środa, 31 sierpnia 2011

Odcinek 70: Zdzisław Beksiński, 2004 rok

E-mail Zdzisława Beksińskiego do Liliany Śnieg-Czaplewskiej

31 sierpnia 2004 roku
Zdzisław Beksiński
[...] Niewiele znam poezji Miłosza, ale jakoś do mnie nie przemawiała, gdy na nią gdzieś natrafiłem. Potrafi mnie czasem głęboko poruszyć jedno krótkie zdanie jak np. sformułowanie „choćbym szedł ciemną doliną, zła się nie ulęknę" z psalmu chyba 23., czy jakiś stary wiersz o śmierci napisany przez kogoś pod tytułem Anna Kamieńska, który przeczytałem w jakimś tygodniku przed wielu, wielu laty z jakimś genialnym skrótem łączącym dzieciństwo ze śmiercią, czy nawet jakieś fragmenty angielskie i niemieckie, mimo iż nie znam języków, ale znam te fragmenty. Myślę, że umiem tylko w ten sposób to odebrać. Czytanie całego tomu to jak wypicie 40 butelek słodkiego wermutu. Po tym niezrozumiałym porównaniu musi nastąpić wyjaśniająca je anegdota: Gdy pracowałem jako designer w fabryce, ludzie, którzy pracowali tam we wspólnej sali biura projektowego, od czasu do czasu robili wspólne imprezy alkoholowo-gastronomiczne. Ja się wykręcałem i mniemano, iż to dlatego, że jako pracujący na pół etatu nie mam dostatecznej ilości kasy na składkę imprezową. Zafundowano mi więc w końcu taką imprezę w jakiejś wynajętej salce jednej z sanockich restauracji. Było chyba ze 20 półlitrówek czystej, na jakieś 12 osób. Bractwo siedziało wokół stołu, jakieś takie speszone i nieruchawe, ale pierwsze kieliszki spowodowały rozluźnienie, które przeszło potem w zbiorowe śpiewy. Dwie czy trzy dziewczyny odpadły po pół godzinie i ulotniły się po angielsku. Panowie przeszli z piosenek bieżących na repertuar partyzancki (wszyscy byli o ca 10 lat młodsi ode mnie i wojny nie pamiętali), przy czym trzeba było non stop pić. Do zakąszania była tylko kiełbasa typu mortadela i bałem się już, że się porzygam. Coraz bardziej pijany domagałem się nieustannie proszącym głosem o kiszone ogórki do zakąszania zamiast tej cholernej mortadeli, ale ich w tej restauracji nie mieli. Dwóch czy trzech osunęło się pod stół. Ja wytrzymałem do ostatniej kropli, ale byłem zalany w trupa. Potem po pijanemu poszedłem jeszcze w towarzystwie na strzelnicę i we własnym mniemaniu, wygrałem swą celnością półmetrowego siedzącego kota z gipsu, pomalowanego na złoto i z czerwonym oczami. Widziałem już oczyma zalanej w trupa wyobraźni, jak stawiam tego paskuda w swojej pracowni, a miałem wtedy pracownię bardziej „artystyczną” niż dziś. Niestety, kierownik strzelnicy był innego zdania i doszło nawet do awantury. No nic. To była dygresja w dygresji. Na drugi dzień wszyscy w pracy byli bladzi z podkrążonymi oczami, a niektórzy biegali co chwila do kibla i rzygali. Rozpocząłem więc „pracę u podstaw” i zacząłem wykład na temat: czy takich spotkań nie można byłoby organizować bardziej „kulturalnie”, nie przy czystej, lecz przy winie, a może i nasze panie by wtedy od nas nie uciekały i w ogóle. Zaproszono mnie więc po jakimś czasie na kolejną imprezę, która miała stanowić spełnienie moich postulatów. Wchodzę do wynajętej restauracji, a tam na stole stoi 40 butelek słodkiego wermutu Istra. Mistrz ceremonii udaje się na zaplecze i z tryumfalną miną przynosi półmisek pełen kiszonych ogórków i zwraca się do mnie słowami: „mistrzu, są tym razem ogórki”. No i „kulturalnie” wykosiliśmy te 40 butelek słodkiej Istry pod kiszone ogórki. Od tej pory już starałem się nikomu niczego nie doradzać. Pięknie pozdrawiam 
Beksiński
Liliana Śnieg-Czaplewska, Bex@. Korespondencja mailowa ze Zdzisławem Beksińskim, Państwowy Instytut Wydawniczy 2005, s.147–148.

wtorek, 30 sierpnia 2011

Odcinek 69: Marian Brandys, 1978 rok

Z dziennika Mariana Brandysa
Warszawa, środa 30 sierpnia 1978 roku
Dziś w radio takie zagłuszanie jak za najlepszych czasów zimnej wojny. Przypuszczam, że to skutek wizyty Gierka na Krymie. Halina [Mikołajska, żona autora] mówi: „Dostali pożyczkę na zagłuszanie”. Nie byłoby w tym nic dziwnego, zważywszy, że Radio „W[olna] E[uropa]” stało się ostatnio masowym przekaźnikiem wydawnictw opozycyjnych.
Wczoraj tłumne najście KOR-u na nasz dom. Romaszewscy, Michnik, Kuroń, młodzi ludzie z teatru. Całe towarzystwo w humorach znakomitych. Mają z czego być zadowoleni. Pomimo niezliczonych przeszkód „Robotnik” ukazuje się w nakładzie ponad dziesięciu tysięcy i jest natychmiast rozprowadzany do ostatniego egzemplarza po zakładach pracy. Ponadto Romaszewscy z pomocą korowskiej młodzieży odmalowali gruntownie mieszkanie pani mecenas [Anieli] Steinsbergowej [współzałożycielka Komitetu Obrony Robotników]. Starsza pani przyznała kiedyś w ich obecności, że nie starcza jej już sił na zorganizowanie remontu bardzo zdewastowanego lokalu. Romaszewskim nie trzeba było dwa razy powtarzać. Namówili panią Anielę, aby na tydzień przeniosła się do przyjaciółki, a sami zabrali się do odnawiania jej mieszkania, przeznaczając na to ostatnie sześć dni swojego jakże zasłużonego urlopu. Czy można tych ludzi nie podziwiać? [...]
Zofia i Zbigniew Romaszewscy na ławie oskarżonych
w procesie Radia Solidarność, 1982 rok.
Zastanawiałem się, jaka jest zasadnicza różnica między Haliną i mną a Romaszewskimi i innymi czynnymi korowcami. Oni mają do czynienia z konkretnymi pracami i realnym niebezpieczeństwem. Są tym całkowicie pochłonięci. Widzą bezpośrednie efekty swego działania i mają poczucie, że uczestniczą w czymś wielkim. My natomiast między jedną a drugą akcją protestacyjną jesteśmy zawieszeni w powietrzu. Udział w opozycji wytrącił nas z działalności zawodowej, a nie staliśmy się (i wcale stać się nie chcemy) zawodowymi działaczami społeczno-politycznymi. To nieokreślone stanowisko powoduje coraz głębszy rozstrój nerwowy i wypełnia poczuciem klęski.
Chociaż i zawodowi działacze korowscy miewają swe chwile słabości. Niedawno się dowiedziałem, że Gaja Kuroniowa – ta niezłomna i zawsze pogodna opoka ruchów wolnościowych ostatniego dwudziestolecia – ulega niekiedy tak silnym depresjom, że musi być stale pod opieką lekarza.
Halina mówi: „My jesteśmy od firmowania, to także coś znaczy”. [...]

