piątek, 30 września 2011

Odcinek 100: Samuel Pepys, 1665 rok

Z dziennika Samuela Pepysa

30 września 1665 roku
Nocnik angielski, ok. 1651 roku. Napis brzmi:
„Nie rozbij mnie w pośpiechu, a nikomu nie
przyczynię wstrętu”.
Nocowałem znów u pana Glanville’a, a że mnie bole chwyciły, sięgnąłem po nocne naczynie, któregom nie znalazł; tedy musiałem w tym dziwnym domu dwa razy wysrać się w kominek. Całe rano w urzędzie, gdzie siła roboty, a wielkim dla nas brzemieniem jest zaprowiantowanie jeńców tudzież chorych i rannych marynarzy, którzy leżą, nieszczęśni, u drzwi naszego urzędu. Żaden z kapitanów nie chce ich przyjąć na pokład, a nie mamy ani innych okrętów, na które moglibyśmy ich załadować, ani pieniędzy, żeby im płacić albo ich żywić. Boże, ulżyj nam w tym kłopocie. Kiedym wracał z obiadu, byłem nagabywany przez tych nieszczęśników i obdarzyłem ich paru dobrymi słowy i trochą pieniędzy i prawdę mówiąc, nie można by mieć im za złe, jeśli potrzeba pchnęłaby ich na złe drogi i zmusiła do kradzieży lub czegoś podobnego, skoro przecie nie mają z czego żyć. Wieczorem, znużony, do Woolwich jachtem „Bezan”, aliści żonę zastałem w okrutnym poruszeniu i wziąwszy mnie na stronę powiedziała, że powaśniła się z obiema dziewkami, a zwłaszcza z pokojową Mary, która miała jej się w żywe oczy odgrażać, że powie mi o czymś, co żonie zamknie gębę, i tym podobne rzeczy. Podejrzewam, że to idzie o Browne’a, i choć żona prosiła, bym sam dziewkę wypytał – będąc już z natury skłonny do zazdrości – popadłem w okrutną wściekłość i dziko poszedłem precz z myślą, by nocować na jachcie. Ale kiedym stanął na brzegu, pomyślałem, że jużcić lepiej by nocować w ciepłym łóżku i że będąc z żoną może się prędzej udobrucham. Tedy wróciłem, a mając skądinąd tyle racyj po temu, żeby się radować, tyle nadziei na dobry zysk, nadto uważywszy, że zawichrzenie umysłu i melancholia mogą w ten niezdrowy czas jakie zło na nasz dom sprowadzić i że dla żadnych niesnasek nie można w takim czasie wyrzucać z domu służby, postanowiłem raczej łagodzić sprawę, niż ją rozjątrzać, więc postarałem się być miłym dla żony, więc do łóżka nie wspomniawszy o naszej rozterce. Tak zasnąłem, a okrom tego wieczora i jeszcze dnia czy dwu jakiś miesiąc albo sześć tygodni temu niemiłych z tej samej przyczyny, kończę ten miesiąc z największym zadowoleniem i mogę bodaj powiedzieć, że te trzy ostatnie miesiące, co do radości, zdrowia i dochodów, były chyba najpomyślniejszymi w moim życiu i nie przyczyniły mi innych trosk, okrom że umartwiony byłem okrutnie tą wielką plagą zarazy.

Samuel Pepys, Dziennik, t. 1, tłum. Maria Dąbrowska, Państwowy Instytut Wydawniczy 1954, s. 538–539.

*** 
A teraz - jeśli pan Pepys nie odebrał Wam apetytu - zapraszamy na tort z okazji setnego odcinka "Płaszcza zabójcy". Można nam wierszem i prozą (stylizowaną na nasze ulubione dzienniki, rzecz jasna) życzyć kolejnych tysięcy odcinków i wytrwałości w pracy.


czwartek, 29 września 2011

Odcinek 99: Juliusz Rómmel, 1939 rok

Rozkaz pożegnalny dowódcy Armii „Warszawa” gen. dyw. Juliusza Rómmla

Warszawa, 29 września 1939 roku
Żołnierze Armii „Łódź” i „Warszawa” – obrońcy Warszawy i Modlina.
Gen. Juliusz Rómmel.
Przez trzy tygodnie oczy całego świata były zwrócone na was. A serca wszystkich Polaków były razem z nami, niosąc nam otuchę i głębokie przekonanie, że walczymy o sprawę najwyższą dla nas, najwznioślejszą, bo o wolność i niepodległość Ojczyzny.
Wasza dzielna obrona stała się natchnieniem świata. Dumny jestem z tych waszych czynów i z tego, że Bóg dał mi ten najwyższy zaszczyt dowodzić wami – najlepszymi żołnierzami świata.
Wypełniliście swój ciężki obowiązek sumiennie i bez reszty. Swoim oporem ściągnęliście na nasz front niewspółmiernie przewyższające siły wroga i tym samym nie pozwoliliśmy na ich użycie przeciwko naszym sojusznikom, dając im możność przygotowania do przyszłego zwycięstwa.
Ani jednej naszej pozycji obronnej wróg nie zdołał odebrać nam siłą. Nie mogła nas złamać przemoc wroga. Składacie broń na mój rozkaz, ponieważ uznałem, że dalszy opór jest bezcelowy i niemożliwy z powodu wyczerpania się amunicji i zapasów żywności. Przeżywamy ciężkie czasy. Lecz pamiętajcie, że nie wolno upadać na duchu. Nie wolno dopuścić do załamania się. Bo obecne niepowodzenie jest chwilowe, zwycięstwo będzie po naszej stronie. I pamiętajcie, że: Jeszcze Polska nie zginęła, póki my żyjemy. I to, co nam obca przemoc wzięła, siłą odbierzemy.
Ojczyzna dziękuje wam, żołnierze wszystkich stopni, za wasze trudy, za waszą krew, za waszą niezłomną postawę w tej bohaterskiej walce. Pamiętajcie, że my odejdziemy z tego świata, lecz sława i pamięć o naszych czynach będzie żyć wiecznie wśród Narodu Polskiego.
Generał dywizji Rómmel,
dowódca Armii Warszawa”.
Cyt. za: Jerzy Borowiec, Od Sarajewa do Hiroszimy 1914–1945, Adam 1992, s. 71–72.

