poniedziałek, 31 października 2011

Odcinek 131: Francis Scott Fitzgerald, 1939 rok

List Francisa Scotta Fitzgeralda do córki, Frances „Scottie”

31 października 1939 roku
5521 Amestoy Avenue Encino, Kalifornia
Scottino,
F.S. Fitzgerald z córką, 1935 rok.
(czy wiesz, że to nie ja wymyśliłem to przezwisko, tylko Gerald Murphy na Riwierze przed wielu laty?) Posłuchaj no! Zacząłem pisać coś [„Ostatni z wielkich”], co może się okazać dobre i będę nad tym siedział przez cztery do sześciu miesięcy. Możemy na tym nie zrobić fortuny, ale w każdym razie opłaci się bieżące wydatki i jest to pierwsza robota, w którą kładę całe moje serce od czasu pracy nad pierwszą częścią „Niewierności”. (To ten niedokończony scenariusz, zakwestionowany przez cenzurę, który Ci pokazywałem w Norfolk przed dwoma laty, na Wielkanoc. Czytałaś go w kabinie, gdy płynęliśmy jakimś statkiem linii Baltimore–Norfolk).
W każdym razie – znów żyję, a dotrwać do ostatniego dnia października to był nie lada wyczyn – miesiąc pełen napięcia i obowiązków, i konieczności, i upokorzeń, i wysiłków. Nie piję. Nie jestem wielkim człowiekiem, lecz czasem myślę, że nie osobiste, ale obiektywne zalety mego talentu i te ofiary, które ponoszę, aby zachować jego istotną wartość, mają w sobie pewien rodzaj epickiej wielkości. W każdym razie po pracy karmię się podobnymi złudzeniami.
Myślę też, że gdy przeczytasz tę książkę, obejmującą czas, gdy mnie znałaś już jako osoba dorosła, to zrozumiesz, że świat, w którym żyjesz, poznałem – że tak powiem – w głąb, a nie wszerz, gdyż byłem chory, i nie mogłem się ruszać. Jeśli dożyję, to usłyszę i Twoją wersję, lecz myślę, że instynktownie wiesz o ograniczeniach własnego talentu więcej niż ja: możesz bez przerwy eksperymentować wśród muz i znaleźć swoją niszę, jak ja znalazłem – lecz nie wierzę, żebyś miała talent wrodzony.
Więc co z tego? Bezcenne to są lata. Pozwól mi przyglądać się jeszcze trochę, jak się rozwijasz. Czego się teraz uczysz? Proszę, napisz mi pełną listę przedmiotów. Proszę, nie zaniedbuj mojej porcji pożywienia, proszę, nie każ mi wspinać się na szczyty nerwowego napięcia, które zwykle pozwala mi na odległość odgadnąć odcień farby do włosów, jakiej używa Twoja nauczycielka, albo zrekonstruować morderstwo z marca zeszłego roku na podstawie gałganka, jednej kosteczki i pasma włosów. Daj mi pewien zarys.
a Co mówią o mnie Oberowie? Bardzo źle?
b Co to za plotka, jakobym powiedział pani Owens, że jesteś leń i flejtuszek?
c Jaką piszesz sztukę?
d Na jakich bywasz zabawach i meczach? Pozwól mi przynajmniej odświeżyć wspomnienia młodości!
e Jako Twój Papa – a nie jako szalone dziecię oszalałego geniusza – pytam, co robisz i jak?
f   Jakie meble? Czy nadal potrzebne Ci są ryciny?
g Co pisała Rosalinda?
h Czy chcesz odbyć praktykę właśnie tutaj?
i Czy pomyślałaś kiedyś o odwiedzeniu Murphych, żeby zrobić im przyjemność, a nie krytykować. Cieszę się, że przeczytałaś Malraux. Czy dostałaś prawo jazdy? Czy Mary Earle jest miłą dziewczynką? W Connecticut miałem od razu wrażenie, że to śliczna, dzielna, figlarna osóbka...
Całuję Cię najczulej
Papa
Francis Scott Fitzgerald, Listy do córki, tłum. Ariadna Demkowska-Bohdziewicz, Czytelnik 1982, s. 102–103.

Za przesłanie fragmentu serdecznie dziękujemy Katasi_k 

niedziela, 30 października 2011

Odcinek 130: Eugène Delacroix, 1854 rok

Z dziennika Eugène'a Delacroix 

30 października 1854 roku 
Suknia wieczorowa, model ze stycznia 1854 r.
[...] Pani de Caen wyglądała podczas kolacji nad wyraz korzystnie; kiedy jestem przy niej, muszę bezustannie poskramiać serce, ale jedynie wtedy, gdy jest w toalecie wieczorowej z odsłoniętymi rękami i ramionami; w dzień, kiedy ubrana jest skromniej, odzyskuję rozum. Przyszła dziś rano obejrzeć obrazy w moim pokoju, po czym bez ceremonii zaprowadziła mnie do siebie, bym obejrzał jej obrazy: wybrała drogę przez ubieralnię. O rozsądku moim upewnia mnie fakt, że pomyślałem sobie wówczas, iż ubieralnia ta i ten pokój widziały w innych okolicznościach uroczą Marcelinę, która nie może się pochlubić ani takimi ramionami, ani piersiami, jakich tu się domyślam, ale która tak bardzo może się podobać przez swój wdzięk, dowcip, szelmowskie oczy, przez to wszystko wreszcie, co nie pozwala o niej zapomnieć.
Babka pana Kerdrel, która powiedziała mu w 1848 roku, kiedy wybrany na posła udawał się do Paryża: "Mój synu, będziesz brał udział w rządach, broń dobrze interesów Bretanii".
Babka czy też matka pana de Corbière, kiedy gratulowano jej, że syn został ministrem: "Mój Boże, więc rewolucja jeszcze się nie skończyła, skoro Piotruś jest ministrem?".
Łabędzie w odwiedzinach u swych małych. [...]
Eugène Delacroix, dagerotyp z 1842 roku
Eugène Delacroix, Dzienniki: 1822-1863, t. 2, tłum. Joanna Guze i Julia Hartwig, Zakład Narodowy im. Ossolińskich 1968, s. 101-102.