Marian Brandys, Dziennik 1978, Iskry 1997, s. 123–125.

poniedziałek, 29 sierpnia 2011

Odcinek 68: Lista Przebojów Programu Trzeciego, 1987 rok

 Lista Przebojów Programu Trzeciego (po kliknięciu na tytuł - niespodzianka!!)

Notowanie 285, 29 sierpnia 1987 roku
A
  B
 C
  WYKONAWCA - TYTUŁ
1
   1
  8
2
   2
  4
3
   3
  9
4
 13
  4
5
 11 
13
6
   9
  6
7
   6
11
8
   5
  8
9
   N
  1
10
 18
  2
11
 10
10
12
 14
  4
13
   7
  6
14
 12
  7
15
   8
  5
16
   4
12
17
 16
10
18
 15
  7
19
 19
  4
20
 22
  4
21
   N
  1
22
 17
10
23
 24
  3
24 
 20
13
25
 26
  2
26
 21
  4
27
 28
  3
28
 29
  2
29
   N
  1
30
 30
  2

A. MIEJSCE
B. MIEJSCE W POPRZEDNIM TYGODNIU
C. TYGODNI NA LIŚCIE

 http://lp3.polskieradio.pl/notowania/?rok=1987&numer=285

niedziela, 28 sierpnia 2011

Odcinek 67: Halina Poświatowska, 1959 rok

List Haliny Poświatowskiej do Ireneusza Morawskiego, przyjaciela poetki

[Yonkers], 28 sierpnia 1959 roku
Halina Poświatowska
pomiędzy dwoma brzegami jest rozhuśtana okrutnie, żywa woda — góry lodowe płyną z powrotem do Europy — są bardzo białe, srebrzyście białe — nad nimi półkolisty ruch skrzydeł mewy. Fruwały — wiesz — a fale obijały się o boki okrętu i na próżno. Najpierw przypłynęłam, potem przyfrunęłam, a teraz każą mi czekać zgoła idiotycznie i głupio. Więc czekam bardzo pokornie. [Od przyjazdu Poświatowskiej do USA, w sierpniu, aż do października, trwały badania i konsultacje lekarzy pozwalające ustalić najwłaściwszy moment na operację.]
A jednak jest w tym coś z bezwolności manekina, takiego pajaca, który, nakręcony, dzielnie przemierza stół i w pewnym momencie spada na dół — bo stół się dziwnie skończył. Mam wiele sentymentu dla pokrzywionych pajaców — boleśnie uśmiechniętych — dla podstarzałych kolombin — cieniutkich w pasie, z podkrążonymi oczyma. Czekam — czekam — to tak jakbym chodziła w kółko po bardzo pustej, zamkniętej przestrzeni — wszystko mnie mija — przechodzi jakoś obok — i na próżno staram się schwytać cokolwiek. Nie umieraj jeszcze - umieranie wcale nie jest takie dowcipne — a przynajmniej większość ludzi posiadająca normalne [...] poczucie humoru uważa, iż jest to rzecz ciążąca ku smętkowi. Krzywią pyski na nasze dowcipy — i chwalą sobie życie — miękkie, wygodne, przypominające wspaniały, wyściełany fotel z podnóżkiem. [...] Pisz dużo, pisz dla mnie, chcę mieć to Twoje pisanie — nienawidzę wszystkich listów, które nie są Twoimi. Na ucho mogę Ci powiedzieć, że jestem sama, zupełnie sama i że się boję. Jak mysz —
Całuję Cię. Halina

Halina Poświatowska, Listy, Wydawnictwo Literackie, 2002, s. 80.

sobota, 27 sierpnia 2011

Odcinek 66: Julia de Lespinasse, 1774 rok

List Julii de Lespinasse do hr. de Guibert

Sobota wieczór, 27 sierpnia 1774 roku
Panna de Lespinasse
Przyjacielu mój drogi, nie miałam wieści. Powtarzałam sobie sto razy: przyjechał za późno; nie pomyślał, co znaczy dla mnie godzina, że to robi różnicę czterech dni: i oto trzeba mi czekać do środy. I cóż! wszelkie wysiłki, aby nie opierać duszy na tej nadziei, nie posłużyły za nic; kurier przybył. Dostałam trzy listy, których nie byłam zdolna przeczytać, ponieważ brakło mi twego. Mój Boże, nie jesteś ani dość szczęśliwy, ani dość nieszczęśliwy, aby doświadczać podobnego uczucia. Mój drogi, jeśli nie będę miała od ciebie wiadomości we środę, nie piszę już do pana. Masz już wobec mnie jedną, dwie przewiny, będziesz ich miał tysiąc, ale oświadczam ci, że ich nie przebaczę, i że mimo to będę cię tak samo kochała. Widzisz dobrze, mówię niemożliwości, logika serca jest niedorzeczna. Na miłość Boga, spraw abym nigdy nie rozumowała ściślej. [...]
Donieś mi, ile napisałeś wierszy, czy przyzwyczajasz się spieszyć powoli, czy będziesz się starał czynić jak Racine, który pisał wiersze z wysiłkiem: Mój przyjacielu, zalecam ci rozkosz czytania, odczytania co rano jednej sceny tej boskiej muzyki, a potem przechadzaj się, pisz wiersze, i, z tym talentem, jaki ci wlała natura, dając ci mocno czuć i mocno myśleć, ręczę że stworzysz rzecz bardzo piękną. Ale na co ja się porywam! Dawać rady, komu? Człowiekowi, który lekceważy mój smak, który mnie uważa za dość głupią, który nie przyznał mi nigdy prawa sądzenia czegokolwiek, i który, oceniając mnie w ten sposób, jest może na trafnej drodze i składa dowód równej bystrości co do sprawiedliwości sądu.
Bądź zdrów, miły; gdybyś mnie kochał, nie byłabym tak skromna, zdawałoby mi się, że nie ma w całej przyrodzie nic, czemu bym mogła zazdrościć. Wysłałam ci wczoraj cały tom do Bordeaux. To słowo brzmi mi stra­sznie; dotyka tkliwej i bolesnej struny mej duszy. Bądź zdrów, bądź zdrów.