środa, 28 września 2011

Odcinek 98: Jan Lechoń, 1949 rok

Z dziennika Jana Lechonia
28 września 1949 roku

1. Pisałem płynnie i dużo. Czy to znaczy, że to będzie dobre, czy też może właśnie mój krytycyzm się zmęczył?
2. Cały dzień głupie fizyczne sensacje: jakieś chrobotanie w głowie, drganie w ręce, kłucie w sercu, pod pachami, ból nerki. Dawniej nawet bym o tym nie myślał. Ale wiem, że teraz to coś znaczy – że już ta psująca się maszyna – da się tylko załatać, ale nigdy nowa nie będzie. Pamiętam opowiadanie Rachilde – bodaj że tytuł był La Dent. Człowiek ogląda swój ząb zepsuty w lustrze i myśli, że to przecież jest on, jego ciało, i to budzi w nim przestrach starości, fizycznego zniszczenia. Te moje bóle – to tak czy owak – znak przechodzenia na fizyczną emeryturę. I teraz właśnie zdaje mi się, że mam tyle do napisania i że potrafiłbym to wszystko wykonać.
3. Rano Riverside nad Hudsonem, moja codzienna droga autobusem do śródmieścia. Rude drzewa, gdzieś popielate, bez blasku oświetlenie – zupełnie obraz złego amerykańskiego malarza. Ale sam Hudson poniżej tego parapetu rudej zieleni – jakiś niebanalny, ze stalowym statkiem wojennym, który właśnie płynął. Wieczór na Park Avenue taki tłok samochodów, że cała ulica wyglądała jak fantastyczny pochód z pochodniami, spływający z wyższej części alei ku bramie pod Strand Central. W ciemności drapacze na Fifth Avenue, gdzie w różnych biurach świeciły się pojedyncze okna, jedne biało, inne niebiesko – wyglądały jak zawieszona na niebie biżuteria. Jednolita draperia szaro-czerwonego zmroku za Rockefeller Center. Cała ta gigantyczna awantura ma jednak jakąś swoją mistykę. Tylko nic w niej nie ma z gotyku, nie ma tam nawet diabła, nie ma żadnych bóstw złych ani dobrych. Jest to mistyka nicości.
Nowojorski park Riverside jesienią.
4. Oduczyłem się dawno zżymać na to, że nas w świecie nie znają, że nie wiedzą, jak wspaniałą mamy, a raczej mieliśmy, literaturę. Boy powiedział kiedyś, że to jest nasze wielkopaństwo, że mamy takie arcydzieła jak Zemsta, i świat nigdy się o tym nie dowie. Uważam, że nic nam nie zostaje innego, skoro nie możemy nauczyć świata po polsku – jak kontentować się przekonaniem, że jesteśmy tymi wielkimi panami. Ale kiedy pomyślę, że Mallarme jest znany w całym świecie, a Norwid poza Polską nigdzie – odchodzi mnie ochota na to wielkopaństwo. Bo chociaż świat o tym nie wie i wcale tego nie pragnie, Norwid należy mu się. Tu nie chodzi o naszą dumę narodową, ale po prostu, że Norwid powinien być „na ogólny moralny intelektualny użytek”. Coś tu jest nie w porządku. I mimo wszystko jakaś wielka polska niezdarność.

Jan Lechoń, Dzienniki, t. 1, Państwowy Instytut Wydawniczy 1992, s. 62–63.

wtorek, 27 września 2011

Odcinek 97: Katherine Mansfield, 1920 rok

List Katherine Mansfield do męża, Johna M. Murry’ego

Mentona, 27 września 1920 roku
Katherine Mansfield, 1915 rok.
Marzę i marzę, i marzę. Czemu Ciebie tutaj nie ma? Mimo że jestem biedna jak mysz kościelna, nie chcę, abyś drukował „Słoneczko i gwiazdeczkę”. W tym tygodniu prześlę Ci nowelę: umieść ją, jeśli to możliwe. Oczywiście nie umieszczaj, jeśli nie masz miejsca. Znikły, niestety, moje 25 funtów miesięcznie – próżne jęki...
Pełno tu jaszczurek. Olbrzymia jaszczurka – krokodyl w miniaturze – ma swoje siedlisko wśród liści w rogu tarasu. Obserwowałam ją dziś: ukazała się – jakby od niechcenia – i złapała mrówkę. Trzeba było widzieć małe szczęki, szybki ruch języka i silny puls bijący jak fala poniżej łopatki. A te oczy! Jaszczurka nasłuchiwała nimi. Nie mogąc znaleźć jeszcze jednej mrówki, tupnęła przednią łapką, a potem zobaczyła, że się jej przyglądam, mrugnęła porozumiewawczo – i znikła.
Jest także gniazdo os w ogrodzie. Dziś rano dwie młode osy wyszły z gniazda, złapały liść i zaczęły go ciągnąć każda w swoją stronę. Był to brązowy liść wielkości mniej więcej trzech listków herbaty. Osy wpadły we wściekłość. Popłakiwały, jęczały – wyrywały sobie liść – nie chciały sobie ustąpić, ostatecznie jedna z nich wywróciła koziołka i nie mogąc się podnieść – wierzgała nóżkami. Nigdy nic podobnego nie widziałam. Osa-bliźniaczka nie była w stanie sama poruszyć liścia. Zwróciłam uwagę mego niewidzialnego towarzysza zabaw na morał tego zdarzenia.

Katherine Mansfield, Listy, tłum. Maria Godlewska, Czytelnik 1978, s. 275–276.

poniedziałek, 26 września 2011

Odcinek 96: Romain Rolland, 1914 rok

Z dziennika Romain Rollanda

26 września 1914 roku
Igor Strawiński
Długa wizyta Igora Strawińskiego. Przez trzy godziny rozmawiamy w ogrodzie hotelu Moosera. Strawiński ma około trzydziestu lat; jest niski, wątły, brzydki, twarz ma żółtą, mizerną i zmęczoną, wąskie czoło, włosy zaczesane w górę i rzadkie, zmęczone oczy za szkłem lornionu, nos mięsisty, wargi grube, twarz nieproporcjonalnie długą w stosunku do czoła. Jest bardzo inteligentny i prosty w sposobie bycia; mówi płynnie, choć nieraz szuka w myśli słów francuskich; i wszystko, co mówi, jest jego własne i przemyślane (prawdziwe czy fałszywe). Pierwsza część naszej rozmowy dotyczy kwestii politycznych. Strawiński oświadcza, że Niemcy nie są państwem barbarzyńskim, lecz zgrzybiałym i zdegenerowanym. Jego zdaniem Rosja odegra rolę pięknego i zdrowego barbarzyńcy, brzemiennego w zarodki nowego, które zapłodni myśl świata. Przypuszcza, że po wojnie rewolucja, która już się przygotowuje, obali dynastię i stworzy Słowiańskie Stany Zjednoczone. Zresztą jego zdaniem winą za okrucieństwa caratu trzeba częściowo obciążać naturalizowanych w Rosji Niemców, którzy dzierżą w ręku kluczowe stanowiska rządowe i administracyjne. [...] Potem rozmawiamy o muzyce. [...]
Mówi, że zmusza się do pisania każdego dnia, niezależnie od tego, czy natchnienie się zjawia czy nie. Nic nie jest w stanie dorównać radości, jaką się czuje przy pierwszej koncepcji, gdy rodzi się żywy pomysł. „To jest przyjemność prawie sadystyczna”, mówi. Z chwilą gdy pomysł zaczyna znajdować wyraz, radość maleje. A skoro utwór jest gotowy, radość dla autora już nie istnieje. Jego utwór rozpoczyna wtedy życie, w którym uczestniczy cała publiczność, słuchacze lub czytelnicy, którzy z kolei na nowo go tworzą; często utwór nie przestaje ewoluować przez całe wieki; i nieraz większa dzieli go odległość od pierwszego twórcy niż od kogokolwiek innego.
Jego sądy o muzyce i muzykach są stanowcze i nieubłagane. Nie lubi prawie żadnego z uznanych mistrzów: ani Jana Sebastiana Bacha, ani Beethovena. Za to gustuje w Mozarcie, którego piękne barwy nie zostały przyćmione patyną stuleci. A spośród czystych Niemców (bo Mozart jest jego zdaniem więcej niż w połowie Włochem) lubi tylko Webera, zresztą przesiąkniętego kulturą włoską. Spośród swoich (ziomków szanuje tylko Musorgskiego i (trochę) Rimskiego-Korsakowa, który był dla niego dobry. Nie jest grywany w Rosji. Publiczność zdobył we Francji i trochę w Anglii. Mówi, że w sztuce, jak we wszystkim, lubi tylko wiosnę, nowe życie. Dojrzałość mu się nie podoba, bo jest początkiem schyłku. Dlatego doskonałość wydaje mu się niższym stopniem żywotności; a geniuszami klasycznymi są dla niego (jak i dla mnie) ci, którzy nie tyle tworzyli nowe formy, ile doskonalili formy stworzone przez innych. [...]