sobota, 29 października 2011

Odcinek 129: Agnieszka Osiecka, 1964 rok

List Agnieszki Osieckiej do Jeremiego Przybory

Praga, 29 października 1964 roku

Kochanie!
Agnieszka Osiecka.
Zmęczona jestem, ale chce mi się pisać do Ciebie. Najwyżej kiepskie to będzie pisanie. Z Wrocławia nie wysłałam nawet kartki, bo nigdzie nie było znaczków (!). Ale miałam dobre chęci...
Wiesz, Jeremi, jak dotąd to najładniejsza była podróż. Śmieszne miasteczka na Dolnym Śląsku i ruda jesień w kotlinkach Dusznik i Polanicy. Bardzo ładna była też granica: miniaturowy barak na pagórku i szlaban w paski. Opuszczaliśmy ten pejzażyk w wielkim słońcu. Po dwóch godzinach dzielny automobil pana Ziemowita [Fedeckiego] dobrnął do Pragi.
...A w Pradze myślę o Tobie. Zajęcie to nie jest nudne, ponieważ myśleć o Tobie można rozmaicie: okropnie i pięknie, czule i lodowato, nerwowo i „obiektywnie”, co jest najgłupsze.
Bardzo Ci jest ładnie w brązowym płaszczu i szaliku w kratkę, który odebrałeś Marcie. Masz też bardzo ładne usta, i to w tych samych miejscach, które podobają Ci się u mnie. Charakter masz nienadzwyczajny, ale z tego też jesteś do mnie podobny. Tylko że Twoje wady biorą się ze słabości, a moje z lenistwa... Kochanie! Nie zapominaj pisać dla Axera! Nie pij za dużo (oszczędzaj się dla mnie, bo strasznie dawno nie chodziliśmy po knajpach). Ucałuj wszystkie moje koleżanki z Ateneum, jeśli Ci się nawiną. Pozdrów Minia (ale tak, żeby w dalszym ciągu myślał, że mnie porzuciłeś. Muszę się trzymać tej wersji, bo za dużo już nakłamałam). Zadzwoń do mnie. Pisz! I w ogóle – co chcesz, to sobie rób.
Okropnie szkoda, że Cię tu nie ma. Za granicą jest się trochę na wagarach i człowiek ma więcej głowy do różnych takich rzeczy „na lipę”.
Całuję Cię w czoło
Twoja Agnieszka
Agnieszki Osieckiej i Jeremiego Przybory listy na wyczerpanym papierze, oprac. Magda Umer, Agora 2010, s. 64.

piątek, 28 października 2011

Odcinek 128: Sylvia Plath, 1960 rok

List Sylvii Plath do matki

28 października 1960 roku
Sylvia Plath z córką, Friedą, 1962 r.
Droga Mamo,
To były chyba moje najlepsze urodziny. Obudziłam się wczoraj rano obrzucona intrygującymi, brzuchatymi pakunkami, obok tort z palącą się pośrodku świecą, a przy łóżku siedzi Frieda, którą podpiera Ted trzymając w rękach poranną pocztę oraz tabliczkę mojej ulubionej niemieckiej czekolady. Naprawdę przeszedł samego siebie; mam nowe, pluszowe pantofle, obszyte białą puszystą wełną, których bardzo potrzebowałam, d w i e pary plastikowych ochraniaczy na buty, jedną do wysokich obcasów — Ted chciał, żebym miała coś poręcznego na dżdżystą londyńską pogodę — zapiekane kurczę od Fortnuma i Masona (nasza ulubiona potrawa na specjalne okazje, butelkę szampana rosé, trylogię Tolkiena Władca pierścieni (dalszy ciąg naszego ukochanego „Hobbita” w wersji dla dorosłych) oraz trzy rodzaje nowych wspaniałych serów do wypróbowania: rozpływający się dojrzały Brie, cudownie pleśnisty Stilton i tłusta gomułka sera Wensleydale we własnym lnianym woreczku. Dziękuję za kartki i listy od Ciebie i Warrena, które sprawiły mi ogromną radość. Stos pidżam dla Friedy traktuję jako Twój prezent dla mnie, znacznie bardziej wolę dostawać coś dla niej... We wtorek wieczorem idziemy na doroczny bankiet z szampanem z okazji przyznania Nagrody Guinessa (Ted otrzymał ją w Ameryce), który powinien być zabawny. Mam nadzieję, że moja książka dotrze do Ciebie w dobrym stanie. Napisz, co o niej myślisz. Najserdeczniejsze ucałowania dla Ciebie i Warrena,
Sivvy
Sylvia Plath, Ted Hughes i Frieda, 1960 r.
 Sylvia Plath, Listy do domu, tłum. Ewa Krasińska, Czytelnik 1983, s. 370-371.