Listy panny de Lespinasse, tłum. Tadeusz Boy-Żeleński, Warszawa–Kraków b.d.w., s. 117–119.

piątek, 26 sierpnia 2011

Odcinek 65: Jarosław Iwaszkiewicz, 1962 rok

Z dzienników Jarosława Iwaszkiewicza

26 sierpnia 1962 roku
Ja tylko tak udaję, że się nocy nie boję... Chodzi się po tym świecie, gada, pracuje, je, śpi i chędoży, tworzy się „dzieła sztuki”, ale to wszystko jest udawanie. Chodzi się i robi się to wszystko z zamkniętymi oczami, aby nie widzieć tego, co nas otacza naprawdę. Morze bezsensownego zła, z którego wynurzają się coraz nowe, coraz większe nonsensy. Góry kłamstwa, do którego tak przyzwyczailiśmy się, że sami kłamiemy z ironicznym uśmiechem. Najpoważniejsi ludzie mówią o „nowym” człowieku – bez mrugania okiem, chociaż wiedzą, że żaden nowy człowiek nie istnieje: jest wciąż ten sam stary człowiek, który sam na siebie zastawił najstraszliwsze sidła, pojmał się w nie i szarpie się bez żadnych rezultatów. Okropność męki owadów, zwierząt, człowieka. Wszystko trzeba przyjmować tak, jakby to miało jakieś znaczenie, a znaczenia to nie ma.

Jarosław Iwaszkiewicz, Dzienniki 1956–1963, oprac. Agnieszka i Robert Papiescy, Radosław Romaniuk, Czytelnik 2010, s. 531.

czwartek, 25 sierpnia 2011

Odcinek 64: Zygmunt Krasiński, 1838 rok

List Zygmunta Krasińskiego do Adama Sołtana

25 sierpnia 1838 roku

Joanna Bobrowa
Zygmunt Krasiński
Drogi Adamie! Cały czas na wsi-m siedział - oczekiwałem, by do nóg przenieść ból z mózgu. Z trzysta kuropatew lewą ręką strzelając zabiłem. Położenie moje w niczym się nie polepszało, owszem, coraz bardziej względnie do Ojca się pogorszało. Co dzień łzy Jego, to znów oburzenie i gniew rozdzierały mi serce. Do tego doszło, że już on mojej przytomności znosić nie mógł, ja zaś od jego oblicza się usuwałem, o ile to pogodzić mogłem z winnym mu uszanowaniem. Jeszczem nie był nigdy żył tak nędznie, przykro, nieznośnie. Wreszcie przyszedł dzień, w którym zażądano ode mnie, bym dał słowo, że nigdy już w życiu do niej [do Joanny Bobrowej] nie napiszę. Zdaje się, że mój Ojciec poczytywał sobie za obowiązek ostateczne zniszczenie wszelkich pomiędzy nami stosunków. Pojmiesz, że nie zgodziłem się na takie żądanie, wiesz, że nie umiem opuszczać, że nie umiem o przeszłości zapomnieć, że owszem, co dzień w przeszłości żyję, może to nikczemny kierunek umysłu, ale co jest, to jest. Otóż po trzech tygodniach najżałośniejszych burz, nic na mnie wymóc nie mogąc, rozjątrzony do najwyższego stopnia, oskarżając mnie ciągle o to, że go nie kocham, pojechał nareszcie mój ojciec na Podole i w przejeździe [przez] Wołyń, wstąpiwszy do Krzemieńca, udał się do niej i prosił ją o to samo. Pojmiesz znowu, że tak jak ja nie mogłem przystać, tak ona nie mogła nie przystać, bo jej położenie okropnym, strasznym, nad miarę dzikim w tej chwili było. Wrócił mój Ojciec przywożąc mi kilka słów od niej, drżącą ręką pisanych, w których mówi, że musiała zgodzić się na to, by ostatni raz te kilka słów napisać, bo inaczej groził jej mój ojciec, że nigdy już w życiu mnie nie zechce widzieć. Odtąd, tj. od półtora miesiąca, żadnych już nie mam dalszych od niej wieści. Patrz, do czegom tę nieszczęśliwą kobietę doprowadził i samego siebie. Jest w moim sercu coś na kształt kamiennej zapory, która mnie od świata zewnętrznego jakby na wieki przedzieliła. Skurczyłem się w duszy, zmalałem, znędzniałem, nie wiem, gdzie jestem i czym jestem, wiem tylko, że tę, którą kocham, wydałem na łup wewnętrznych zgryzot i zewnętrznych przykrości. Wszyscy o tym wiedzą i mówią. Jej imię na ustach ludzkich pożenione z moim krąży po świecie jak zdawkowa moneta - a ocalić jej, a pomóc jej, a bronić jej nawet nie mogę. Winienemże głowę pochylić i powtarzać chrześcijańskie mea culpa? Czyż wszystko na tym świecie z gliny i błota wcześniej czy później musi jeden mieć koniec zewnętrzny - nieszczęście, i jeden wewnętrzny - pokorę, poniżenie? Bój się Boga, Adamie, jest coś szkaradnego w zawiązku, w ciągu i w końcu życia. Rozkosz wiedzie do boleści, boleść doprowadza do zgonu! Jeden Bóg tylko wie, że to wszystko dobre i piękne. Powiadam Ci, żem niemiłosiernie znikczemniał. Teraz jadę do Włoch z moim Ojcem. Zdrowie jego coraz gorsze, a jego westchnienia przebijają mi serce, bo każde z nich wyrzuca mi, żem nie chciał się ożenić, żem nie chciał dom jemu dać, w którym by spokojnie odpoczął po tylu nawałnicach. W całym wątku losów moich jest coś zgubnie niedopełnionego. Teraz życie moje składa się z ciągłej troski i tęsknoty. Od jednego chyba straciłem i kochankę, i przyjaciela. Konstanty gdzieś ujrzał jakąś pannę i zakochał się, i chce się z nią żenić. Na wszystkie strony złe przeczucia mnie dręczą. Wierzę w nieszczęście jej, nie mogę uwierzyć w szczęście przyszłe Konstantego, a wiem, że w teraźniejszości mój Ojciec, na ciele i duszy schorowany, pełen jest cierpienia. Przynajmniej napisz mi cokolwiek pomyślniejszego o sobie. Jakżeż wzrasta i kształci się Marysia? Czy jej serce, które pączkiem było, rozszerzyło się, roztworzyło się zupełnie dla Ciebie? Odpowiedz na te pytania i dodaj, że mnie kochasz, że myślisz często o mnie. Rad bym był jechać na Wiedeń, ale nie chcę się odłączać od Ojca mego, bo czuję głęboko, że świętym mi jest obowiązkiem pilnować go i starać się, by uwierzył, że go kocham. Bez tej wiary bowiem i tak już skołatane jego zdrowie mogłoby ostatecznie się rozwiązać.
Ściskam Cię z wszystkich sił i proszę Cię, pisz zaraz.
Twój Z.
Cyt. za: Parnas polski we wspomnieniu i anegdocie: Od Niemcewicza do Wyspiańskiego, opracowała Halina Przewoska, Stowarzyszenie Bibliotekarzy Polskich 1964, s. 111-112.