Romain Rolland, Dziennik z lat wojny 1914–1919, tłum. Zofia Karczewska-Markiewicz, Wydawnictwo MON 1965, s. 37–40.

niedziela, 25 września 2011

Odcinek 95: Wojciech Kossak, 1920 rok

List Wojciecha Kossaka do żony

USMS „Philadelphia”, sobota rano 25 września 1920 roku
Zrobiłem, jako że i tu pierwszy ze wszystkich pasażerów rozbijam się od świtu i oczekuję śniadania zły, już z parę wiorst w kółko po pokładzie, a śniadania jeszcze nie ma. Więc jużci piszę. Pogoda cudna ciągle, Atlantyk udaje jakieś grzeczne jeziorko szwajcarskie, toteż jedziemy szybciej, jak się przypuszczało. Pierwszego dnia, 19 września, zrobiliśmy 229 mil morskich (około 400 km), następny 317, a wczoraj 414 mil morskich. Właściwie jesteśmy już w Ameryce, bo New Foundland i Zatoka Św. Wawrzyńca już za nami, tylko bardzo na północ. Jutro w niedzielę będziemy. Zaraz będę telegrafował i adres Ci mój podam, a potem ten list wyślę zaraz.
Śpię w kabinie cudownie, wprawdzie jest nas czterech, ale nikt nikomu na nerwy nie daje. A że wszyscy jesteśmy zwolennikami powietrza, więc że takie morze spokojne, les hublots [bulaje] są podniesione i czasem piana chluśnie przez to okienko, ale ja mam łóżko górne i od strony ściany, a przy tym firanki się zasuwa. Jednym słowem, żeby nie ta bezczynność i brak towarzystwa choćby męskiego do bridge'a albo pikiety, to żyje się bajecznie [...].
Jeść mi się, Maniusia, chce, a nikt tu z mojego gorączkowego patrzenia na zegar nic sobie nie robi. To nie Brońcia ani Fraulein. Znoszą do wielkiej sali jadalnej, gdzie stoły już ślicznie nakryte, rzędy całe stewartów już wygolonych i eleganckich, a jest 8 rano, półmiski wędlin, cakesów, biscuitów, pomarańcz olbrzymich, konfitur, masło (już niestety nieświeże, pomimo że solone), bo amerykańskie okręty jadą do Francji ze swoimi zapasami, tam nic oprócz słodkiej wody nie zabierają i wracają ciągle z tym, z czym wyjechali. Dlatego doświadczeni powiadają, że mięsa i ryby są lepsze, gdy się z Ameryki jedzie do Europy. Da Pan Bóg, że się niedługo o tym przekonam, boję się tylko, że będę w takim humorze, że gdyby mnie nawet śmierdzącymi flądrami karmili, to nie tylko je strawię, ale się nimi będę zachwycał.
Jadalnia na statku pasażerskim, lata dwudzieste.
Jak okręt zupełnie się nie kołysze, to możesz skonstatować z mojego pisania. A Maniusi się tam pewnie Bóg wie co nie śni, może i ten topielec z kulą u nogi, i ta meluzyna. [...] Trąbią na śniadanie!! idę!
Niedziela [26 września], jesteśmy już bardzo blisko, między 3 a 4-tą po południu będziemy na lądzie stałym. Ano chwała Bogu, szczęśliwie się zajechało, byleby tylko te miliony zaraz oddać, tak się boję ciągle, że o niczym innym nie myślę. Znowu piszę bardzo głodny, co dzień cofają zegar o godzinę, a śniadanie dają pierwsze wedle niby to słońca. Ja wiem, że już od trzech godzin zbieram moje drobiazgi toaletowe i szykuję się do lądowania.
Na tym, Momo drogie, kończę pierwszy mój list amerykański, oby wnet były w nich czeki piękne, wystawione na Moma. Ściskam Cię z całej duszy, córki drogie i Coca również — Wasz Tato.

Wojciech Kossak, Listy do żony i przyjaciół (1883–1942), t. 2, oprac. Kazimierz Olszański, Wydawnictwo Literackie 1985, s. 234–235.

sobota, 24 września 2011

Odcinek 94: Żołnierz pułku "Baszta" AK, 1944 rok

Z dziennika żołnierza 3. kompanii „Warta” I batalionu „Bałtyk” pułku „Baszta”AK

24 września 1944 roku, niedziela
Już od godziny trzeciej nad ranem słychać bezustanny warkot jadących czołgów wzdłuż alei Żwirki i Wigury w kierunku Okęcia. Trwa to do godziny szóstej rano. Do godziny ósmej cisza zupełna. Godzina 8.15: rozpoczyna się ogień artylerii, granatników, szaf i samolotów – wszystko razem. Celem cały Mokotów. Pogotowie bojowe. [Godzina] 10.05: Niemcy rozpoczynają natarcie od południa na kolejkę grójecką, od wschodu – skarpa koło ulicy Idzikowskiego. Ogień wzmaga się, nalot za nalotem, słabe natarcie od fortów mokotowskich na nasze wysunięte placówki przy alei Niepodległości. Kompania B3 wzmacnia rejon natarcia Niemców od południa. Niemcy niszczą zupełnie placówkę Puławska 162. Sytuacja [jest] poważna, gdyż wytwarza się tam luka, którą zamyka dopiero jedna z drużyn II plutonu [kompanii] B3, która w sile trzynastu ludzi zajmuje domy [o numerach] 152–144 [ulica] Puławska róg Ksawerów. Niemcy jednak wspierani czołgami całej dywizji pancernej oraz artylerią i samolotami wdzierają się do Królikami i parku Giżyckiego, a także zajmują po drugiej stronie Puławskiej teren do ulicy Ksawerów. Placówka Puławska 152 zostaje odcięta, jednak ogniem swym nie daje iść Niemcom dalej. Wywiązuje się walka już nie na broń palną, a na granaty, gdzie solidne gamony [typ granatu] robią swoje. Niemcy zatrzymują się. Kilku kładzie młody strzelec „Ordon”, to ich ostudza jeszcze bardziej. Tymczasem tuż pod dom podjeżdża czołg i zaczyna walić. Pod jego osłoną Niemcy dostają się na parter. Znów granaty. Sytuacja gorąca. Umówione wsparcie reszty plutonu nie przychodzi, toteż dowódca placówki ze względu na liczną ludność w piwnicach, jak i na ludzi swych, postanawia przedrzeć się do szkoły [na] Woronicza. Akcja udaje się pod osłoną granatów. Jest dwóch zaginionych i dwóch rannych. Obrona formuje się teraz w szkole [na] Woronicza, w willach przy Tynieckiej i Krasickiego. Godzina 15.00: Niemcy bez przerwy atakują, jednak czołgi trzymają się bezpiecznej dla nich odległości. A jest ich jednocześnie po kilkanaście sztuk. Za nimi czai się piechota. Godzina 17.00: natarcie trwa. Godzina 20.00: Niemcy podsunęli się aż pod szkołę [na] Woronicza, zajmując domy przy ulicy Puławskiej róg Woronicza, które zapalili. Nasze przeciwnatarcie odrzuca szkopów poza ulicę Ksawerów. Straty po obu stronach duże. W nocy nasi odbierają niektóre punkty.
Ulica Puławska podczas powstania warszawskiego, 1944 rok.
Aresztowane powstanie, red. Jacek Zygmunt Sawicki, Instytut Pamięci Narodowej 2004, s. 170–171.