czwartek, 27 października 2011

Odcinek 127: Maria de Sevigne, 1675 rok

List Marii markizy de Sévigne do córki, Franciszki Małgorzaty de Grignan

Les Rochers, niedziela 27 października 1675 roku

Markiza de Sévigne,
portret pędzla Claude'a Lefebvre’a.
Nie dostałam od Ciebie żadnych listów, mój najmilszy skarbie: wielki to smutek dla mnie. Nigdy by mi do głowy przyjść nie mogło, że to Twoja wina; wiem, jak się o mnie troszczysz; rozumiem jednak, że Twe przybycie do Grignan wprowadzić mogło pewne zamieszanie.
[...] Te wieczory, o które tak się, biedna moja, troszczysz, nie są mi nudne; prawie zawsze mam coś do napisania albo czytam i już północ przychodzi niepostrzeżenie; nasz ksiądz Dobrodziej opuszcza mnie o dziesiątej i te dwie godziny samotności nie bardziej mi ciążą niźli pozostałe. Dnie zaś całe mijają na omawianiu spraw z Dobrodziejem albo też przy moich drogich robotnikach lub nad przemiłą robótką. Koniec końców, życie mija tak szybko, moje dziecko, że nie wiem, jak można się głęboko zamartwiać sprawami tego świata. Tutaj czas mamy na rozmyślania, a jeśli moje lasy nie dają mi ku temu natchnienia, sobie tylko muszę przypisać winę. Czuję się wciąż doskonale; wszyscy moi ludzie cudownie spełniają Twoje polecenia: troszczą się o mnie do przesady; co wieczór odwiedzają mnie w pełnym rynsztunku, a na każdą wiewiórkę chcą dobywać szpady.
[...] Cóż Ci jeszcze powiem, moja najdroższa? Nie skończyłabym nigdy, gdybym wyrazić chciała, ile miejsca zajmujesz w moim sercu; sama wiesz, ile czułości mieści się zazwyczaj w tych słowach, i nie życzysz sobie, abym się nad tym rozwodziła.
Niecierpliwie czekam od Ciebie wieści. [...]
Zostawaj z Bogiem, mój najdroższy i najmilejszy skarbie; całkowicie jestem Ci oddana i całuję Cię z całego serca, z bezgraniczną tkliwością.
Listy pani de Sévigne, tłum. Michał Mroziński i Anna Tatarkiewicz, Państwowy Instytut Wydawniczy 1981, s. 189–192.

środa, 26 października 2011

Odcinek 126: Sławomir Mrożek, 1962 rok

Z dziennika Sławomira Mrożka

26 października 1962 roku, piątek
We wrześniu, czternaście lat temu, zacząłem pisać dziennik. W październiku, trzy lata temu, spaliłem bez żalu kilkanaście albo dwadzieścia kilka tomów, po dwieście stron blisko każdy. Uczucia dla tego dziennika straciłem już mniej więcej na trzy lata przed spaleniem, prowadziłem go coraz mniej regularnie, w ostatnich latach przed auto da fe zupełnie nie.
Monstrum składało się z trzech motywów: potrzeba znalezienia się jakoś sam na sam z czystym papierem (było to na długo przed debiutem), potrzeba załkania przed kimś, choćbym to był ja sam, gromadzenia jakichś doświadczeń, notatek z lektury, poglądów etc. Trzy potrzeby to oczywiście uproszczenie. Ani granica między nimi nie była wyraźna, ani ich liczba nie jest ostateczna. Podobnie z motywami zaprzestania tej akcji. Najprostszy i najbardziej powierzchowny to ten, że zacząłem pisać zawodowo. Rzeczywiście, w miarę jak drukowałem, przestałem się oddawać temu młodzieńczemu rękopiśmiennictwu. Choć prowadziłem dziennik jeszcze długo po tym, jak zostałem „pisarzem”.
Te parę kilo moich przeżyć serdecznych spaliłem, oczywiście ze strachu przed niepowołanym czytelnikiem w przyszłości. Zdałem sobie sprawę z tego, że ich przed nim nie uchronię, po włamaniu do mojego krakowskiego pokoju, dokonanym, kiedy byłem w Ameryce. W naszym kraju sejfy nie istnieją, zdaje się, a jeżeli istnieją, to nie mam do nich zaufania.
Ale nie tylko dlatego. W owym czasie ogarnął mnie najsilniej strach przed cmentarzem, przed tym, jakim już nie byłem, przed starzyzną. [...] Może wstydziłem się siebie, chciałem się wyprzeć małego, ale garbatego przodka, jakim byłem sam dla siebie. Zresztą nie będę mnożył tłumaczeń.
Mniej więcej po trzech latach od daty ogniska, które miało tak ładnie zaznaczyć odejście mojej młodości, a w jakieś sześć po wygaśnięciu owego instynktu samoskargi i mówienia do siebie doznaję podobnego odruchu pisania.
[...] Należę do pokolenia, dla którego pojawienie się samolotu na niebie było sensacją. I dlatego piszę na maszynie, a nie moim ukochanym sposobem, piórem i na dobrym papierze. [...] Ale po co właściwie tłumaczę się tak i przed kim?
Oczywiście nie trzeba się okłamywać. Warto by ustalić granice, co powinno być sprecyzowane w słowach dla samego siebie, a co pominięte. [...] Ustalmy więc uczciwie: to, co zaczynam, może czytać każdy.
Rozmowa towarzyska nie jest dla mnie ani narzędziem, ani sposobem. Tylko za pomocą papieru staję się swobodnym dyskutantem, a próby z magnetofonem dały żałosne rezultaty.
Żałuję, że nie mam wyraźnego pisma, bo maszyna do pisania nie jest całkiem obłaskawiona.
Mam nadzieję, że się przyzwyczaję do tej formy. Na razie czuję się nieswojo. Koniec przedmowy.

Sławomir Mrożek, Dziennik, t. 1: 1962–1969, Wydawnictwo Literackie 2010, s. 5–7.