środa, 24 sierpnia 2011

Odcinek 63: Eugène Delacroix, 1854 rok

Z dziennika Eugène'a Delacroix 

24 sierpnia 1854 roku
Eugène Delacroix
Dziś nareszcie pożyczyłem sobie powieść Dumasa, by uwolnić się od nudy płynącej z braku zajęcia. Przez wszystkie poprzednie dni odbywałem przechadzki i rysowałem według fotografii Durieu.
Dziś przed kolacja, wracając od strony Pollet, zobaczyłem rozciągnię­tego na ziemi konia, który wydawał mi się martwy. Był on naprawdę umierający, toteż wszcząłem zwadę z gburem, który począł go okładać batem, by zmusić zwierzę do dźwignięcia się na nogi. Ku memu zdu­mieniu koń podniósł się z wielkim trudem i postąpił kilka kroków naprzód. Nazajutrz, w piątek, spotykam go znów o tej samej porze: stoi wciąż w tym samym miejscu, a muchy, które obsiadły jego rany i oczy, wysysają mu resztki krwi. Stanąłem dzielnie na środku drogi i zrobiłem kilka jego rysunków. Wszystko to działo się w alei przeznaczonej dla pojazdów, nad rzeką Arques, ku wielkiemu zdumieniu elegantów i innych przechodniów,   którzy  musieli  dobrze  łamać  sobie   głowy  nad  tym,   co mogło mnie tak zająć w tej biednej szkapie.
Potem zrobiłem duży rysunek dzioba statku znajdującego się pod moim oknem. Umysł odświeżony pracą napełnia całe jestestwo poczu­ciem szczęścia.
Eugène Delacroix, Konie arabskie walczące w stajni

Eugène Delacroix, Dzienniki: 1822-1863, t. 2, tłum. Joanna Guze i Julia Hartwig, Zakład Narodowy im. Ossolińskich 1968, s. 63-64.

wtorek, 23 sierpnia 2011

Odcinek 62: Gustave Flaubert, 1846 rok

List Gustave'a Flauberta do Luizy Colet
Niedziela, 23 sierpnia 1846 roku
Gustave Flaubert
Gdy wieczór nadejdzie, gdy jestem sam, całkiem pewny, że nikt mi nie przeszkodzi, otwieram szufladę szafki, o której ci mówiłem, wyjmuję z niej swoje relikwie i rozkładam je na swoim stole: naprzód pantofelki, chustkę, twoje włosy; saszetkę, gdzie są twoje listy; odczytuję je znów, dotykam; z listem jest tak jak z pocałunkiem, ostatni jest zawsze najlepszy. List otrzymany dziś rano jest na stole, między moim ostatnim zdaniem a tym, którego jeszcze nie skończyłem; dopiero co znów go odczytałem, aby cię ujrzeć ponownie bardziej z bliska i poczuć mocniej twój zapach. — Myślę o pozie, jaką musiałaś mieć pisząc go, i o zamyślonych spojrzeniach rzucanych podczas odwracania kartek. — To dzieje się pod tą lampą, która oświetlała nasze pierwsze pocałunki, i na tym biurku, gdzie piszesz: swoje wiersze. Zapal wieczorem swą alabastrową lampę i popatrz na jej światło białe i blade, przypominając sobie ten wieczór, kiedyśmy się pokochali. Powiedziałaś mi, że nie chcesz więcej jej używać. — Czemu? Ona się wiąże jakoś z nami. Lubię ją. [...]  — Dwie kobiety, najbardziej przeze mnie kochane, założyły na moje serce wędzidło o dwóch cuglach, na którym mnie trzymają; powodują mną na przemian miłością i bólem. Przebacz mi, jeżeli to cię jeszcze gniewa. Nie wiem już, co ci powiedzieć, waham się teraz; gdy mówię do ciebie, boję się, żeby nie wywołać twoich łez, a gdy cię dotykam, żeby cię nie urazić. [...] Dajesz mi wszystko, biedny aniele, swoją sławę, swoją poezję, swoje serce, swoje ciało, miłość mężczyzn, którzy cię pożądają; szafujesz dla mnie swoimi bogactwami, aby mi sprawić zadowolenie i nasycić moją dumę. A więc bądź kontenta: jestem szczęśliwy i dumny z ciebie. Tak, szczęśliwy, powtarzam to; gdy myślę o tobie, ogarnia mnie niewymowna tkliwość.
Gustaw Flaubert, Listy, tłum. Wacław Rogowicz, Państwowy Instytut Wydawniczy 1957, s. 47-50.

