewięciu i z przeraźliwym świstem wpychają nasz parowiec do wąskiego doku. Trwa to jeszcze godzinę. Ale już z okien olbrzymiej hali przystaniowej powiewają chustki, już poznają ludzie wzajemnie krewnych, ojców, żony...
Kontrola oczu imigrantów na Ellis Island, 1906 rok.
W porcie ruch olbrzymi. Mkną na wsze strony małe stateczki, olbrzymie promy, tratwy z drzewem, węglem i gruzem. W powietrzu stoi gęsta mgła z dymu tych statków. Brzmi jakaś przeraźliwa symfonia świstów, ryków syren, hałasu zdyszanych maszyn, turkotu śrub...
Wpadam na chwilę do jadalni naszej. W tej chwili jest to salon des refuses, zebranie tych, którym Ameryka odmawia gościnności. Tym wylądować nie wolno, bo nie odpowiadają wymaganiom. Ten jest chory, ów nie ma pieniędzy, a przeważają młode panny, którym nie wolno wylądować bez opieki. Jeżeli zgłosi się po nie mąż, ojciec, brat, matka, siostra lub krewny wzbudzający zaufanie, dostaną się na ląd, jeżeli nie — będą musiały wrócić do Europy. Młodych, samotnych kobiet Stany nie chcą; nie chcą, by stawały się łupem rozpusty, by wolny ląd służył za arenę interesów handlarzy żywym towarem. A jednak z Europy różni handlarze wywożą tu tysiącami dziewczęta, umieją bowiem zastosować się do przepisów, które w ten sposób stają się aż nazbyt często więzami krępującymi właśnie jednostki moralne.
Jeszcze parę pchnięć i rzucają mostki. Jest godzina trzecia, w Warszawie dziesiąta wieczorem. Spóźniliśmy się o trzy godziny.
Rewizja celna — to dużo hałasu o nic. W olbrzymiej hali każdy staje pod literą początkową swego nazwiska. Kiedy zniosą wszystkie jego pakunki, z odpowiednim biletem idzie do inspektora, siedzącego przed literą A (dla mnie to znaczy pół wiorsty drogi tam i z powrotem), i dostaje urzędnika, który nalepia kartki tylko, bo mnie np. wcale kuferków nie otwierano. [...]
Ellis Island, Nowy Jork, 1906 rok.
Cyt. za: Ameryka w pamiętnikach Polaków, oprac. Bogdan Grzeloński, Wydawnictwo Interpress 1975,  s. 268-270.

piątek, 18 listopada 2011

Odcinek 149: Jan Lechoń, 1951 rok

 Z dziennika Jana Lechonia

18 listopada 1951 roku
1. Stronica głupiego słuchowiska dla Free Europe. – Zupełnie mi to nie było w głowie, nie wiem, do czego ma to prowadzić, nie mam do tego humoru. Ale trzeba to zrobić i jutro trzeba się do tego naprawdę przyłożyć.
2. Mieszanie się pieniędzy, tak zwanych poziomych rzeczy w najszczytniejsze uczucia – to nawet nie Balzak odkrył, to było znane zawsze – bo przecież zawsze były posagi, panny wydawane siłą za starych bogaczy. Ale wciąż o tym zapominamy i żyjemy jakby w romantycznej bajce – nieraz oburzając się na interesowność w tak wzniosłych rzeczach. Myślę, że jak na Polaka byłem zawsze pod tym względem Francuzem, grzesząc raczej hojnością niż skąpstwem – zresztą dla własnej przyjemności. Ale, niestety, moje możliwości nie są dziś na miarę mojego pojęcia tych obowiązków. „Przyjaźń” – powiedziała Zosia Rajchman – to znaczy „oddać krew i pieniądze”. I miłość tak samo.
3. Artykuł Sergiusza Piaseckiego o Miłoszu – ulżył mi jak jakaś katharsis. To samo właściwie chciałem napisać, ale nie wiem, czy potrafiłbym to zrobić z taką pasją, z taką, powiedziałbym, bezpośredniością oburzenia. Ktoś tam urąga, że Piasecki nie ma prawa decydować o randze pisarzy, bo nie jest pisarzem. Byłem prawie tego zdania, ale właśnie ten artykuł, w którym każdy argument trafia „bez pudła”, jest dowodem jego talentu. W antologii publicystyki polskiej mógłby on pozostać jako rozprawa definitywna z literaturą zdrady, jako jej egzekucja.
Sergiusz Piasecki.
4. Potwornie śmieszna i roześmiana mała dziewczynka w restauracji węgierskiej. Miała chyba dwa lata, ale miała twarz zupełnie dorosłą, dorosłą, nie starą. Włoski uczesane też w taką kukiełkę z tyłu jak dorosłe panie i śmiała się do rozpuku, mogło się zdawać, że wszystko rozumie jak my.
Jan Lechoń, Dzienniki, t. 2, Państwowy Instytut Wydawniczy 1992, s. 292–293.