wtorek, 25 października 2011

Odcinek 125: James Joyce, 1909 rok

List Jamesa Joyce'a do Nory Barnacle Joyce 

Dublin, 44 Fontenoy Street. 25 października 1909 roku
James Joyce, 1915 rok.
Moja biedna, mała, samotna Noro,
Nie pisałem przez tak wiele dni, bo kilka minut przed moim wyjazdem z Triestu nazwałaś mnie imbecylem za to, że wróciłem do domu późno po całym dniu pracy. Ale teraz żal mi Cię. Proszę Cię, Noro, nie mów tak do mnie więcej. Wiesz, że Cię kocham. Choć jestem od przyjazdu bardzo zajęty, zastanawiam się przez cały dzień, jakie prezenty mógłbym Ci przywieźć. Próbuję kupić dla Ciebie wspaniały komplet z sobola: czapkę, etolę i mufkę. Czy ucieszyłabyś się z nich?
Czuję, że tracę tu cały dzień wśród dublińskich prostaków, których nienawidzę i którymi gardzę. Jedyną pociechą są dla mnie rozmowy o Tobie, które prowadzę z moimi siostrami, gdy tylko mam okazję — tak jak prowadziłem je z Twoją siostrą Dilly.
Okrutna jest dla nas ta rozłąka. Czy myślisz teraz o słowach wyrytych na Twoim naszyjniku z kości słoniowej? Tym razem noszę stale w sercu trzy Twoje wizerunki. Na pierwszym wyglądasz tak, jak Cię ujrzałem zaraz po przyjeździe. Widzę Cię w korytarzu młodą i dziewczęcą — w szarej spódnicy i niebieskiej bluzce — i słyszę Twój dziwny powitalny okrzyk. Na drugim wyglądasz tak, jak wtedy, kiedy przyszłaś do mnie w nocy, gdy spałem wyciągnięty na łóżku: widzę rozpuszczone włosy okalające Twoją twarz i niebieskie wstążki przy koszuli nocnej. Wreszcie widzę Cię na peronie dworca, w chwilę po naszym pożegnaniu: ze smutkiem odwracasz głowę, i cała Twoja sylwetka wyraża dziwną bezradność.
Droga, dziwna, mała dziewczynko! A Ty pytasz w liście, czy nie jestem Tobą znużony! Nigdy nie będę Tobą znużony, najdroższa, jeśli tylko zechcesz być trochę bardziej uprzejma. Nie mogę tym razem pisywać do Ciebie tak często, bo jestem od rana do nocy strasznie zajęty. Nie martw się, kochanie. Martwiąc się, przekreślasz moje szanse zrobienia czegokolwiek. Mam nadzieję, że po tej rozłące przeżyjemy wspólnie wiele wiele wiele lat szczęścia. Moja droga, wierna, dobra, mała Noro, nie wyrażaj więcej w listach swych wątpliwości odnośnie  [do] mojej osoby. Jesteś moją jedyną miłością. Panujesz nade mną całkowicie. Wiem i czuję, że jeśli mam w przyszłości napisać coś dobrego i szlachetnego, mogę to zrobić jedynie dzięki temu, że będę nadsłuchiwał pod drzwiami Twego serca.
Jakże miłe rozmowy prowadziliśmy ze sobą tym razem, prawda, Noro? Będziemy je prowadzić dalej, kochana. Coraggio! Proszę Cię, droga moja, napisz do mnie miły list i donieś mi, że jesteś szczęśliwa.
Nora Barnacle Joyce z dziećmi.
Powiedz mojemu przystojnemu synkowi, że przyjdę go pocałować któregoś wieczora, kiedy będzie mocno spał: poproś go, żeby nie martwił się o mnie. Mam nadzieję, że czuje się lepiej. Powtórz tej mojej śmiesznej córce, że posłałbym jej lalkę, ale l'uomo non ha messo la testa ancora [człowiek nie założył jej jeszcze głowy].
A teraz, moja mała, złośliwa, źle wychowana cudowna dziewczynko, obiecaj mi, że nie będziesz płakać, lecz dodasz mi odwagi, żebym mógł dalej ciągnąć swą tutejszą pracę. Chciałbym, żebyś poszła na "Madame Butterfly" i żebyś pomyślała o mnie, kiedy usłyszysz słowa: Un bel di.
Jim
Nie pokazuj nikomu moich listów, kochanie. Piszę je do Ciebie.
James Joyce, Listy, wybór i przekład Michał Ronikier, t. 1, Wydawnictwo Literackie 1986, s. 183.

poniedziałek, 24 października 2011

Odcinek 124: Antoni Czechow, 1898 rok

List Antoniego Czechowa do Lidii Mizinowej, przyjaciółki siostry pisarza

24 października 1898, Jałta
Lidia Mizinowa
[...] Wątpię, czy przyjadę do Paryża wcześniej niż w kwietniu. Strasznie chciałbym Panią zobaczyć, ale nie chce mi się stąd wyjeżdżać — raz, że pieniędzy nie mam, dwa, że na Krymie jest pięknie, tak pięknie, że nie umiem powiedzieć. Pogoda cudowna, prawdziwe lato. Czuję, że chyba Pani będzie musiała przyjechać do Rosji, a nie ja do Paryża. Jeśli rzeczywiście przyjedzie Pani niedługo, proszę przywieźć mi krawaty i chustki do nosa (z inicjałem A), ja Pani zapłacę. Słowo honoru, zapłacę! Choćby przywiozła Pani za sto rubli, zwrócę wszystko, nie waż się mej zachciance przeczyć!
Portret Antoniego Czechowa,
mal. Iosif Braz.
Pani fotografie są bardzo udane, wygląda Pani nawet pięknie, czego w żaden sposób nie mogłem się spodziewać. Wysłałbym Pani swoją podobiznę, ale nie mam. Mój portret pędzla Braza może Pani obejrzeć w Galerii Trietjakowskiej. Nawiasem mówiąc, portret jest wyjątkowo nieciekawy. [...]
Życzę zdrowia i szczęścia. Niech Pani nie zapomina starego wielbiciela.
A. Czechow
Antoni Czechow, Listy, t. 2, oprac. Natalia Modzelewska, tłum. Natalia Gałczyńska, Ałła Sarachanowa, Wydawnictwo Literackie 1988, s. 202.

niedziela, 23 października 2011

KOMUNIKAT SPECJALNY!

Z wielką radością informuję, że łaskawie nam panujący Redaktor Naczelny Płaszcza, czyli Beznadziejnie zacofany w lekturze, zdobył dziś nagrodę czytelników, ebukę, w Konkursie na Najlepszy Blog Książkowy 2011 !!!!!!!!!! 
Werdykt został ogłoszony dziś na Targach Książki w Katowicach.