poniedziałek, 22 sierpnia 2011

Odcinek 61: James Joyce, 1909 rok

List Jamesa Joyce'a do Nory Barnacle Joyce 

Dublin, 44 Fontenoy Street. 22 sierpnia 1909 roku
James Joyce
Najdroższa,
Jakże mierzi, mierzi, mierzi mnie Dublin! Jest to miasto klęski, goryczy i nieszczęścia. Tęsknię za chwilą, kiedy je opuszczę.
Ciągle o Tobie myślę. Idąc wieczorem do łóżka przeżywam coś w rodzaju tortury. Nie napiszę tu, co wypełnia moje myśli, nie opiszę całego szalonego pożądania. Widzę Cię w tysiącu póz — groteskowych, bezwstydnych, dziewiczych, rozmarzonych. Oddaj mi się bez reszty, najdroższa, gdy tylko się spotkamy. Musisz ofiarować mi śmiało wszystko, co jest święte, ukryte przed innymi. Chcę być panem Twego ciała i Twojej duszy.
Istnieje list, którego nie śmiem pierwszy napisać, lecz mam co dzień nadzieję, że Ty napiszesz go do mnie. List przeznaczony tylko dla moich oczu. Może napiszesz go i może złagodzi on męki mojej tęsknoty.
Nora Barnacle Joyce
Co może nas teraz rozdzielić? Cierpieliśmy i przeszliśmy próbę. Opadły z nas chyba wszelkie zasłony wstydu i nieśmiałości. Czyż nie będziemy nawzajem widzieć w swoich oczach wielu oczekujących nas godzin szczęścia?
Przyozdób swe ciało dla mnie, najdroższa. Kiedy się spotkamy, chcę, abyś była piękna, szczęśliwa, kochająca, podniecająca, pełna wspomnień, pełna pragnień. Czy pamiętasz trzy przymiotniki, których użyłem w "Zmarłych", pisząc o Twoim ciele? Oto one: muzyczne, niezwykłe i wonne.
W moim sercu tli się jeszcze zazdrość. Abym zapomniał całkowicie, Twoja miłość dla mnie musi być niepohamowana i gwałtowna.
Nie pozwól, abym kiedykolwiek utracił miłość, którą Cię obecnie darzę, Noro. Jeśli udałoby się nam iść tak dalej razem przez życie, jakże bylibyśmy szczęśliwi. Pozwól mi Cię kochać. Noro. Nie zabijaj mojej miłości.
Przywożę Ci drobny prezent. Sam go wymyśliłem i z wielkim trudem zadbałem o to, żeby został wykonany w taki sposób, jak chciałem. Ale będzie Ci on zawsze przypominał ten czas.
Napisz do mnie, najdroższa, i myśl o mnie.
Czymże jest tydzień czy dziesięć dni w porównaniu z nieskończoną radością, która nas oczekuje!
Jim
James Joyce, Listy, wybór i przekład Michał Ronikier, t. 1, Wydawnictwo Literackie 1986, s. 170.

niedziela, 21 sierpnia 2011

Odcinek 60: Albert Camus, rok 1949

Z dziennika Alberta Camusa

21 sierpnia 1949 roku
Albert Camus
O ósmej rano na nogach. Spałem trzy czy cztery godziny. Ale samolot odlatuje o jedenastej. Pod niebem delikatnym, wietrznym, zachmurzonym, Montevideo rozpościera swoje plaże - miasto czarujące, gdzie wszystko każe myśleć o szczęściu - ale o szczęściu bez polotu. Głupota tych podróży samolotem - środkiem lokomocji barbarzyńskim i zacofanym. O piątej przelatujemy nad Rio i przy schodzeniu przyjmuje mnie owo powietrze zwarte i wilgotne, konsystencji waty, o którym już zapomniałem i które jest specyficzne dla Rio. Jednocześnie - wrzaskliwe i różnokolorowe papugi oraz paw o przeraźliwym głosie. Nie mam ochoty na nic innego, jak tylko iść spać, bez wieści zresztą, żaden list nie czeka na mnie w ambasadzie.
Albert Camus, Dzienniki z podróży, tłum. Aleksandra Machowska, Zielona Sowa 2004, s. 93.

Montevideo z lotu ptaka.

sobota, 20 sierpnia 2011

Odcinek 59: Virginia Woolf, 1920 rok

Z dziennika Virginii Woolf

Piątek, 20 sierpnia 1920
Virginia Woolf
Pani Dedman zwabiła nas tam, nazywając to pogrzebem w stylu Sussex i obiecując, że żałobnicy będą ubrani w kitle. Ale okazało się, że w całej wsi jest ich tylko sześć, więc porzucono ten zamiar. Pana Staceya spuszczali do grobu pracownicy rolni, z których dwu zdołało w trakcie tej operacji wpaść do grobu. Kitle istnieją jednak, co pani Dedman udowodniła, pokazując nam jeden, należący do jej dziadka — piękny przykład sztuki hafciarskiej, z wzorem właściwym dla Rodmell, odmiennym niż w innych miejscowościach. Cała męska ludność Kingston wyszła z kościoła za trumną; brązowe twarze, białe włosy dobrze widoczne na tle czarnych jak węgiel płaszczy. Księża celebrowali z tak dojmującym smutkiem, że mam poważne wątpliwości, czy teraz czują się już lepiej. Dzień był zimny; na niebie fioletowa burzowa chmura. Nabożeństwo, jak zwykle, chłodne, nieporęczne, trudne do zniesienia. Wszyscy duszą w sobie naturalne uczucia i udają, że biorą udział w tym przedstawieniu, ponieważ inni robią to samo.  Trumna bladoszara, wieńce przyczepione drutami. Nie wiem, czy katolicka formuła jest cieplejsza. Widziałam, jak jeden człowiek w odpowiednim momencie sypnął garstką ziemi. Ale całkowicie nieobecny jest duch ceremonii. Nie jesteśmy w stanie się przejąć. Poza tym niewygoda niedzielnych płaszczy i kapeluszy. Czuję, że niedziela czepia się moich ubrań jak zapach kamfory.
Virginia Woolf, Chwile wolności: Dziennik 1915-1941, oprac. Anne Olivier Bell, tłum. Magda Heydel, Wydawnictwo Literackie 2007, s. 162-163.