piątek, 23 września 2011

Odcinek 93: Wojciech Kossak, 1920 rok

List Wojciecha Kossaka do żony
USMS „Philadelphia”, czwartek 23 września 1920 roku

Jutro będziemy przejeżdżać ponad nieszczęsnym „Titanic”. Trzeba rzeczywiście specjalnego nieszczęścia, żeby trafić na te okoliczności. Najpierw szło o rekord szybkości (zamiast 8 dni, chcieli w 4), więc gnali jak wariaty i w dodatku te lodowce. Zresztą wierzaj mi, że to zupełnie nie jest groźne. Swoją drogą może będę wracał już tym wielkim aeroplanem, co go budują, bo szkoda czasu. Biblioteka jest na pokładzie bardzo doborowa. [...]
Zatonięcie "Titanica", 1912 rok.
Ten gałgan Władek do niczego, nigdy mnie tak niedbale i głupio nie zapakował jak tym razem, kontent jestem, żem się tej kanalii pozbył. Moja droga, żeby on tylko do moich rzeczy bez kontroli nie miał dostępu, ani w Krakowie, ani w Zakopanem, złodziej skończony. Ten płaszcz oficerski, co go chciałem dać Nince, to ten gałgan skradł także. Nie mów mu nic, ale pilnuj moich rzeczy, Maniusiu. Dwie pary pince-nez w Zakopanem u jubilera leżą, bo pomimo nie wiem ilu przypomnień nie był łaskaw odebrać. Gdy wczoraj przez kilka godzin nie mogłem tej jednej pary, co mam, znaleźć, byłem w rozpaczy, bo co robić przez tydzień, jak nawet czytać nie można. Ale oprócz tego takich rozmaitych drobiazgów ciągle potrzebnych masę nie zapakował, bydlę wstrętne. [...]
Jeszcze 180 mil morskich, księżyc świeci, morze jak jezioro, ogłoszenie rozlepione, że jesteśmy w komunikacji bez drutu z dwoma okrętami jadącymi w stronę Europy i że można telegrafować. Gdy się jednak dowiedziałem, że oni dopiero za cztery dni mogą to nadać dalej z Cherbourga do Krakowa, a przy tym bardzo drogo kosztuje, to prędzej będziesz miała wiadomość ode mnie wprost z New Yorku.
Moje Momo drogie, tak bym chciał Cię jak najprędzej uspokoić, że mi się żadna nie dzieje krzywda ani niebezpieczeństwa żadnego. Poczciwa „Filadelfia” nie pędzi jak wariat. A Momo pewnie się niepokoi i modli się za mnie. [...]
Już się koło mnie ruch robi, wiedzą już, że jestem i wielkim artystą polskim, i że jadę w misji. Poznaję już dużo i pań i mężczyzn.

Wojciech Kossak, Listy do żony i przyjaciół (1883–1942), t. 2, oprac. Kazimierz Olszański, Wydawnictwo Literackie 1985, s. 231–232.

czwartek, 22 września 2011

Odcinek 92: Wojciech Kossak, 1920 rok

List Wojciecha Kossaka do żony

USMS „Philadelphia", środa 22 września 1920 roku

Moja Mańciu najdroższa.
Już czwarty dzień jestem na pełnym morzu i mam wrażenie, że jestem jakimś tucznym zwierzęciem, nic się nie robi, tylko się je cały dzień. List ten wrzucę zaraz po wpłynięciu do portu, przyjdzie jednak wiele dni po moim telegramie, który zaraz wyślę.
Obiecywano nam jeszcze w Cherbourg na dzisiaj une mer mauvaise [wzburzone morze], jakoś dotąd nic się na to nie zanosi. Pogoda bardzo przyjemna, był i deszcz, i trochę wiatru, ale na ogół la traversee est excellente [podróż jest doskonałą]. Kobiety chorują pomimo to ciągle i leżą jak kłody pozawijane w kołdry na leżakach, co chwila któraś się zrywa i leci opierać się o poręcz. Skąd ja mam tę marynarską naturę, że nawet pojęcia nie mam o tym?
Pasażerki na statku, lata dwudzieste.
Znajomych naturalnie nie mam i nie szukam, bo że to dość drugorzędny okręt ta „Filadelfia", więc jedzie raczej marniejsza sfera Amerykanów [...]. Ani jednej, nie mówię ładnej, ale nawet przystojnej kobiety, same okropne pudła. Gdyby się po tym o piękności Amerykanek chciało sądzić, to padam do nóg.
Przyjedziemy do New Yorku w niedzielę wieczór albo w poniedziałek rano (to mi już co prawda obojętne), zależy, czy mgły nie będą nam przeszkadzać, jużeśmy duże przejechali, ale nie jest ona na Atlantyku taka gęsta jak na La Manche ani tyle okrętów się nie spotyka. Jesteśmy na wielkim trakcie, a pomimo to od dwóch dni ani cienia dymu na horyzoncie. Właściwie powiedziawszy to podróż morzem jest zabawna dzień albo dwa, ale dziesięć to w końcu się ma bardzo dosyć. Dzieci mnóstwo, drze się to rano po kabinach. Zaciskam zęby i pięści i powiadam sobie, że za te z górą dwa tygodnie straconego czasu musi mi Ameryka hojnie zapłacić.
Palę się do roboty i już ledwie mogę wytrzymać, a o malowaniu tutaj na okręcie nie ma mowy, wicher, wszystko się kiwa, ciągle ktoś się na kogoś przewraca. Boże! z jaką radością będę wracał, cokolwiek bądź świetnego mnie tam czeka, nie chcę nic, tylko grubych pieniędzy i wracać. Naturalnie, że jak trzeba będzie trochę przeczekać i miejsca zagrzać, to to zrobię, jak się raz zdecydowałem, to nie popuszczę.
Dalszy ciąg nastąpi. [...]

Wojciech Kossak, Listy do żony i przyjaciół (1883–1942), t. 2, oprac. Kazimierz Olszański, Wydawnictwo Literackie 1985, s. 230–231.

środa, 21 września 2011

Odcinek 91: Maria Kasprowiczowa, 1923 rok

Z dziennika Marii Kasprowiczowej

21 września 1923 roku
Nasturcje na Harendzie
Janek wyjechał do Warszawy. Tam się ostatecznie rozstrzygnie, czy dostaniemy odpowiednią pożyczkę i czy kupimy dom. Z telegramu, który mi wysłał, widzę, że wszystko na razie układa się pomyślnie. Zresztą, od pierwszej chwili byłam pewna, że ten domek jest nam przeznaczony.
Czy to nie dziwny zbieg okoliczności? Parę miesięcy temu pewna Angielka kupiła świeżo wybudowany dom (położony na brzegu Dunajca, pomiędzy Poroninem a Zakopanem), kupiła go w porywie romantycznego uniesienia: jest malarką i osobą trochę sentymentalną. W krótkim czasie przekonała się, że dom leżący na takim odludziu nie jest stworzony dla osoby samotnej i nerwowej. Postanawia go sprzedać. Chce za niego tylko tyle, ile zapłaciła w styczniu tegoż roku (pięćset funtów angielskich). Domek jest ładny. Budował go chłop, który niedawno wrócił z Ameryki — solidnie i praktycznie. Jest trochę większy od zwyczajnych chat podhalańskich. Aby nam było w nim wygodnie, musimy jeszcze coś dobudować i wykończyć go. Domek leży na stromym brzegu, nad potokiem, niedaleko drogi. Stamtąd jest przepiękny widok na góry.
Wieloletnie marzenie Janka gotowe się spełnić. Będzie miał swój kąt i swój kawałek ziemi. Sprowadzimy się tam od razu i ze Lwowa przewieziemy wszystkie nasze rzeczy. Wyjeżdżam za parę dni, aby zobaczyć się z matką i wszystko, co będzie potrzebne, urządzić. Czy nie sprawdziły się nasze przeczucia, że opuszczamy Lwów na zawsze? Przez ostatnie tygodnie Janek żył wyłącznie myślą o kupnie tego domku. Pełen był trwogi, miał bowiem za mało gotówki. A przecież wierzył, że jest bliski upragnionego celu. Cieszę się razem z nim z tego odludzia...
Piszę to dzisiaj, a co było wczoraj?
Wczoraj znowu szalał halny wiatr. Wśród tej wichury i jej dzikich podmuchów marzyłam... jak szalona. Wieczorem, przy świetle księżyca, wybiegłam na otwarte pole przed domem. Szeroka moja spódnica podnosiła się i trzepotała w powietrzu jak ptak. Niebo było rozwichrzone i ogromne. Uciekałam przed kimś... za kimś tęskniłam... z kimś rozmawiałam. Była to prawdziwa gra miłosna. Czym jest wobec niej rzeczywistość? Chyba, żeby tę rzeczywistość utrzymać na poziomie porywającej, miłosnej gry... [...]
Harenda
Maria Kasprowiczowa, Dziennik, Instytut Wydawniczy PAX 1958, s. 350-351.