Najserdeczniejsze gratulacje dla Laureata!

Odcinek 123: David Herbert Lawrence, 1913 rok

List do lady Cynthii Asquith

Lerici, przez Fiascherino, Włochy, 23 października 1913 roku
David Herbert Lawrence
Droga Pani: już od dawna chciałem do Pani napisać. Ale sporo czasu upłynęło, nim tutaj dobrnęliśmy. A całe wieki upłynęły od naszego wyjazdu z Bawarii. Frieda była u swojej rodziny w Baden-Baden, ja nie chciałem tam jechać. Przeszedłem więc na piechotę w poprzek Szwajcarię i na zawsze wyleczyłem się z sympatii do tego kraju. Jedyną rozrywkę stanowi możność rzucenia kamieniem z przeraźliwej wysokości w dół — co zresztą jest prawnie zabronione. A góry... gdybym podniósł rękę z wystawionym w górę małym palcem i zobaczył go jaśniejącego na tle nieba, mógłbym go nazwać Monte Rosa. Nie umiem ocenić piękna gór; z bliskiej odległości ma się wrażenie, że wciąż tylko stoją na drodze, są zbyteczne, nigdy nie ruszają się z miejsca i tylko wzajemnie sobie przeszkadzają.
Potem dotarłem do potwornego Mediolanu, z katedrą podobną do rozzłoszczonego jeża i obmierzłymi mieszczuchami w skarpetkach, czerwonych krawatach i kapeluszach na bakier. To mnie wykończyło.
Za to teraz zamieszkaliśmy w cudownym miejscu, w pięknym palazzino, w olbrzymim ogrodzie, schodzącym tarasami do morza — tak się to po włosku nazywa. Ja nazywam to małym, czteropokojowym różowym domkiem z dużą winnicą, położonym nad okoloną skałami zatoczką. Frieda mówi, że jest to pomalowany na różowo grobowiec, bo takie to jest (a raczej było) brudne w środku. O Boże, ileśmy się napracowali skrobiąc to paskudztwo do czysta. Nie było sensu wołać w tym celu naszej służącej Elide. Jeszcze nigdy nie widziała, do czego służy szczotka ryżowa. Opasałem się szelkami i zabrałem się do roboty. Patrząc, jak czarna podłoga czerwienieje, a spod koszmarnego brudu na ścianach wynurzają się czerwone cegły, mieliśmy ochotę śpiewać hymny i psalmy pochwalne. "Ach! — krzyczała Elide — l'aria e la pulizia... świeże powietrze i czystość to dwie najważniejsze rzeczy w życiu!" — Mogła równie dobrze powiedzieć, że to nektar i ambrozja, tak dalece nie ma o tym pojęcia. Ale Włosi, w przeciwieństwie do nas, nie uważają, że ich domy są z nimi bezpośrednio związane. W Anglii dom jest dla każdego z nas, podobnie jak skorupa dla ślimaka, zewnętrzną osłoną. Tutaj jest to nora, do której ludzie wpełzają chroniąc się od deszczu i ciemności. Podczas posiłków Capitano i jego żona (dom należy do nich, ona go odziedziczyła, ale go odnajmują i sami mieszkają w mieście) bezceremonialnie rzucają na podłogę wszystkie resztki i odpadki oraz "bouts de vin" [resztki niedopitego wina], a koty i muchy odprawiają na tym łupie swój wojenny taniec.
Lady Cynthia Asquith, portret Augustusa Johna
Położenie jest piękne - mały różowy domek wśród winnic nad okoloną skałami zatoczką Morza Śródziemnego. Do kąpieli chodzi się owinięty ręcznikiem. Nagrzana woda krzepi i wzmacnia... wspaniałe uczucie. Chciałbym, żeby Pani też tego zakosztowała. Żyjemy prawie za darmo (wiem, że te prozaiczne sprawy bardziej Panią interesują od odwiecznych prawd) — za komorne płacimy 60 franków miesięcznie, służącej 25, warzyw jest mnóstwo i są śmiesznie tanie. Rano, po obudzeniu, patrzy się na ciemne sosny majaczące w różowej poświacie jutrzenki, przez cały dzień drzewa oliwne lśnią w słońcu, a łodzie rybackie i dziwne żaglowce (na przykład korsykańskie stateczki) ukazują się znikąd na tle jasnobłękitnego nieba, a wieczorem, o zachodzie słońca, całe morze staje się matowozłote, z purpurowym odblaskiem.
Czy dokonała Pani zamierzonego wypadu do Wenecji i czy bardzo tam cuchnie? Boże, jak te Włochy potrafią śmierdzieć. Chodzimy po listy na pocztę do Tellaro (tam i z powrotem dwadzieścia pięć minut drogi brzegiem morza do niedostępnej wioski, wyglądającej jak siedziba rozbójników morskich) i wierzyć się nie chce, jak tam jest straszliwie brudno.
Mam nadzieję, że się Pani dobrze czuje, ale czy to nie za forsowne taka wyprawa tam i z powrotem do Wenecji w ciągu jednego tygodnia? Dlaczego nie wybierze się Pani drugi raz do Margate? Myślę, że to wielkie przeżycie wracać do miejsc, gdzie się było szczęśliwym. Jak miewa się Żonkil o złotym uśmiechu [syn lady Asquith]? Czy pan Asquith zbija majątek w swojej kancelarii adwokackiej? Powinienem w zimie dostać około 150 funtów, co przy naszym obecnym trybie życia będzie zawrotną sumą pieniędzy.
Mieliśmy wczoraj list od Eddie Marsha... w tej chwili spadł mi na głowę ciężki żołądź, to na pewno jakiś omen. Czy umie Pani przepowiadać? Eddie jest przedobry i szlachetny. To wyłącznie moja wina i wcale nie miałem racji czując się urażony tym, że moje wiersze miały nie dość staranną formę, aby mogły mu się podobać.
Morze Śródziemne potrafi być czasem bardzo wzburzone. Dziś wieje maestrale [mistral] i morze demonstruje swój gniew w bardzo niemiły sposób.
Moja sztuka ma niedługo ukazać się w druku. W tej chwili czarna kura wróciła do domu. Gdzieś się zagubiła. Elide wymachuje rękami z radości. Moja sztuka [The Widowing of Mrs Holroyd] jest bardzo obyczajna. Przysłałbym Pani egzemplarz, ale nie chcieli mi dać ani jednego. Będzie ją Pani musiała koniecznie przeczytać.
Piękne ukłony dla pana Asquitha, Żonkila i Pani. 
Lerici, pocztówka z 1895 roku.
David Herbert Lawrence, Listy, oprac. Krystyna Stamirowska, tłum. Zofia Sroczyńska, Wydawnictwo Literackie 1984, s. 103-104.