piątek, 19 sierpnia 2011

Odcinek 58: Natalia Gałczyńska, 1947 rok

List Natalii Gałczyńskiej do Hanki Ordonówny

Kraków, 19 sierpnia 1947 roku
Hanka Ordonówna
 [...] Hanko, kochana. Jak bardzo ucieszyły nas wasze listy – to chyba nie potrzebuję Ci mówić. Na zdjęciach wyglądasz zdrowo i młodo, i oczywiście ślicznie – ale proszę Cię – czesz się tak jak dawniej, bo zawsze mam w pamięci Twoją małą gładką głowę. Chciałabym bardzo zobaczyć, jak wygląda Miś [mąż Ordonówny, Michał Tyszkiewicz]. Posyłam nasze zdjęcie na wsi z zeszłego roku niedługo po powrocie Kici ze świata i zdję­cie naszej Kiry z babcią. Kochanie, Kicię uśmiercali też wiele razy, ale kiedy przeczytałam nekrologi o nim w naszej prasie w końcu 45 r. to zapewniam Cię, że mi było bardzo niewesoło, tym bardziej że od powstania nie miałam o nim żadnej wiadomości. Ja też leżałam po powstaniu w krakowskim szpitalu przez kilka miesięcy w charakterze trupa i lekarze nie mieli żadnej nadziei, a jednak się wylizałam. Tak bym chciała zobaczyć Ciebie w piosence. Nikt i nigdy nie umywał się do Ciebie. Wiersze Kici zbiorowe wydanie wyszło rok temu, a we wrześniu wyjdą nowe pt. Zaczarowana dorożka, które Ci prześlemy. Wspominam Was i Orniany [majątek Ordonówny i jej męża] zawsze z prawdziwym uczuciem. Z ludzi, którzy razem z nami spędzali tamto urocze lato, nie żyje Romek Padlewski, zginął w powstaniu, w akcji na Starówce. Napisał w czasie wojny bardzo piękny kwartet smyczkowy. Szeligowskiego widujemy czasem na koncertach, chociaż stale mieszka w Lublinie. Ks. Śledziewski jest w Białymstoku, gdzie oprócz obowiązków kapłańskich pełni funkcję kustosza muzeum. Pani Padlewska zresztą straciła wszystkich swoich: Romek w powstaniu, jego brat został zatorturowany przez Niemców, stary profesor umarł po prostu ze zmartwienia. Tak zresztą było w prawie każdym domu. Dziś człowiek często nie wierzy swemu szczęściu, że może spokojnie spać, cieszyć się, pracować. Tylko tak brakuje wszystkich utraconych przyjaciół. Dziecko moje wyszło z tych wszystkich okropności jakimś cudem ze zdrowymi nerwami, zdrowe, wesołe, zdolne, czego nie można powiedzieć o innych dzieciach, chowanych podczas wojny.
Hanko droga, jeszcze raz chciałabym Ci opowiedzieć cały mój zachwyt dla Ciebie i radość, że żyjesz. We wrześniu będę w Warszawie i opowiem o Tobie Tuwimowi, ucieszy się tak ja my.
Ściskam Was oboje z prawdziwą przyjaźnią
Nata
Natalia i Konstanty Ildefons Gałczyńscy, 1947 rok.

Pozdrowienia dla Czarodzieja. Korespondencja K.I. Gałczyńskiego, oprac. Kira Gałczyńska, Świat Książki 2005, s. 38–39.

czwartek, 18 sierpnia 2011

Odcinek 57: William Faulkner, 1952 rok

List Williama Faulknera do Joan Williams
18 sierpnia 1952 roku
William Faulkner
... wczoraj rano czułem się wciąż tak parszywie, że musiałem coś zrobić, więc ni stąd, ni zowąd wygrzebałem maszynopis tej dużej książki  i zabrałem się do pracy nad nią. Nagle sobie przypomniałem, jak pisałem Dzikie palmy, żeby próbować poradzić na coś, co też uważałem za ból złamanego serca. I nie złamało mi się wtedy, a więc może nie złamie się teraz, może nawet przez  jakiś  jeszcze  czas  nie będzie  musiało  się łamać, bo serce to bardzo twarda i trwała substancja czy rzecz, czy jak tam chcesz to nazwać. Odwaliłem porządną porcję maszynopisu i wczoraj wybrałem się żaglówką na całe popołudnie, nie za silny wiatr, przywiązałem więc płótna i ster, wyciągnąłem się na pokładzie i patrzyłem w górę na maszt.... Jeszcze raz przeczytałem "Jake'a" [opowiadanie Joan Williams]. Wciąż jest dobry, ale może jeszcze go zatrzymam i od nowa nad nim pomyślę. Wiem, że z czasem napiszesz go lepiej i to może niedługo. Możesz nawet zdecydować się napisać go sama jeszcze raz. Musisz się więcej nauczyć. W czym Cię biję, to w tym, że ja do nauki wszystkiego, co mogłem, zabrałem się wcześniej w życiu niż Ty.
Mam na myśli czytanie. ...
William Faulkner, Listy, tłum. Ewa Życieńska, Czytelnik 1983, s. 204-205.

środa, 17 sierpnia 2011

Odcinek 56: Marian Brandys, 1972 rok

Z dziennika Mariana Brandysa

Obory, czwartek, 17 sierpnia 1972 roku

Magdalena Samozwaniec
U mnie możliwie. Ale dziś napisałem tylko niecałe pół strony. Wczoraj była Tośka. Bardzo miła i bardzo ją tu lubią. Słuchała ciekawych rozmów z Parandowskimi i z Madzią Samozwaniec. Dzięki temu wprowadziła się trochę w klasykę i mam nadzieję, że pobudzi to jej zainteresowania czytelnicze. Madzia opowiadała o swoich kłopotach w związku z książką, którą napisała o swojej siostrze Lilce (Pawlikowskiej-Jasnorzewskiej). Redaktorzy wydawnictwa bardzo ją sprawdzają, lękając się jej zbyt niefrasobliwego stosunku do dokumentacji rodzinnej. „Przedstawiłam ją (Pawlikowską) jako ehotomankę, ale ona taka była. To znaczy musiała kochać”. Mówi także o planach następnej książki: wspomnienia o wybitnych ludziach, których znała. No, nie zazdroszczę tym nieboszczykom. Na koniec dwie wspaniałe anegdotki o Ludwiku Hieronimie (Ludwiczku) Morstinie. Pytano go, czy zjadłby talerz g...., gdyby za to wróciły przedwojenne czasy. Ludwiczek na to: „Popłosiłbym o łepetę”. Kiedyś na jakimś zebraniu powiedział: „Po co nam Akłopol, skoro mamy Kłaków”. Druga anegdota o jego żonie, prawnuczce generała Henryka Dąbrowskiego. Przed wojną głowa jej figurowała na dwuzłotówkach. Kiedy raz w prasie zaczepiła Antoniego Słonimskiego, odpowiedział: „Od razu widać, że to nie orzeł pisał, tylko reszka”. Kiedy ktoś wiedzący, że L.H. Morstin poznał w Zakopanem Lenina, pytał, dlaczego nigdy nic o tym nie napisał, pani Morstinowa odpowiedziała: „Mój Boże, gdyby Ludwiś chciał pisać o każdym, kogo znał!” Notabene pani Morstinowa na rok przed śmiercią bardzo mnie namawiała, żebym napisał coś o generale Dąbrowskim. [...]
Potem oboje Parandowscy mówili o Jerzym Kowalskim i o dziwnym stosunku między Anną Kowalską i Marią Dąbrowską. Z obu stron miłość i nienawiść. Widać to już z pewnych akcentów w pamiętnikach Kowalskiej. W pamiętnikach Marii Dąbrowskiej jest podobno piekło. Parandowscy byli u Jerzego Zawieyskiego na miesiąc przed jego śmiercią. Siedzieli obaj z Trębaczkiewiczem nad pamiętnikami Marii Dąbrowskiej, które dano im do czytania. Byli wstrząśnięci. Właśnie tym piekłem. Piekłem nienawiści do najbliższej przyjaciółki.
Pani Myszka Kowalewska opowiadała mi, że Noce i dnie są sagą o rodzinie Gałczyńskich (nic wspólnego z Konstantym). Gałczyńscy, kiedy się dowiedzieli, że Maria Dąbrowska pisze sagę rodzinną, ogromnie ją fetowali. Po ukazaniu się książki chcieli jej wytoczyć proces.
Urocza wnuczka Parandowskich, mała Joasia Szczepkowska, jest w szkole teatralnej. Podobno bardzo zdolna. Kto wie, może będzie to przyszła gwiazda sceny polskiej. Kim będą te wszystkie młode, urocze dziewczyny z naszego środowiska? [...]