wtorek, 20 września 2011

Odcinek 90: Wojciech Kossak, 1920 rok

List Wojciecha Kossaka do żony

USMS „Philadelphia”, poniedziałek 20 września 1920 roku
USMS "Philadelphia"
W sobotę przedwczoraj wyjechałem z Paryża rano, po południu w Cherbourg wsiadłem na mały parowiec, który mnie z bagażami odstawił do „Philadelphii”. Tylko zupełny brak jakiegokolwiek innego zajęcia podsunął mi myśl pisania dziennika, desperacja na myśl, że ta egzystencja tuczonego zwierzęcia potrwa jeszcze cały tydzień, jako też niemożność malowania na okręcie.
Wrażeń z podróży jak dotąd żadnych, sami Amerykanie, dość ordynarni, mnóstwo dzieci i ładnych, i dobrze wychowanych, oprócz jakichś bogatych Żydków, wstrętnych, krzykliwych i, chociaż to małe, już aroganckich.
Już na Gare St. Lazare bierze się rozbrat nie tylko z Francją i Paryżem, ale i Europą, wstępuje się w znak Krzyża Południa, inny zupełnie świat, obcy i jak dotąd nie przyciągający do siebie wcale. Imponujący jest porządek i uproszczenie tej tak skomplikowanej sprawy, jak kwestia wielkich i dużych bagaży, które raz w Paryżu nadane, zastaje się już w swojej kabinie. W „swojej” jest nieco przesadzone. W szafie mającej jak dawne spiżarnie dwie dziury okrągłe, zakryte siatką (a kabina ma tylko jedną), cztery półki, dla każdego z gentlemanów jedna, na jedynej ściance maleńka umywalnia, poza tym wolno każdemu urządzić się, jak mu się podoba. Coupe de wagon lits [przedział w wagonie sypialnym] jest obszerną komnatą w porównaniu z moją kabiną na „Filadelfii”.
Co prawda, to jest ona okrętem starego typu, potrzebującym ośmiu dni na przejazd, podczas kiedy „Mauretania” i „La France” odbywają ją w sześć dni. Za to jest tańsza. Pierwszego dnia, pomimo że morze bardzo mało kołysało, wstrętny zaduch wymiotów dominował w korytarzach tak, że z tego samego można było morskiej choroby dostać.
Dziś już wszystko w lepszym humorze, w salonie znęcają się nad Chopinem, jakaś miss gra Etiudę tę cudowną rewolucyjną, nawet nieźle. W fumoirze [palarnii] bardzo podejrzane gentlemany grają w pokera, winszuję temu naiwnemu, co się do nich przysiadzie. W bibliotece, gdzie piszę mój dziennik, starsi panowie i jakiś abbe [ksiądz] francuski, który po wstążeczce Legii i paru uprzejmościach z mojej strony bierze mnie za Francuza i sympatyzuje widocznie. Na pokładzie zawinięte w pledy ciepłe leżą cały dzień, jak suchotnicy w Davos, Angielki i Amerykanki wpatrzone w przestrzeń i zupełnie zdawałoby się bezmyślne. Kilka razy na dzień sygnał na trąbce daje znać, że śniadanie i obiad podane.
Kuchnia obfita i dobra, w bród wszystkiego, pierwsze śniadanie jest już prawie obiadem, tyle sobie można wybrać rozmaitych potraw. Na karcie geograficznej widzimy co dzień, ileśmy ujechali, a ile jeszcze pozostaje. Wolę się nie patrzeć, chyba za tydzień, bo desperacja ogarnia. Na okręcie jest telegraf bez drutu. Jest i biuro zakładów pomiędzy podróżnymi, którego dnia i godziny przyjedziemy do New Yorku.
Dziennik. Sobota, wyjazd z Cherbourga wieczorem, morze nieco faliste, dużo chorych. Ja wprawdzie zażyłem na wszelki wypadek nowo wynalezionych pigułek od morskiej choroby, ale ani śladu jakich nudności nie miałem. Spałem doskonale, przy tym nabrałem doświadczenia, co z moich rzeczy mieć pod ręką.
Nie będę pisał dziennika, bo zaraz chcę być literatem (to skutek powodzenia mojej książki), wolę sobie pisać prosto z mostu.

Wojciech Kossak, Listy do żony i przyjaciół (1883–1942), t. 2, oprac. Kazimierz Olszański, Wydawnictwo Literackie 1985, s. 229–230.

poniedziałek, 19 września 2011

Odcinek 89: Józef Kajetan Janowski, 1863 rok

Z pamiętników o powstaniu styczniowym Józefa Kajetana Janowskiego

19 września 1863 roku
Zamach na gubernatora Berga
Dnia 19 września dobrze po południu gruchnęła najniespodziewaniej wieść o zamachu dokonanym na namiestnika [Fiodora] Berga około kościoła Św. Krzyża. Groza padła na miasto. Istotnie, w chwili, gdy Berg wracał z jakiejś przejażdżki rannej do Zamku, z wielkiego domu hr. Andrzeja Zamoyskiego rzucono bomby na przejeżdżającego. Zamach się nie udał, bo Berg został nietknięty. Przestraszony wpadł we wściekłość. W pierwszej chwili wydał rozkaz zburzenia domu armatami. Zdołano mu wytłumaczyć niewłaściwość tego środka i że lepiej dom zachować, ale go zabrać. Zaraz po zamachu policja z wojskiem rzuciła się do wnętrza domu, by łapać winowajców. Ci jednak tyłami przez ogrody zbiegli. Zamknięto bramy i wszystkich mieszkańców domu, szczególnie mężczyzn, w liczbie stu kilkudziesięciu spędzono na podwórze. Tymczasem rabowano dom. Wszystkie sprzęty wyrzucano oknami na ulicę, a stosy nagromadzone kazano zapalić. Dom był zamieszkany przez ludność zamożną; wszystkie kosztowności, jakie tylko się tam znajdowały, zginęły w kieszeniach rabusiów. Z mieszkania profesora Kowalewskiego, znanego orientalisty, wyrzucono wszystkie jego nieocenione zbiory naukowe. Różne cenne pamiątki po Szopenie, przechowywane przez jego siostrę, panią [Ludwikę] Jędrzejewiczową, wraz z jego fortepianem, wyrzucono na ulicę i spalono. Rozbiegłe po całym mieście rozszalałe żołdactwo dopuszczało się gwałtów i nadużyć. Opustoszały ulice. Do późnego wieczoru trwał pożar, który musiano gasić, bo stawał się groźnym dla miasta. Wszystkich mieszkańców domu aresztowano i pognano do Cytadeli.
Cyt. za: Polska w latach 1795–1864. Wybór tekstów źródłowych do nauczania historii, oprac. Izabella Rusinowa, Wydawnictwa Szkolne i Pedagogiczne 1986, s. 276.