sobota, 22 października 2011

Odcinek 122: Lista Przebojów Programu Trzeciego, 1988 rok


Lista Przebojów Programu Trzeciego

Notowanie 346, 22 października 1988 roku

A         B         C          wykonawca - tytuł
1          2          8          Obywatel G.C. - TAK... TAK... TO JA
2          1          5          a-ha – TOUCHY!
3          4          4          Phil Collins - A GROOVY KIND OF LOVE
4          6          3          Stevie Wonder - SUPERSTITIOUS
5          8          17        Obywatel G.C. - NIE PYTAJ O POLSKĘ
6          3          4          Def Leppard - LOVE BITES
7          5          5          Kim Wilde - YOU CAME
8          15        2          U2 - DESIRE
9          9          3          Sting - SISTER MOON
10        7          8          Scorpions - RHYTHM OF LOVE
11        11        3          Koreana - HAND IN HAND
12        23        2          Kult - NIEJEDEN
13        N         1          Bon Jovi - BAD MEDICINE
14        19        22        Michael Jackson - DIRTY DIANA
15        N         1          T. Love - ZWYKŁE CIAŁO
16        12        8          Fatum - BŁAGANIE
17        10        7          Van Halen - WHEN IT’S LOVE
18        N         1          Pet Shop Boys - DOMINO DANCING
19        26        2          Whitney Houston - ONE MOMENT IN TIME
20        30        2          Cat Stevens - WILD WORLD
21        13        6          Bobby McFerrin - DON'T WORRY, BE HAPPY
22        14        11        INXS - NEVER TEAR US APART
23        22        14        Chłopcy z Placu Broni - O!
ELA
24        16        11        George Michael - MONKEY
25        21        15        Kobranocka - GORYCZ W CHLEBIE
26        18        15        Formacja Nieżywych Schabuff - KLUB WESOŁEGO SZAMPANA
27        17        4          Lady Pank - RATUJ TYLKO MNIE
28        20        14        Basia - TIME AND TIDE
29        24        3          Wolfgang Press - KING OF SOUL
30        N         1          Elton John - A WORLD IN SPANISH


A. MIEJSCE
B. MIEJSCE W POPRZEDNIM TYGODNIU
C. TYGODNI NA LIŚCIE

piątek, 21 października 2011

Odcinek 121: Marian Brandys, 1972 rok


Z dziennika Mariana Brandysa

Warszawa, sobota, 21 października 1972 roku

Czarny dzień: umarła Madzia Samozwaniec. Sam się zdziwiłem, jak mnie to obeszło i zmartwiło. Madzia, którą się zawsze wspominało z uśmiechem rozbawienia lub irytacji, naraz stała się tematem poważnym i trudno się z tym oswoić. Dopiero co umawialiśmy się na brydża, dopiero co zapraszała do siebie Tośkę na świąteczną wizytę. I oto nie ma jej. Odeszła ostatnia z Kossaków, suto wyposażona we wszystkie zalety i wady tej „żywotnej do obrzydliwości” (jak mawiał Witkacy) rodziny, która zapisała kolorową kartę w historii polskiej kultury, spiła wszystkie miody życia i odeszła, nie pozostawiając epigonów. 
Magdalena Samozwaniec z ojcem, Wojciechem Kossakiem.
Po raz pierwszy widziałem ich w komplecie na premierze sztuki Jasnorzewskiej-Pawlikowskiej we wczesnych latach trzydziestych. Najpierw rozpoznałem wspaniałą głowę Wojciecha Kossaka, potem Madzię, którą znałem z fotografii w „Wiadomościach Literackich”, wreszcie Jasnorzewską-Pawlikowską. Zachowywali się niemożliwie (tak jak Madzia zachowywała się do końca życia). Głośno rozmawiali, śmieli się, absolutnie nic sobie nie robiąc z otoczenia. Ludzie zaczęli psykać, przywoływać ich do porządku, ale ktoś dał cynk, że to Kossakowie, i oburzenie natychmiast zmieniło się w adorację.
Magdalena Samozwaniec z mężem,
Zygmuntem Niewidowskim
.
Zawsze otaczała ich adoracja (typu trochę wańkowiczowskiego). Konsumowali życie jak soczysty befsztyk podlany dobrym alkoholem. Madzi bardzo tej adoracji brakowało. Zawsze miała wokół siebie wspaniałych, arystokratycznych kawalerzystów, którzy zabijali się o nią. Na koniec pozostał jej tylko ten koszmarny Zygmuś, coś pośredniego między gangsterem a sutenerem. Przez długie lata roztaczała przed przyjaciółmi mit o swoim szczęściu domowym i o miłości Zygmusia. Ale ostatnio zaczęła mówić prawdę: o wymaganiach pieniężnych Zygmusia, o tym upokarzającym życiu we troje (o rzekomej siostrzenicy Zygmusia, którą razem z nim miała na karku, mówiła: „moja domowa pomoc erotyczna”). Madzia była stale niepoważna. Przypuszczam, że stało się to u niej jakby świadomą zasadą życiową. Był w niej jakiś „bohaterski dantyzm”. Alicja Sternowa mówiła o niej „nasza klownessa”. Trafiła w dziesiątkę. Madzia rzeczywiście była jakimś skrzyżowaniem klowna z contessą i był w niej jakiś tragizm klownowski. Przez długi czas irytowała mnie piekielnie. Ale potem przekonałem się do niej i zacząłem ją szanować. Była samolubna, infantylna, niekiedy trudna do zniesienia. A jednocześnie miała w sobie jakąś wielką kulturę i godność. Umiała ukrywać swoje cierpienia, samotność, lęk przed śmiercią, umiała umierać stojąc. Ostatnio wyglądała już bardzo staro. Całą twarz miała pokrytą drobniutką siatką zmarszczek. Straszny Zygmuś w czasie jednej ze swoich sakralnych wizyt w Oborach zdobył się w mojej obecności na brutalny żart. Całując ją w policzek powiedział: „Ach te moje wafelki!” Zdumiała mnie literacka trafność przenośni tego prymitywa. Madzia to dostrzegła i wyjaśniła pogardliwie: „Jego ojciec miał fabryczkę wafli pod Wadowicami”. No cóż, Madziu, nie zagramy już chyba w brydża.