Marian Brandys, Dziennik 1972, Iskry 1996, s. 16–17.

wtorek, 16 sierpnia 2011

Odcinek 55: Zofia z Matuszewiczów Kicka, 1818 rok

Z dziennika Zofii z Matuszewiczów Kickiej

16 sierpnia 1818 roku
Zofia Kicka
Ludwik Kicki
P[an Ludwik] Kicki powrócił. Papa przyjął go niesłychanie życzliwie i namówił, aby nam towarzyszył w dwudniowej wycieczce naszej do Solca. Zda mi się, że tym razem jestem schwytana. Serce mi się ściska, bo nie mam dla niego żadnego słodszego uczucia, a widzę, że nie powinnam już odmawiać tej partii. Mówią mi o nim tak wiele dobrego, mówią, że się zastosuje do wszystkich moich życzeń. O, jeżeli to prawda, to z mego wpływu zrobię tylko jeden użytek: będę łagodna, powolna, zrobię, co tylko będzie w mojej mocy, aby go uszczęśliwić, byle on mnie pozwolił być co roku trzy czy cztery miesiące szczęśliwą w Sieniawie . Widzę bowiem, że jeżeli nie wyjdę za mąż, ojciec mnie będzie tylko pożyczał Księżnie [Izabeli Czartoryskiej], i to gdy będzie w Puławach. Tak jest – trzeba się zdecydować, i to z odwagą; trzeba sobie powiedzieć, że Bóg mi nie przeznaczył małżeństwa z miłości, że zaś w takich warunkach człowiek, któremu się na zimno oddaje serce, zaufanie i całe swe życie, musi się zdawać poniekąd wstrętnym, ale też z czasem można się przywiązać i przez to samo używać pewnego rodzaju negatywnego szczęścia. Co do prawdziwego szczęścia – tego już nie szukam, chyba w pamięci. Czas, jaki mi do życia zostaje, zda mi się jakoby strumień opuszczający kwieciste brzegi, by iść się gubić w jakąś nieznaną dal.

Z dziennika Zofii z Matuszewiczów Kickiej [w:] Kufer Kasyldy, czyli wspomnienia z lat dziewczęcych, oprac. Danuta Stępniewska i Barbara Walczyna, Nasza Księgarnia 1983, s. 89–90.

PS. Wbrew obawom Zofii małżeństwo z rozsądku okazało się szczęśliwe, ale krótkotrwałe. Zofia zmarła na gruźlicę w 1822 roku, w niemowlęctwie zmarły też dwie córeczki Kickich. Ludwik Kicki (od 1831 roku generał) zginął w bitwie pod Ostrołęką 26 maja 1831 roku.

poniedziałek, 15 sierpnia 2011

Odcinek 54: Władysław Broniewski, 1920 rok

Z pamiętnika Władysława Broniewskiego

15 sierpnia 1920 roku 
Z Sokala jechaliśmy trzy doby przez Lublin do Trawnik, na nową koncentrację i ofensywę. Dziś bez taborów samochodami do Lubartowa, skąd dziś jeszcze mamy iść naprzód. Ja, nałogowy optymista, wierzę [– – – –] [Bolszewicy] są już dziś w Płońsku i Sierpcu, dochodzą do Modlina. Zresztą mało się nad tym zastanawiam. Przyzwyczaiłem się, że na tydzień musi być jedna większa bitwa i parę mniejszych, i to mi na tymczasem wystarcza. Transport pozwolił mi trochę wypocząć – grałem w wagonie w karty, przegrywając idiotyczne sumy. W Lublinie złazikowałem i zostałem się na parę godzin – w ten sposób zetknąłem się choć trochę z jaką taką kulturą. W obecnej chwili na eks-dziedzińcu eks-pałacu Sanguszków w Lubartowie, rozebrany prawie do gaci, dopiero co przerwałem czytanie Zatracenia Tetmajera kupionego za 58 m[are]k w Lublinie. Jest to wysoce arystokratyczny romans; przypomina mi pewne własne tak zwane „drgnięcia duszy”. Podniecenie, jakie odczuwam przy tym, nie jest może wywołane wspomnieniem własnych smutnych przeżyć, lecz chęcią tworzenia, chęcią, która przez takie przypomnienia staje się czasem nieodzowną potrzebą, jak powietrze.
Pragnę spokoju, książek i zamknięcia się w sobie.
Pragnę pisać o tym, co się jeszcze nie przeżyło, o tym czymś, tkwiącym w głębi duszy, co trzeba przerafinować, przeżuć, przelać na papier, aby nie zabijało i nie truło.
Wojna i śmierć, nuda i płytkość – sen – sen.
Jestem silniejszy niż śmierć – przeżyłem ją w sobie tysiąc razy.
Przeżyłem życie.
Kocham je piękne, jasne, nieznane, jak szczęście.
Kocham kobietę, której nie było, marzeniem, jakiego nie śniłem, miłością, jaka nie istnieje.
I to chcę stworzyć – piórem.

Władysław Broniewski, Pamiętnik 1918–1922, oprac. Feliksa Lichodziejewska, Państwowy Instytut Wydawniczy 1987, s. 197–198.

niedziela, 14 sierpnia 2011

Odcinek 53: Samuel Pepys, 1663 rok

Z dziennika Samuela Pepysa

14 sierpnia 1663 roku

Elizabeth (1640-1669), żona Samuela Pepysa.
Obudziwszy się pogderałem na żonę, ale widzę, że ona zanadto wzięła na kieł, by prędko dało się ją ustatkować; ani też nie ma sposobu, żeby zatrzymać Ashwellkę [dama do towarzystwa pani Pepys], żona się na nią uwzięła jak dawniej na Sarę, w każdym jej słowie dopatruje się łgarstwa i nie mielibyśmy spokoju, gdyby została. Po obiedzie poszedłem do brata, gdzie ojciec w złym usposobieniu, i nie chce przenieść się do nas, i zaczął coś o nieporozumieniach z moją żoną, ale ja nie chciałem słuchać, żałując mojego głupstwa, żem się wypytywał, tudzież ubolewając nad ich głupstwem, że mi od razu wszystkiego nie powiedzieli; tedy postanowiłem robić dobrą minę do złej gry, a żonę jak najrychlej przywieść do ładu i składu. Rozstaliśmy się serdecznie i ojciec przyjdzie do nas na obiad jutro lub pojutrze.