Cyprian Kamil Norwid, Fortepian Szopena

[...]
Rosjanie plądrują Pałac Zamoyskich.
VIII
Oto patrz, Fryderyku!... to – Warszawa:
Pod rozpłomienioną gwiazdą
Dziwnie jaskrawa – –
– Patrz, organy u Fary; patrz! Twoje gniazdo:
Owdzie – patrycjalne domy stare
Jak Pospolita-rzecz,
Bruki placów głuche I szare,
I Zygmuntowy w chmurze miecz.

IX

Patrz!... z zaułków w zaułki
Kaukaskie się konie rwą
Jak przed burzą jaskółki,
Wyśmigając przed pułki,
Po sto – po sto – –
– Gmach zajął się ogniem, przygasł znów,
Zapłonął znów – – I oto – pod ścianę
Widzę czoła ożałobionych wdów
Kolbami pchane – –
I znów widzę, acz dymem oślepian,
Jak przez ganku kolumny
Sprzęt podobny do trumny
Wydźwigają... runął... runął – twój fortepian!

X

Ten!... co Polskę głosił, od zenitu
Wszechdoskonałości Dziejów
Wziętą, hymnem zachwytu – –
Polskę – przemienionych kołodziejów;
Ten sam – runął – na bruki z granitu!
– I oto: jak zacna myśl człowieka,
Poterany jest gniewami ludzi,
Lub jak – od wieka
Wieków – wszystko, co zbudzi!
I – oto – jak ciało Orfeja,
Tysiąc Pasyj rozdziera go w części;
A każda wyje: „Nie ja!...
Nie ja” – zębami chrzęści – –
Lecz Ty? – lecz ja? – uderzmy w sądne pienie,
Nawołując: „Ciesz się, późny wnuku!...
Jękły – głuche kamienie:
Ideał – sięgnął bruku” – –

niedziela, 18 września 2011

Odcinek 88: Andrzej Kijowski, 1960 rok

Z dziennika Andrzeja Kijowskiego 

Paryż, 18 września 1960 roku

Andrzej Kijowski, styczeń 1957 r.
Mówisz mi często, że jestem sentymentalny, więc nie chcę wypisywać rozmaitych głupstw, które śmiesznie wyglądają utrwalone na papierze. Nie wiem dosłownie, jak Ci przekazać to wszystko, co dla Ciebie czuję, kiedy się po tej Sodomie plączę i kiedy jesteś przy mnie jak cień widzialna i jak cień nieuchwytna, mówię do Ciebie i prawie dziwię się, że nie odpowiadasz, prawie gniewam się, że milczysz. Tęsknota jest podobna do snu, stwarza fikcyjny świat, w którym panują jakieś inne prawa: coś jest i nie jest zarazem, obecne i nieobecne. Wyławiam Cię z głosów i twarzy obcych ludzi, z obrazów i miejsc, rodzisz się w ruchu mojej własnej ręki, spod przymkniętych powiek. Nigdy w życiu nie tęskniłem naprawdę, chyba za umarłymi. Ty byłaś zawsze blisko. Minęło sześć tygodni, jak rozstaliśmy się, nigdy nie byliśmy tak długo rozłączeni, właśnie sześć tygodni najdłużej.
Mówiłaś przed wyjazdem, że ten mój wyjazd będzie próbą naszego małżeństwa. Nasze małżeństwo zniesie tę próbę doskonale, ja gorzej. Mam chwile, kiedy czuję się jak kłębek nerwów, którym bawi się złośliwy kot — tak jak to koty lubią tarmosić kłębki nici. Kotem jest Paryż, świat i w ogóle ,,to wszystko".
Twoja fotografia wypada zawsze z otwartej książki. Twój ostatni list noszę zawsze przy sobie — kiedy włożę rękę do kieszeni, czuję gładką powierzchnię papieru, i to jest jak muśnięcie dłoni.
Pisałem Ci wczoraj (list pisany na rogu boulevard St. Michel w kawiarni podczas ulewnego deszczu, który pryskał na papier — noszę zawsze przy sobie papier listowy, żeby pisać do Ciebie w jakimś wolnym momencie), otóż pisałem Ci, że po klęsce piątkowej u pp. Yaliere cały czas poświęciłem na szukanie hotelu. Mimo wszystko pozostawanie tutaj jest niemożliwe, ze zbyt wielkim wstrętem tu wracam i nie mogę się zdobyć na to, aby zostać tu przez cały dzień i pracować. Tracę więc więcej czasu i energii niż warte zaoszczędzone w ten sposób pieniądze. Wczoraj, jak już wiesz, nic z tego nie wyszło. Po napisaniu listu poszedłem więc do kina na ósmą. [...] 
Andrzej Kijowski z żoną Kazimierą, Paryż, 1961 r.
Wróciłem do hotelu, gdzie wywołałem niechcący awanturę. Wstąpiłem do naszego bistra na kieliszek wina. Tu zawsze można zastać podpite towarzystwo najbliższych sąsiadów. Przysiadł się do mnie podpity gruby robotnik i dowiedziawszy się, że jestem Polakiem, zażądał, abym mu wyjaśnił sytuację Polski "au point de vue intemational, social, economique, politique et culturel"... Tylko tyle. (To cała Francja w tym wyliczeniu i w tym „point de vue" — punkcie widzenia). Coś mu zacząłem klarować, ale w tym momencie wmieszał się jakiś typ z bródką, który zaczął do mnie mówić "camarade", na co grubas wybuchnął przeraźliwym rykiem, wymyślając temu z bródką od komunistów w imię "republikanizmu". Wymknąłem się czym prędzej, mimo protestów brodacza. Ryki trwały do północy. Patronka wywaliła ich na ulicę i tam jeszcze skakali sobie do oczu, przy czym imię naszej ojczyzny powtarzało się dość często. Rano pytałem, kto był zacz ów z bródką. Nikt go nie znał, nawet grubas, który jest stałym bywalcem bistra i wielkim poczciwcem. Cóż to za politykierzy ci Francuzi! A w dodatku mają szalenie słabe głowy. [...]
Andrzej Kijowski,  Dziennik 1955-1969Wydawnictwo Literackie 1998, s. 144-146.

sobota, 17 września 2011

Odcinek 87: Zbigniew Herbert, 1958 rok

Widokówka Zbigniewa Herberta do rodziców

Manosque, 17 września 1958 roku
Okolice Manosque
Kochani Mamusiu i Tatusiu
otóż podróżuję po ślicznej Prowansji, która jest jak ogród Pana Boga. Pogoda świetna. Kilka dni popasałem u przyjaciół Francuzów w farmie blisko Manosque. Jutro jadę do Nicei przez Digne - tzn. przez Alpy drogą Napoleona, lecz bez nijakiego zamiaru podboju, napełniony po brzegi słodyczą Południa. Paryż z perspektywy Śródziemnego Morza jest kamienną pustynią. Całuję gorąco Mamusię i Tatusia
wasz kochający syn Zbigniew