24 października 1972 roku
Zadzwoniła Ewa Fiszer. Ona zawsze dzwoni wtedy, kiedy w szczególnym napięciu czekam na inne telefony. Wróciła z Obór i opowiedziała mi o ostatnich miesiącach życia Madzi Samozwaniec. Okazuje się, że umarła na raka, który przerzucił się już na cały organizm. Przed trzema tygodniami przyjechała w takim stanie do Obór. Starała się prowadzić normalne życie, ale miewała napady szalonych bólów. Mówiła, że to półpasiec. Lekarzy nie uznawała, nie poddawała się żadnym badaniom. Na bóle się skarżyła, ale w taki sposób, w jaki człowiek skarży się na bóle głowy. Jednak po dwóch tygodniach stan jej się tak pogorszył, że Ewa zatelefonowała do Zygmusia. Madzia pozwoliła się odwieźć do Warszawy, ale na szpital się nie zgodziła. Odwieziono ją tam dopiero po krwotoku. W szpitalu umarła po trzech tygodniach.

Marian Brandys, Dziennik 1972, Iskry 1996, s. 116–117, 120.

czwartek, 20 października 2011

Odcinek 120: Kazimiera Iłłakowiczówna, 1956 rok

List Kazimiery Iłłakowiczówny do Danuty Kubackiej

Chwilowo Wrocław, 20 października 1956 roku
Droga Pani,
Kazimiera Iłłakowiczówna
oczywiście domyślałam się, że Panią spotkała ta żałoba i bardzo mi Pani było żal. Całe szczęście, że mogła być Pani przy najdroższej matce i spłacić swój dług za jej różne utrudzenia i cierpienia, jakie ponoszą matki, i jakie właściwie nigdy nie mają końca. Moją największą w życiu miłością była moja matka – przybrana oczywiście – bo rodzona umarła bardzo wcześnie. Byłam dla niej bardzo niedobra, opuściłam ją, a wróciłam dopiero, kiedy była już beznadziejnie chora. I też – nigdy nie zapomnę tego drugiego konania naprzeciw wspaniałego pejzażu Gruyere w Szwajcarii – nigdy sobie nie przebaczę.
Wróciłam ze Sromowiec z wielką ulgą, że wyjechałam w ogóle żywa, bo wyżywienie jest tam wielkim problemem i gotowanie naszej góralki przyprawiło mnie o atak czegoś w rodzaju dyzenterii... Ale pogoda była cudowna, upalna, widoki niesłychanie piękne, klimat daleko łagodniejszy niż w Krościenku, ludzie – wspaniali, chata – z uroczymi pokojami.
Sromowce, lata sześćdziesiąte.

Od tego czasu byłam aż dwa razy na trochę dłużej w Warszawie z powodu operacji i okresu pooperacyjnego mojej siostry. Odkryłam też moją przedwojenną krawcową i zrobiłam u niej aż trzy rzeczy. Pani zdziwi się, bo przecież i tak nago nie chodzę, ale nie ma Pani pojęcia, jak te źle uszyte, a zwłaszcza nie na mnie skrajane, rzeczy mi obrzydły. To, co robi taka „pierwszorzędna” odznacza się przede wszystkim tym, że suknie te 1) nie wyglądają „nowe”, 2) nie piją, nie ciągną, w ogóle nie zawadzają, 3) nie prują się, guziki im nie odlatują, nitki nie wiszą, 4) człowiek nie potrzebuje wcale o nich myśleć.
Poza tym robiłam i wykańczałam tłumaczenie dla PIW-u książki Bölla „Das Brot der frühen Jahre” [„Chleb najwcześniejszych lat”, wyd. 1957]. Już jest na maszynie. Znowu taka żmudna, zupełnie nie opłacająca się praca!
We Wrocławiu jestem tylko przejazdem, w ogóle – w Po­znaniu.
Serdeczne pozdrowienia!
Iłłakowiczówna
Listy poetów ze zbioru Wacława Kubackiego, Oficyna Wydawnicza C&S 1993, s. 49–50.