czwartek, 17 listopada 2011

Odcinek 148: Francis Scott Fitzgerald, 1936 rok

List Francisa Scotta Fitzgeralda do córki, Frances "Scottie"

Grove Park Inn
Asheville, Północna Karolina
17 listopada 1936 roku
Mój Pączku najdroższy,
Francis Scott Fitzgerald, 1936 rok.
Piszą mi z Twojej szkoły, że najlepszym dniem będzie Święto Dziękczynienia, co i mnie bardziej odpowiada. Bo czy to ma sens jeździć dwa, a nawet trzy razy bez specjalnego powodu? Lepiej wybrać się jeden raz i dobrze się bawić. Z przyjemnością poznam, kogo ze­chcesz mi przedstawić, i umawiamy się na Święto Dziękczynienia.
(W nawiasie: dostałem rozkoszne prezenciki urodzi­nowe, dzwoneczki i muła, i jestem wzruszony Twoją pamięcią, mój kochany osiołku!)
Dziewczyny z Park Avenue są trudne do zniesienia, prawda? Są to przeważnie córki dorobkiewiczów i karierowiczów, i – rzecz nieunikniona – wszystkie reprezentują w jakiś sposób ten sam typ, kwintesencję przedsiębiorczego jankesa, sublimację takiego, na przykład, Jaya Goulda [właściciel sieci spółek kolejowych], który zaczął od rozstawiania wędrownego kramu z guzikami w małych miasteczkach, a skończył – zachowując ten sam straganiarski styl i zasady – na sprzedawaniu nam wszystkim biletów kolejowych po pięć dolarów.
Zrozum mnie dobrze. Zawsze uważam, że jestem z Północy – i o Tobie myślą w ten sam sposób. Tym niemniej wszyscy stanowimy jeden naród i na Północy znajdziesz akurat tyle niedbalstwa i lenistwa, co w Savannah i Charlestonie, a tu, na Południu, w Karolinie, znaną nam z Północy arogancję i siłę przebicia.
Nie wiem, czy zostaniesz w tej szkole na przyszły rok – wszystko zależy od Twoich stopni i od Twojej pracy; nie mogę też opisać Ci mego życia (wiesz, że jest tragiczne), bo zgasiłbym Twój zapał. Wielu ludzi uważa życie za dobrą zabawę. Ja – nie. Ale kiedy miałem lat dwadzieścia i trzydzieści, życie było dla mnie fantastyczną zabawą i uważam, że jest naszym obowiązkiem zgodzić się z pewną dozą esprit na smutek, na tragedię tego świata, w którym żyjemy.
Co się tyczy programu Twojej nauki, to mowy nie ma, żebyś zrezygnowała z matematyki i wybrała najłatwiejszą drogę do Vassar [college dla dziewcząt], i została jedną z tych dziewczyn, które nie nadają się do niczego i tak są pozbawione osobowości, że mogą w najlepszym razie służyć innym za lustro. Chcę, żebyś uczyła się matematyki w zakresie wyznaczonym przez szkołę, chcę żebyś uczyła się fizyki, i chcę, żebyś uczyła się chemii. Nie interesuje mnie w tej chwili ani Twój angielski, ani francuski. Jeżeli do tego czasu nie znasz tych dwóch języków i nie wiesz, jak w tych językach ludzie wyrażają swoje myśli, to trudno uwierzyć, że jesteś moją córką Jesteś jedynaczką, ale to wcale nie znaczy, że możesz ten fakt wykorzystywać.
Chcę, żebyś poznała pewne podstawowe prawa nauki i uważam, że nie jest to możliwe, jeśli nie dobrniesz w matematyce do geometrii stosowanej. Nie chcę również, żebyś rzuciła matematykę w przyszłym roku. Nauczyłem się pisać przez pokonywanie trudności, choć nie miałem na to najmniejszej ochoty. Jeżeli nie opanujesz matematyki – aż po przekrój stożka, znajdziesz się daleko od celu, który Ci wyznaczyłem. Nie upieram się przy nauce rachunku różniczkowego, ale na pewno nie wolno Ci wybierać tego, co najłatwiejsze. Pójdziesz do Vassar z zaliczoną matematyką i pobyt w tej szkole przynajmniej częściowo będzie miał za cel naukę.
Strasznie chciałbym Cię zobaczyć, mój skarbie. O ileż łatwiej byłoby omówić te wszystkie sprawy osobiście – z tej odległości nie podoba mi się Twoja skłonność do przedmiotów, które łatwo Ci idą, jak na przykład języki.
Ani słowa więcej przed Świętem Dziękczynienia.
Kochający Cię ojciec,
F. Scott Fitz
PS. Współczuję z powodu kary, którą Ci nałożono – ja też mam uczucie, że od sześciu miesięcy jestem na cenzurowanym. Kupiłem sobie jednak starego Packarda i trochę więcej się teraz udzielam. Jestem zawsze bardzo wyrozumiały dla Twoich wybryków, mam nadzieję jednak, że nie naraziłaś się którejś z nauczycielek ani nie poniosła Cię Twoja gadatliwość, którą czas wreszcie opanować.
Francis Scott Fitzgerald, Listy do córki, tłum. Ariadna Demkowska-Bohdziewicz, Czytelnik 1982, s.26–28.