Samuel Pepys, Dziennik, t. 1, tłum. Maria Dąbrowska, Państwowy Instytut Wydawniczy 1954, s. 350.

sobota, 13 sierpnia 2011

Odcinek 52: Jan Władysław Poczobut Odlanicki, 1662 rok

Z pamiętnika Jana Władysława Poczobuta Odlanickiego

13 sierpnia 1662 roku

Die 13 praesentis, gdym zjechał do klucza odelskiego [na Grodzieńszczyźnie] na rewizyją włók, tam mię Bóg Najwyższy do końca nawiedził, z łaski swojej najświętszej, od błahej osóbki, na żal serca mego, żem się z nim zwadziwszy miał go już w ręku swoim, mogąc zabić, gdybym chciał. Pofolgowałem w pocięciu, przyparłszy go w opłotki przy kącie, że się i składać nie mógł od dachu, pod który podpadł. Więc gdy mię porwano, rozumiejąc żem go zabił, on się na wolne miejsce wysunął, a mnie, jako za oderwaniem nie widząc, przyszło się z towarzyszem jego Snarskim pociąć, któremum palec uciął. A on z boku przypadłszy ciął mię bez układu w łeb, w róg głowy, żem się na nogach nie ostał. Z którego razu trzydzieści kości ze łba wylazło i malusieńkom [się] z tym światem nie rozstał przez tego wisielca Nowickiego, sędzica pińskiego, a towarzysza pana Lipnickiego, barzo podłego. Co gdyby od dobrego, toby żalu nie było, nad którym lubom mógł zawsze zemścić się, mając wiele okazyjej i lewem i prawem [na drodze prawnej i bezprawnej]. Jednak dla chwały imienia Pana i Zbawiciela, który więcej cierpiał i drudzy ode mnie cierpieli, po dziś dzień ustąpiłem tego bólu mego, ofiarując to Bogu za grzechy moje. Za tą nieszczęsną chorobą wielem sobie dobrego omieszkał i zaszkodził, żem nie wziął tego, com miał wziąć i jeszcze mię do tego okradziono – kontusz nowiusieńki żółty, adamaszkowy, czapkę aksamitną szkarłatną, sobolową i trzecie nowe karmazynowe. Uczyniło to na złotych półtora sta. Tak mię Pan Najwyższy nawiedził, że i funkcyjej dosyć czynić nie przyszło. Musieliśmy nazad powracać za ordynansem tegoż pana substytuta, mało co wziąwszy, bo sam dzierżawca, to jest wiceekonom, odwoził sumę pieniędzy piętnaście tysięcy do wojska.
Juliusz Kossak, Pojedynek Wołodyjowskiego z Bohunem, 1886 rok.

Jan Władysław Poczobut Odlanicki, Pamiętnik (1640–1684), oprac. Andrzej Rachuba, Czytelnik 1987, s. 173–174.

piątek, 12 sierpnia 2011

Odcinek 51: Stendhal, 1804 rok

Z dziennika Stendhala

24 thermidora roku XII – 12 sierpnia 1804 roku
Stendhal, 1802 rok
Ten zeszyt zaczyna się szczęśliwie dzisiaj, w niedzielę, 24 thermidora; napiwszy się po raz pierwszy wyciągu z goryczki i naparu z centurii i liści pomarańczowych, jestem tak szczęśliwy, jak można być szczęśliwym o trze­ciej po południu, kiedy po deszczu świeci piękne słońce, kiedy przychodzą do głowy piękne myśli, od których zaczyna się zeszyt silnej woli [mowa o rozpoczętym dziele filozoficznym]. Jest to szczęście spokojniejsze, ale równie wielkie jak szczęście, jakiego zaznałem owej niedzieli w Claix, kiedy po napisaniu pierwszych dobrych wierszy w życiu jadłem sam i bez przykrości obiad złożony z pysznego szpinaku z sosem i z dobrego chleba. Ale jest cechą ludzkiej natury, że takie ekstazy nie mogą trwać długo. [...]
Stendhal, Dziennik. Wybór, tłum. Felicja Śniatecka-Wowerowa, Państwowy Instytut Wydawniczy 1973, s. 50–51.

czwartek, 11 sierpnia 2011

Odcinek 50: Sławomir Mrożek, 1964 rok

Z dziennika Sławomira Mrożka

Włochy, 11 sierpnia 1964 roku
Kto pozbawił mnie ojczyzny – winien jest, a ta słabość dzisiejsza będzie zapowiedzią tej słabości, która niektórym starcom pozwolą łatwo i godnie umrzeć.
W związku z pierwszym – chętnie pojechałbym do Polski na chwilę, na rok, wyjechał znów na chwilę, na rok. Byle nie być jak krasnoludek wciskany do śmierdzącego buta z cholewą.
W związku z drugim – jestem bardzo zmęczony. Lato śródziemnomorskie, ja. Przypadki. Przypomina się: „Wytrwać, oto wszystko. Kto mówi o zwycięstwie?”. To z Rilkego. Pracować nad sztuką przetrwania. Takiego, żeby nawet przetrzymać Sąd Ostateczny i wyjść z kąta już po sesji.
Za skąpstwo i jałowość duszy kupiłem spokoik, za który z kolei należałoby coś nabyć wartościowego. Jeżeli to się nie uda, można będzie powiedzieć, że wszystko było pomyłką. Każda moja siła wynikała tylko ze słabości, więc nawet tymi siłami nie mogę się ozdobić. Moja równowaga jest równowagą nieustannego padania na pysk. Oczywiście czai się plugawo-kokieteryjna nadzieja, że to właśnie jest zasługa i cnota. Gdyby nie mieć tych niejasnych podejrzeń, że nie ma żadnych nadziei, cnót ani zasług, że nic nie należy się za nic i zawsze pusta jest kasa.
Jak długo jeszcze? Ano, długo czy krótko, to nie ma na końcu większego znaczenia.
Talent by się przydał, ale potężny, ale mocny. Powiadają, że talent to praca. Co robić, kiedy ja nie mam talentu do wielkiej pracy. Fizycznie. Dupa mnie boli, oczy mnie bolą i noga mnie boli. I każdy test na inteligencję jest dla mnie za trudny. Byłem za dobrym i za grzecznym uczniem w szkole. Ze strachu i z przymilności.

Sławomir Mrożek, Dziennik, t. 1: 1962–1969, Wydawnictwo Literackie 2010, s. 119.