środa, 19 października 2011

Odcinek 119: Maria Kalergi, 1842 rok

List Marii Kalergi do Adama Potockiego

Warszawa, 19 października 1842 roku

Maria Kalergi zakochana była
w hr. Adamie Potockim,
którego matka sprzeciwiała się jednak
temu związkowi. Maria zwolniła Adama
z obietnicy małżeństwa.
Otóż nareszcie mam Twój dobry list, Przyjacielu, oczekiwałam nań niecierpliwie bez najmniejszej bodaj pokusy oskarżania Cię ani przez chwilę – wiesz przecież, że mam tylko jeden sposób myślenia o Tobie.
Pomijając egoizm cieszę się, że rozpocząłeś już swoje standardowe, jak je nazywasz, życie [Potocki wyjechał polować]. Wcale nim nie gardzę, wręcz przeciwnie, pojmuję cały urok takiego włóczęgostwa, ale obawiam się jego niebezpieczeństw, na które narażasz się tak lekkomyślnie. Zresztą wiem, iż nudzi Cię mówienie o tym, więc już milczę. Chciałabym wynaleźć coś podobnego do tego leśnego bytowania, aby się oszołomić i odnaleźć siebie, niestety trudne to, bo mimo wszelkich wysiłków nie umiem pozbyć się mego wszechwładnego ja, które tak okrutnie mnie dręczy.
Mamy tu mnóstwo rozrywek i przyjąć – szukam w nich fizycznego zmęczenia, aby zapewnić sobie nieco snu. Zawszeć to zysk na 24 godzinach, chociaż tyle ich jeszcze pozostaje do przesiedzenia przy kominku, a te są najbardziej podstępne. W samotności doznaję niekiedy przypływów egzaltacji sięgającej obłędu, a dusza moja spadając rozbija się i wówczas ogarnia mnie gorzka odraza do siebie i do wszystkiego, co mnie otacza. Czuję się tak dalece niezdolna do rzeczywistego życia, że wywołuje to ogromne zniechęcenie, bo wydaje mi się, że nigdy nie dokonam niczego dobrego ani pożytecznego. Winię okoliczności, zamiast winić własny nieszczęsny charakter, tak niepodobny do żadnego innego. Mam prawdziwe zmartwienia, ale nie one mnie dręczą, cierpię nie z powodu tego, co jest, ale z powodu tego, czego nie ma, na próżno przenoszę się w marzeniach w inne okoliczności, wszystko wydaje mi się zimne, ciemne i zniechęcające – wszędzie proza, którą się brzydzę. [...]
Adam Potocki, zakochany w Marii Kalergi,
ostatecznie ożenił się ze swą kuzynką
Katarzyną Potocką.
Otóż i żałosna spowiedź, nieprawdaż? Kajam się za nią, ale mam nadzieję, że się ulitujesz nad nienazwanym cierpieniem, spalającym powoli tych, których dotknęło i którzy istnieją jedynie jako sobowtóry szczęśliwych istot tego świata. Nie powinnam do Ciebie pisać, kiedy jestem w tak ponurym nastroju, moje listy nie mogą Ci być przyjemne, ale im jestem smutniejsza, tym bardziej potrzebuję bliskości z Tobą. Ty jeden wiążesz mnie z życiem, szczególniej jeśli moja przyjaźń ma dla Ciebie nieco uroku. A przynajmniej wierzaj mi, że rozumiem i dzielę z Tobą każde Twoje zmartwienie. Wszystkie cierpienia trzymają się za ręce, jest to prawdziwa więź między duszami, jedyna, która je jednoczy, i z tego tytułu błogosławię ją.
Żegnaj, Przyjacielu, napisz do mnie niebawem, serce mam mniej ściśnięte i głowę mniej płonącą, kiedy do­ciera do mnie Twoja myśl. – Żegnaj.

Maria Kalergi, Listy do Adama Potockiego, tłum. Halina Kenarowa, Róża Drojecka, Państwowy Instytut Wydawniczy 1986, s. 57–59.

wtorek, 18 października 2011

Odcinek 118: Tomasz Kajetan Węgierski, 1783 rok

Dziennik Tomasza Kajetana Węgierskiego

18 października 1783 roku
Tomasz Kajetan Węgierski
Spodziewaliśmy się wyjechać tego ranka i dostać się lądem do Levingston, ale ponieważ padał deszcz cały dzień i że powozy używane w tym kraju nie są kryte, woleliśmy zostać i czekać na piękniejszą pogodę. Skorzystałem z tego wolnego czasu, aby ułożyć materiały mego dziennika i żeby Ci zaznaczyć kilka rysów, których brak do zupełnego scharakteryzowania obyczajów i sposobu życia Amerykanów. Prawie na pewno przyjąć możemy, że podróżny obiadujący codziennie u innej osoby będzie się żywił przez miesiąc jednymi i tymi samymi potrawami, przyrządzonymi w ten sam sposób. Stół generała, gubernatora, dzierżawcy, oberżysty podobny jest do siebie zupełnie: baran, wół, świnia; świnia, wół, baran; wół, świnia, baran stanowią zasadniczą treść posiłków. Składają się one zwyczajnie z 2 wielkich kawałków, które podają z kartoflami i rozmaitą sałatą. Widziałem tylko jeden wyjątek w tym sposobie podania, i to u najbogatszego prywatnego człowieka z Filadelfii, na obiedzie podanym dla 20 osób.
Przyzwyczajonym się jest tu zadowalać apetyt, nie zaś go drażnić i z pewnością 2 znaczniejsze kawałki wystarczyłyby do nasycenia wszystkich zaproszonych.
Rycina z początku XIX wieku

Najbiedniejszy dzierżawca w Ameryce je więcej mięsa w jednym tygodniu aniżeli wielu chłopów europejskich (nawet w krajach, gdzie im się najlepiej powodzi) w całym roku. Rum, zmieszany z wodą, jest napojem najpospolitszym, ale znajduje się wszędzie wino z Porto albo Madery.
Sporządzają tu z melasy i z pewnego rodzaju jodły doskonałe piwo, znane pod nazwą spruce beer. Wszystkie wynalazki, które czynią życie wygodniejszym i przyjemniejszym, wszystkie zbytki luksusowe są im całkiem nie znane, z wyjątkiem kilku miast, i tam nawet są one bardzo rzadkie, ale za to ta mała ilość mebli, służąca im do użytku dziennego, jest utrzymywana z czystością i elegancją nie widzianą w naszych krajach.
 
Cyt. za: Ameryka w pamiętnikach Polaków, oprac. Bogdan Grzeloński, Wydawnictwo Interpress 1975, s. 19-20.