Manosque
Zbigniew Herbert, Korespondencja rodzinna, red. Agnieszka Kramkowska-Dąbrowska, Gaudium 2008, s. 76.

piątek, 16 września 2011

Odcinek 86: Anne Frank, 1943 rok

Z dziennika Anne Frank

Czwartek, 16 września 1943 roku

Kochana Kitty,
Anne Frank
Tutejsze wzajemne stosunki stale się pogarszają, im dłużej to trwa. Przy stole nikt nie śmie otworzyć ust (poza tym by wsunąć w nie kęs), bo cokolwiek się powie, brane jest za złe lub rozumiane niewłaściwie. Pan Voskuijl przychodzi od czasu do czasu z wizytą. Niestety jest z nim bardzo źle. Nie ułatwia też życia rodzinie, ponieważ w głowie ma stale to jedno: Na czym ma mi jeszcze zależeć, przecież wkrótce umrę! Bardzo dobrze mogę sobie wyobrazić nastrój u Voskuijlów w domu, gdy pomyślę, jak tutaj wszyscy są już rozdrażnieni.
Codziennie łykam tabletki walerianowe na strach i depresję, ale nie zapobiega to jednak temu, że mój nastrój następnego dnia jest jeszcze marniejszy. Żeby raz i głośno się pośmiać, to by bardziej pomogło niż dziesięć tabletek walerianowych, ale my już prawie oduczyliśmy się śmiać. Czasem boję się, że z tej powagi znieruchomieje mi twarz i będę mieć obwisłe kąciki ust. Z innymi nie jest lepiej, wszyscy z trwożnymi przeczuciami spoglądają na wielki blok skalny, któremu na imię zima. [...]
Twoja Anne
Anne Frank, Dziennik (Oficyna), tłum. Alicja Dehue-Oczko, SAWW 1993, s. 112–113.

czwartek, 15 września 2011

Odcinek 85: Maria Pawlikowska-Jasnorzewska, 1943 rok

List Marii Pawlikowskiej-Jasnorzewskiej do Jana Hulewicza


15 września 1943 r.
Maria Pawlikowska-Jasnorzewska,
lata czterdzieste.
Drogi Panie!
Jestem strasznie, po prostu nie do zniesienia zatrwożona o Madzię, która do mnie od czasu śmierci Mamy (15 marzec tego roku) nie pisze wcale. Córka jej jest podobno uwięziona, może i Madzia też? Czy Drogi Pan nic nie wie i czy były jakie kwity od tego czasu (z Czerwonego Krzyża). Przepraszam, że Pana tak wciąż sobą zajmuję, ale Pan taki jedyny i kochany, może ma Pan dla mnie jakieś uspokojenie... Nigdy nie byłam tak daleko od swoich jak dziś po 4 latach. Dwoje najdroższych odsunęło się dalej, skąd już nigdy wiadomości nie przenikną, chyba przez obrzydliwą, nienawistną mi już pocztę snu i jej niezrozumiałe szyfry męczące. Została garstka, a w niej jedyny mój wielki afekt, Madziusia, biedna o bardzo słabym zdrowiu, nerwowa i wrażliwa. Czy wytrzymuje to wszystko? I czemu już nie tylko ona, ale nikt nie pisze do mnie? Ach, co za dolina Józefata, psiakrew.
Drogi Panie Janie, Kolin [wydawca] wciąż zapowiada i nie wydaje mojego tomiku, jeszcze mi tej złośliwej muchy wydawniczej brakowało. Nie chce też oddać rękopisów? Ani odpisywać. Coś strasznego, niebywałego w swoim rodzaju. I nie ma na to rady, wiem dobrze o tym.
Łączę najczulsze pozdrowienia - 
Maria Jasnorzewska

Maria Pawlikowska-Jasnorzewska, Listy 1940–1945, oprac. Paweł Kądziela, Interim 1994, s. 63.

środa, 14 września 2011

Odcinek 84: Jane Austen, 1804 rok

List Jane Austen do siostry, Kasandry

Lyme, piątek, 14 września 1804 roku
Jane Austen
Kochana Kasandro
Sięgam po pierwszą kartę tego wykwintnego, prążkowanego papieru, aby Ci podziękować za list z Weymouth i wyrazić nadzieję, iż jesteś już w Ibthrop. Spodziewam się usłyszeć, iż dotarłaś tam wczoraj wieczór, zajechawszy w środę aż do Blandford. Twoja relacja z Weymouth nie zawiera niczego, co by uderzyło mnie bardziej niż wzmianka o tym, iż w mieście nie ma lodu. Na wszelkie inne niedogodności byłam w pewnej mierze przygotowana, szczególnie zaś na Twoje rozczarowanie tym, iż nie ujrzałaś Rodziny Królewskiej na pokładzie we wtorek, o Twoim spóźnieniu wiedziałam już bowiem od pana Crawforda - lecz cóż miało mnie przygotować na brak lodu? Weymouth jest w ogóle, jak zauważyłam, miejscem szokującym, w którym niczego szczególnego nie można polecić, godnym jedynie tego, aby je odwiedzali mieszkańcy Gloucester. Doprawdy, bardzo się cieszę, żeśmy tam nie pojechali, a także, że Henry i Eliza nie znaleźli tam niczego, co by ich skłoniło ku odmiennej opinii. List mój zastałaś wczoraj, mam nadzieję, w Andover, toteż od wielu godzin ufam ze spokojem, iż serdeczna troska o mnie opuściła Cię, jak to serdeczna troska ma we zwyczaju. Nadal miewam się nieźle, na dowód czego dziś rano znów się kąpałam. Odrobina gorączki i niedyspozycja, którą przeszłam, okazały się wprost nieodzowne: modzie na nie uległo w tym tygodniu całe Lyme. Panna Anna Cove dzień czy dwa spędziła w łóżku, a matka jej jest zdania, iż przed poważną chorobą uratował ją jedynie w porę zaordynowany emetyk (przepisany przez doktora Robinsona), natomiast panna Bonham, z objawami jakiejś nerwowej gorączki, pozostaje od kilku dni pod opieką pana Carpentera i chociaż czuje się już wystarczająco dobrze, aby wychodzić z domu, wciąż jest bardzo wyniosła i nie odwiedza sal balowych. [...]
Suknie z katalogu, kwiecień 1804 rok
Jak się możesz spodziewać, zadomowiliśmy się już zupełnie na naszej kwaterze i wszystko idzie ustalonym trybem. Służba sprawuje się bardzo dobrze i nie sprawia kłopotów, za to niewygody oficyn nie przewyższa z pewnością nic, poza ogólnym brudem domu, mebli i wszystkich lokatorów. Pogoda, jak dotąd, jest jak na zamówienie - nasze dobre samopoczucie zależy w wielkiej mierze od tego, czy pora bezdeszczowa potrwa dłużej. Staram się, jak mogę, zastępować Ciebie, być przydatną i utrzymywać wokół porządek. Zauważywszy brud w karafce z wodą, bezzwłocznie łaję kucharkę, która dostaje od tego nagłych torsji. Nie przypominam sobie, aby pod Twoją administracją robiła tak samo. James raduje nas wszystkich swoją obecnością, to istny skarb. Nigdy przedtem trzewiczki Pani Matki nie były tak dobrze uczernione ani platery tak lśniące. Usługuje doskonale, jest pilny, zawsze pod ręką, sprawny i małomówny - mówiąc krótko, posiada znacznie więcej zalet niż tylko cnoty główne (cnoty główne bywały już bowiem w posiadaniu tak często, iż przestały być warte posiadania), a jedną z jego zalet jest - o czym wiem od Jenny - chęć przeniesienia się do Bath. Ma w sobie ów chwalebny głód podróży, który tak ganiono u nieszczęsnego Jamesa Selby'ego; rozczarowanie tym, iż pan go z sobą nie zabiera, miało za przyczynę, między innymi, chęć ujrzenia Londynu. [...]
Suknia spacerowa, model z katalogu Ackermann
Wczorajszy bal był przyjemny, choć towarzystwo dość nieliczne jak na czwartek. Pan Ojciec wysiedział z wielkim ukontentowaniem do pół po dziewiątej (wyjechaliśmy nieco po ósmej), po czym oddalił się pieszo do domu w towarzystwie Jamesa i latarni - nie sądzę, aby ją zapalali, gdyż księżyc świecił jasno; czasami jednak latarnia bardzo się przydaje. Do pierwszych dwóch tańców nikt mnie nie prosił; dwa następne tańczyłam z panem Crawfordem, a gdybym zdecydowała się pozostać dłużej, mogłam jeszcze tańczyć z panem Granville'em, synem pani Granville, którego oferowała się przedstawić mi moja serdeczna przyjaciółka, panna Armstrong, lub z nieznanym mężczyzną o dziwnym wyglądzie, który przyglądał mi się jakiś czas, w końcu zaś spytał, nie będąc przedstawionym, czy zamierzam jeszcze tańczyć. Sądząc po swobodnych manierach, musi chyba być Irlandczykiem, tym bardziej że należy, jak mi się zdaje, do towarzystwa wielmożnych Barnwallów, czyli syna i synowej irlandzkiego wicehrabiego, ludzi z wyglądu dziwnych i obcesowych - właśnie takich, jacy mogą uchodzić za znakomitości w Lyme. [...] Wczoraj rano (czy gwoli ścisłości reguł nie powinno się raczej powiedzieć rankiem dnia wczorajszego?) złożyłam wizytę pannie Armstrong i zostałam przedstawiona jej ojcu i matce. Jak wiele młodych dam, córka jest znacznie lepiej ułożona od rodziców. Pani Armstrong przez cały czas mojej wizyty cerowała pończochy. W domu wolę o tym nie wspominać, by krytyka nie została poczytana za wzór do naśladowania. [...] Jenny upięła mi dzisiaj włosy dokładnie tak, jak zawsze upinała pannie Lloyd - co obie nas niezmiernie uszczęśliwiło. Nie muszę chyba zapewniać Cię, z jaką niecierpliwością oczekujemy Twego następnego listu, ciekawi, jak znajdujesz panią Lloyd i Martę. Tej drugiej przekaż nasze uprzejmości. Pierwsza, obawiam się, trwa poza zasięgiem pamięci o nieobecnych, jak wspomnień o nich.
Kochająca Cię
J.A.
Piątek wieczór. Kąpiel dziś rano była tak rozkoszna, a Molly tak usilnie namawiała mnie do korzystania z przyjemności, że, zdaje mi się, tkwiłam w wodzie nieco zbyt długo, gdyż od południa czuję się bezzasadnie zmęczona. Następnym razem będę ostrożniejsza, a jutro zaniecham kąpieli [...].
Jane Austen, Listy wybrane  1796-1817, wybór R.W. Chapman, tłum. Jolanta Kozak, Prószyński i S-ka 1998, s. 63-66.