środa, 16 listopada 2011

Odcinek 147: Józef Piłsudski, 1918 rok

Telegram Józefa Piłsudskiego zawiadamiający prezydenta Stanów Zjednoczonych oraz rządy: angielski, francuski, włoski, japoński, niemiecki oraz rządy wszystkich państw wojujących i neutralnych o powstaniu państwa polskiego

Warszawa, 16 listopada 1918 roku
Jako wódz naczelny armii polskiej, pragnę notyfikować rządom i narodom wojującym i neutralnym istnienie państwa polskiego niepodległego, obejmującego wszystkie ziemie zjednoczonej Polski.
Sytuacja polityczna w Polsce i jarzmo okupacji nie pozwoliły dotychczas narodowi polskiemu wypowiedzieć się swobodnie o swym losie. Dzięki zmianom, które nastąpiły wskutek świetnych zwycięstw armii sprzymierzonych – wznowienie niepodległości i suwerenności Polski staje się odtąd faktem dokonanym.
Państwo polskie powstaje z woli całego narodu i opiera się na podstawach demokratycznych. Rząd Polski zastąpi panowanie przemocy, która przez sto czterdzieści lat ciążyła nad losami Polski – przez ustrój, zbudowany na porządku i sprawiedliwości.
Opierając się na armii polskiej pod moją komendą, mam nadzieję, że odtąd żadna armia obca nie wkroczy do Polski, nim nie wyrazimy w tej sprawie formalnej woli naszej.
Jestem przekonany, że potężne demokracje Zachodu udzielą swej pomocy i braterskiego poparcia Polskiej Rzeczypospolitej odrodzonej i niepodległej.
Wódz naczelny         Za ministra spraw zagranicznych
J. Piłsudski.                             T. Filipowicz.
Rozbrajanie Niemców w Warszawie w listopadzie 1918 roku,
mal. Stanisław Bagiński, 1939 rok.

Cyt. za: Jerzy Borowiec, Od Sarajewa do Hiroszimy 1914–1945, Adam 1992, s. 18.