wtorek, 13 września 2011

Odcinek 83: Jan III Sobieski, 1683 rok

List króla Jana III Sobieskiego do żony, Marii Kazimiery


W namiotach wezyrskich 13 września 1683 roku w nocy
Jedyna duszy i serca pociecho, najśliczniejsza i najukochańsza Marysieńku!
Maria Kazimiera d'Arquien
Bóg i Pan nasz na wieki błogosławiony dał zwycięstwo i sławę narodowi naszemu, o jakiej wieki przeszłe nigdy nie słyszały. Działa wszystkie, obóz wszystek, dostatki nieoszacowane dostały się w ręce nasze. Nieprzyjaciel, zasławszy trupem aprosze [rowy umożliwiające podejście pod twierdzę], pola i obóz, ucieka w konfuzji. Wielbłądy, muły, bydle, owce, które to miał po bokach, dopiero dziś wojska nasze brać poczynają, przy których Turków trzodami tu przed sobą pędzą; drudzy zaś, osobliwie des renegats, na dobrych koniach i pięknie ubrani od nich tu do nas uciekają. [...]
Wezyr tak uciekł od wszystkiego, że ledwo na jednym koniu i w jednej sukni. Jam został jego sukcesorem, bo po wielkiej części wszystkie mi się po nim dostały splendory; a to tym trafunkiem, że będąc w obozie w samym przedzie i tuż za wezyrem postępując, przedał się jeden pokojowy jego i pokazał namioty jego, tak obszerne, jako Warszawa albo Lwów w murach. Mam wszystkie znaki jego wezyrskie, które nad nim noszą; chorągiew mahometańską, którą mu dał cesarz jego na wojnę i którą dziśże jeszcze posłałem do Rzymu Ojcu św. przez Talentego pocztą. [...] Kilka samych sajdaków rubinami i szafirami sadzonych stoją się kilku tysięcy czerwonych złotych. Nie rzekniesz mnie tak, moja duszo, jako więc tatarskie żony mawiać zwykły mężom bez zdobyczy powracającym, "żeś ty nie junak, kiedyś się bez zdobyczy powrócił", bo ten co zdobywa, w przedzie być musi. Mam i konia wezyrskiego ze wszystkim siedzeniem; i samego [wezyra] mocno dojeżdżano, ale się przecie salwował. Kihaję jego, tj. pierwszego człowieka po nim, zabito, i paszów niemało. Złotych szabel pełno po wojsku, i innych wojennych rynsztunków. [...]
Ale to trefna, że wezyr wziął tu był gdzieś w którymś ci cesarskim pałacu strusia żywego dziwnie ślicznego; tedy i tego, aby się nam w ręce nie dostał, kazał ściąć. Co zaś za delicje miał [wezyr] przy swych namiotach, wypisać niepodobna. Miał łaźnie, miał ogródek i fontanny, króliki, koty; i nawet papuga była, ale że latała, nie mogliśmy jej pojmać.
Dziś byłem w mieście, które by już było nie mogło trzymać dłużej nad pięć dni. Oko ludzkie nie widziało nigdy takich rzeczy, co to tam miny porobiły: z beluardów podmurowanych okrutnie wielkich i wysokich, porobiły skały straszliwe i tak je zrujnowali, że więcej trzymać nie mogły. Pałac cesarski wniwecz od kul zepsowany. [...]
Jan III Sobieski
Gorąca tu mamy tak srogie, że prawie nie żyjemy, tylko piciem. Teraz dopiero znaleziono okrutną jeszcze moc wozów z prochami i ołowiem; ja nie wiem, czym już oni będą strzelali. W ten moment dają nam znać, że ostatnie kilkanaście działek małych letkich porzucił nieprzyjaciel. [...]
List ten najlepsza gazeta, z którego na cały świat kazać zrobić gazetę [...]. Książęta saski i bawarski dali mi słowo i na kraj świata iść ze mną. Musimy iść dwie mili wielkim pośpiechem dla wielkich smrodów od trupów, koni, bydeł, wielbłądów. [...]
Jużże tedy kończyć muszę, całując i ściskając ze wszystkiego serca i duszy najśliczniejszą moją Marysieńkę. [...] Dzieci całuję i obłapiam. [...]
 http://literat.ug.edu.pl/listys/095.htm 


Za dzisiejszy fragment dziękujemy Bazylowi: