niedziela, 31 lipca 2011

Odcinek 39: Anna Brontë, 1845 rok

Z zapisu urodzinowego Anny Brontë

Czwartek, 31 lipca 1845 roku
Anna Brontë, mal. Branwell Brontë
Wczoraj były urodziny Emilii i termin otworzenia naszych zapisków z 1841, ale przez pomyłkę zrobiłyśmy to dzisiaj, zamiast wczoraj. Ile to się rzeczy wydarzyło od tego czasu, kiedyśmy je pisały! Jedne miłe, inne bardzo przykre. Wtedy jednak byłam w Thorp Green [rezydencja, w której Anna była guwernantką], a teraz stamtąd uciekłam. Już wtedy chciałam wyjechać – jakaż byłabym nieszczęśliwa, gdybym wiedziała, że muszę zostać tam jeszcze cztery lata; w tym okresie dowiedziałam się bardzo przykrych rzeczy o naturze ludzkiej, takich, o jakich mi się nawet nie śniło. Pozostali przeżyli więcej rozmaitości. Charlotta opuściła państwa White i była dwa razy w Brukseli, gdzie za każdym razem pozostawała prawie rok. Emilia też tam pojechała i była rok. Branwell wyjechał z Luddenden Foot [pracował tam jako urzędnik na kolei]  i został wychowawcą w Thorp Green, doznał licznych cierpień i zapadł na zdrowiu. W czwartek bardzo chorował, ale pojechał z Johnem Brown do Liverpoolu, gdzie teraz jest, mamy nadzieję, że mu się zdrowie poprawi i ona sam w przyszłości też się poprawi. Dziś chmurny, posępny, deszczowy wieczór. Jak dotąd lato jest bardzo chłodne i dżdżyste. Charlotta [...] siedzi teraz w stołowym i szyje. Emilia prasuje na górze. Ja siedzę w stołowym w fotelu na biegunach, z nogami na pręcie paleniska.
Jadalnia na plebanii w Haworth
Tatuś w bawialni. [Służące] Tabby i Marta są pewno w kuchni. [Psy] Keeper i Flossy nie wiem gdzie. [Kanarek] Mały Dick skacze po klatce. Kiedy pisałyśmy poprzednią notatkę, myślałyśmy o założeniu szkoły. Ten pomysł został zarzucony, po długiej przerwie podjęty i znów zarzucony, ponieważ nie mogłyśmy znaleźć uczennic. Charlotta myśli o pójściu na nową posadę. Chce jechać do Paryża. Czy pojedzie? Wpuściła właśnie Flossy, która położyła się na sofie.
Keeper, mal. Charlotta Brontë
Emilia zajmuje się pisaniem Żywota cesarza Juliusza. Czytała mi już część, bardzo bym chciała usłyszeć resztę. Pisze również jakieś wiersze. Ciekawa jestem, o czym. Zaczęłam pisać trzeci tom Przypadków z życia pewnej osoby [zapewne Agnes Grey]. Chciałabym, żeby to było skończone. Dziś po południu zabrałam się do przerabiania mojej szarej jedwabnej, wzorzystej sukni, którą ufarbowano mi w Keighley. Jaką okażę się szwaczką? Mamy z E. bardzo dużo do roboty. Kiedy ją rozsądnie ograniczymy? Chciałabym wyrobić w sobie nawyk wczesnego wstawania. Czy mi się uda? [...] 
Flossy, mal. Charlotta Brontë
Ciekawa jestem, co się z nami wszystkimi stanie i gdzie każde z nas będzie 30 lipca 1848 roku, kiedy to, jeśli wszyscy dożyjemy, Emilia skończy akurat 30 lat [zmarła 18 grudnia 1848 roku], ja będę miała 29-ty [zmarła 28 maja 1849 roku], Charlotta 33-ci [zmarła 31 marca 1855 roku], a Branwell 32-gi [zmarł 24 września 1848 roku]; i jakie zmiany przeżyjemy i czego będziemy świadkami i czy sami bardzo się zmienimy? Mam nadzieję, że nie, przynajmniej nie na gorsze. Jeśli o mnie idzie, nie mogłaby być bardziej apatyczna czy starsza duchem niż teraz. Z nadzieją na dobrą przyszłość kończę.

Cytat za: Anna Przedpełska-Trzeciakowska, Na plebanii w Haworth. Dzieje rodziny Brontë, Czytelnik 1990, s. 190–191.

sobota, 30 lipca 2011

Odcinek 38: Antoni Paweł Sułkowski, 1812 rok

List Antoniego Pawła Sułkowskiego do żony, Ewy

Szuchowo, o milę od Mohylewa, 30 lipca 1812 roku

Antoni Paweł Sułkowski
Pisałem do Ciebie, moje najdroższe serce, w wieczór naszego przybycia do Mohylewa, a raczej przybycia mojej brygady, która dokonała połączenia 5 korpusu z l korpusem marszałka Davouta. Mówiłem Ci, że marszałek przyjął nas, a mnie osobiście, w cudowny sposób. Nazajutrz całym korpusem oficerów złożyliśmy mu wizytę, a on oświadczył nam, że zbliżamy się do wielkich wydarzeń, które przesądzą o losie naszej ojczyzny. Marszałek nie czekał na przybycie naszej piechoty i natychmiast poszedł na Szkłów.
[...] Staliśmy tylko dzień w Mohylewie, to znaczy przedwczoraj, i poszliśmy dalej, czyli dywizja Kniaziewicza i moja brygada. Wydaje się, że pozostawią nas tutaj przez chwilę, abyśmy mogli wypocząć.
Kniaziewicz traktuje mnie, tak jak pragnę, aby mnie traktowano, i dzieli ze mną chałupę, przez co może ze mną zrobić wszystko, co chce. Mojej ojczyźnie zezwalam nawet na niewdzięczność i dla niej poddaję się wszelkim trudnościom i wyrzeczeniom, ale moi dowódcy winni umieć mnie doceniać.
Cesarz przeszedł Dźwinę i podobno pobił awangardę cara. To wszystko, co wiemy.
Ten kraj jest wyjątkowo piękny. Są tu pałace, piękne posiadłości, wspaniałe drogi wysadzane drzewami po obu stronach, które tworzą wyśmienite aleje. Gdyby wioski nie były tak nędzne, a chłopi nie przypominali swym wyglądem niewolnictwa, pod którego jarzmem jęczą, można by sądzić, że jesteśmy w Niemczech. Litwa jest straszna, ale Białoruś to piękny kraj. Mohylew miał być miastem zaopatrzeniowym, ale przechód ogromnych mas wojska sprawił, że są kłopoty z zaopatrzeniem. [...]
Jakże Taidka musiała urosnąć. Jakże byłbym rad ją zobaczyć. Jesteś już w czwartym miesiącu. Mam nawet nadzieję, że będę z Tobą w chwili połogu.
Proszę Cię, zmień mieszkanie. Kiedy dobrze mieszka się, wystarczy trochę upiększeń i już wydaje się, że ma się prawdziwy dom. Kocham cię nad wszystko. Ta kampania jest bardzo męcząca pod każdym względem. Chciałbym jeszcze tylko, abyśmy walczyli pod okiem cesarza. Niech Bóg sprawi, aby cesarz został naszym królem, jak to mówią. Zawsze pyta się on, czy Polacy kochają go.
Dzięki Bogu, cieszę się doskonałym zdrowiem. Żegnaj, moje wszystkości. Ściskam cię z duszy i z ciała. Zmęczenie wyczerpuje nadwyżkę mych sił, a więc nie musisz wcale obawiać się niewierności. Zresztą daję Ci słowo honoru, że nie będę zalecał się do żadnej kobiety, że nie posłużę się nimi, chyba tylko jako lekarstwem w pilnej potrzebie.

Antoni Paweł Sułkowski, Listy do żony z wojen napoleońskich, tłum. Robert Bielecki, Czytelnik 1987, s. 299-301.

piątek, 29 lipca 2011

Odcinek 37: Wojciech Kossak, 1903 rok

Z listów Wojciecha Kossaka do żony

Kraków, środa 29 lipca 1903 roku
Manio droga.
Przyjechałem zobaczyć, czy można się zabrać do roboty, czy nie. Mowy nie ma, bo chociaż nowa pracownia gotowa, to jeszcze przez strajk drzwi nie ma, podłoga biała, jeszcze drewniana refleksuje, no i co najgorsze, że dopiero dziś zaczynają z kaflową posadzką w pracowni Prezia drogiego. Wszystkie więc szafy, kominek etc. przenosi się do nowej chwilowo, aż się tam skończy.
Jedziemy więc z Jurkiem [syn] razem do Chabówki jutro, ja na kilka dni do Poręby [...]. Widocznym jest, jak mi Zakopane służy, wszyscy mi się dziwują, co tak młodo i rześko wyglądam. O Boże, jak mi tam miło oddychać. [...]
Ściskam Cię z całej duszy i serca. Tak się czuję zdrów i odświeżony, jak dawno już się nie czułem. Błogosławione dla mnie to powietrze, tak jak dla Was morskie. Uściskaj panny ode mnie - Wasz Tato [...]

Kraków, w lipcu 1903 roku
Moja Manio droga.
[...] Byłem dziś wszędzie z architektem, wystaw sobie, że piwnica jest cała sklepiona pięknie i nie ma nic jak cegła i żelazo. Za tydzień wszystko gotowe. Zostawię więc po ustawieniu pieców czas jakiś cały parter z otwartymi oknami, a dopiero z końcem sierpnia nowe obicia dać każę. [Budowniczy] Pokutyński się pytał Jacka [Malczewskiego] zafrasowany, czy Kossak zdaje sobie sprawę, że to bardzo kosztowna rzecz i że do tysiąca będzie kosztować. Jacio nie powiedział mu, że jestem przygotowany na więcej, ale mocno się cieszymy obaj, że tak uczciwy zrobił kosztorys. [...]

Zakopane, Hotel Skoczyska [sierpień 1903 roku]
[...] Ciekawym, jak w domu teraz wygląda, tapety w Twoim pokoju zupełnie nie uszkodzone. Ty teraz, Mańciu, nie przyjeżdżaj, wierzaj mi, że wszystko będzie uczciwie i porządnie zrobione. [...]

Kraków, niedziela [sierpień 1903 roku]
Moja Manio droga.
W uzupełnieniu wczorajszego listu donoszę Ci jeszcze, że przyjazd Twój tutaj teraz jest zupełnie bezcelowy i sfutrowałem Bronisławę za jej zapraszanie Ciebie. Wszystko się robi solidnie i dobrze, jedna kwestia, do której potrzebuję zaraz Twej odpowiedzi, to obicie w salonie. Jest ono bla bla i nieodpowiednie zupełnie dla obrazów, ale ze względów oszczędności i wielu pieniędzy, które i tak na to poszły, może je zostawić jeszcze, kiedy czyste zupełnie.
W tym tygodniu robota jest taka: heblowanie posadzki w Twoim pokoju, tapetowanie jadalnego pokoju i Jurka, naprawianie i czyszczenie sufitów. Za tydzień będzie zapuszczanie podłóg i froterowanie, a za dwa tygodnie czyszczenie mebli i ustawianie, porządkowanie ogrodu, wywożenie wapna i tym podobnych pozostałości po budowie. W pracowni czyszczenie okna i tak samo zapuszczanie podłogi. [...]
Po powodzi uchwalił magistrat podnieść poziom naszego placu i nawieźli na całą tę łączkę gruzów i śmieci, ale na tym koniec. Będę więc awanturował się jutro okropnie.
Bądź więc, Maniuchna, spokojną, że tu się robi wszystko, co potrzeba, i spuść się na ukochanego i kochającego małżonka Wonia. [...]

Kraków, piątek [28 sierpnia 1903 roku]
[...] W domu wszystko już zrobione, posadzki poukładane, piece przestawione, kończą właśnie dziś w Jurka pokoju. [...]

Kraków, sobota [wrzesień 1903 roku]
[...] W salonie obicie zostawiam to samo, bo zupełnie świeże, jeżeli chcesz inne, to telegrafuj.

Kraków, wtorek [8 września 1903 roku]
[...] W domu już zaczyna być po ludzku. W jadalnym pokoju jest już obicie, Jurka pokój bardzo ładny także. [...]
Wojciech Kossak w swojej pracowni, 1928 rok.

Wojciech Kossak, Listy do żony i przyjaciół (1883-1942), t. 1, oprac. Kazimierz Olszański, Wydawnictwo Literackie 1985, s. 683, 684-687, 689.

czwartek, 28 lipca 2011

Odcinek 36: Andrzej Bobkowski, 1940 rok

Z dziennika Andrzeja Bobkowskiego

28 lipca 1940 rok

Andrzej Bobkowski
Czy znasz nastrój i życie w południowych miasteczkach Francji? Zawsze o tobie myślę i tak mi żal, że nie jesteśmy razem. Mielibyśmy tyle tematów do rozmowy i tyle okazji do przeżywania tego, co innym wymyka się, przecieka między palcami i wydaje się nudną monotonią.
Była wojna, jeszcze trwa, lecz dla nich podobno już minęła, a tu w ogóle nie dotarła. I oni się nie zmienili. Wychodzę pod wieczór. Słońce zapadło za domami i czuć je jedynie w wąskich uliczkach, grzeje jeszcze poprzez spopielałe w żarze dnia kamienie, bucha gorącem od ścian domów. Godziny między zachodem a zapadnięciem nocy są godzinami bez kolorów: na co spojrzysz, wszystko ma ten sam odcień popielatobiały, mglisty jak spłowiała akwarela.
Zamknięte w dzień okiennice otwierają się teraz, a przed drzwi domów wynoszą stołki, taburety, fotele i ławki. Siedzą na nich ubrane w czerń stare kobiety; szyją, szydełkują, cerują i mówią. Mówią śpiewną, niemal fonetyczną mową francuskiego południa. Jak w "Fanny" i "Mariuszu" Pagnola. O szarej godzinie wszyscy są przed domem i siedzą tak do późnej nocy. Młode dziewczęta są śniade i mają czarne włosy, chłopcy też są ciemni i zwykle mali. Wieczorem uganiają na rowerach.
Idę na zamek... Jest już zupełnie ciemno. Podchodzę na wał i obchodzę mury od zewnątrz. Na niebie wypryskują gwiazdy, jak bańki gazu w wodzie sodowej, wyraźnieje tuman pyłu drogi mlecznej. Zamek, całe miasteczko wewnątrz opasane murami, stają się tajemnicze. Jak ilustracje do bajek. Przez most, niegdyś zwodzony, wchodzę do środka. Znam tu już wszystkie przejścia i włazy. Wspinam się po murze, potem po kamiennych schodach na wieżę. Wdechuję głęboko świeży powiew nadlatujący od Pirenejów. Kładę się na podłodze i patrzę w niebo. Wtedy jest naprawdę sklepieniem. Czasem prawie usypiam.
Wracam powoli i przed hotelem wstępuję do mojego bistra na rum. Za stolikiem kilku malowniczo brudnych i malowniczo ubranych Cyganów hiszpańskich. Piją piwo i charczą. A przy innym stoliku obywatele miejscowi grają w belotte [popularna gra w karty] – grają rękami, nogami, głowami, całym ciałem i krzyczą. Wrzeszczą z emocji. Piję rum i zapalam papierosa. Noc jest znowu upalna i będzie się spało półsnem. O jedenastej zamykają bistro. Siwa patronka człapie do balustrady skwerku i woła przeciągle: "Toto, Toto, minou, minou..." [kici, kici...] Ale "Toto", wielki, czarny kocur, znikł. Poniosła go upalna noc. Rano odnajdzie się pod drzwiczkami lodowni, węsząc zamknięte wewnątrz mięso. Staruszka powie mu: Méchant Toto, la viande n'est pas pour toi - oh non! [Niedobry Toto, nie dla ciebie mięsko, o nie!] i obejrzawszy się, czy druga staruszka, jej siostra, nie widzi, odkraje kawał mięsa i schowa "Toto" ze zdobyczą za ladę. A potem krzyknie piskliwym głosem: Du café pour monsieur! [Kawa dla pana!] Będę pił kawę...
Andrzej Bobkowski, Szkice piórkiem, Instytut Literacki 1957.

Za dzisiejszy fragment serdecznie dziękujemy Annie

środa, 27 lipca 2011

Odcinek 35: Bolesław Herbert, 1963 rok

List Bolesława Herberta do syna, Zbigniewa, przebywającego w Londynie


Sopot, 27 lipca 1963 roku

Rodzice poety: Maria i Bolesław Herbertowie
Kochany Zbysieńku -
Dziękujemy za pierwszą wiadomość od Ciebie z 17 bm. i bardzo jesteśmy szczęśliwi, żeś wreszcie dopiął swego i możesz patrzeć, jak pięknie kapitalizm umiera.
U nas przeciwnie. Socjalizm żyje i rozwija się, ale brzydki, ogonki coraz dłuższe, drożyzna cholerna, zwłaszcza jarzyn i owoców, znikły liczne towary z importu, a w zamian przybywa tylko wiele obiecujących perspektyw na rok 1980!
W domu w porządku i cicho, bo zabrano nam Rafałka. Zjechali autem Żebrowscy. Bawili u nas w komplecie 4 dni - było znów gwarno, wesoło i przyjemnie. Trafili na kanikularną pogodę, więc moczyli się w morzu i smażyli na plaży parę razy dziennie. Tylko jedno przedpołudnie zmarnowali z mojej przyczyny na konsylium z Wróblem, w klinice urologicznej w Gdańsku. Orzeczono zaocznie, że powinienem poddać się elektroresekcyjnej „poprawce". Tylko tyle!! Pomny doświadczeń, że spartolonej marynarki żaden krawiec nie naprawi - zakładam rewizję.
Tym skwapliwiej, iż okazało się, że najlepszym urologiem między pediatrami jest nasza kochana Halinka, bo stosując jej wskazania kuracyjne, czuję się coś niecoś lepiej, ostre bóle ustąpiły, jest widoczna poprawa, oby trwała.
Mamunia sama o sobie napisze. Jak zawsze optymistycznie, choć jest widocznie przemęczona, cierpi na bezsenność i utratę energii, którą nazbyt szastała. Pocieszamy się, że to stan przejściowy, który rychło minie.
Kończę, najdroższy syneczku i życzę Ci jak najbardziej owocnych przeżyć i wrażeń z pobytu za granicą, przy dobrym zdrowiu, dostatku sił i forsy.
Ucałowania, uściski i błogosławieństwa ojcowskie
Tatuś
[...]
Zbigniew Herbert w 1963 roku
Zbigniew Herbert, Korespondencja rodzinna, red. Agnieszka Kramkowska-Dąbrowska, Gaudium 2008, s. 197.

wtorek, 26 lipca 2011

Odcinek 34: Klementyna z Tańskich Hoffmanowa, 1831 rok

Z dziennika Klementyny z Tańskich Hoffmanowej 

Warszawa, 26 lipca 1831 roku
Klementyna z Tańskich Hoffmanowa
Po mieście jest dziesięć odmiennych nowin przez dzień, a żadnej urzędowej; jedne pocieszają, a drugie trwożą, a nie można wiedzieć, czy która prawdziwa. Wódz [Jan Skrzynecki] powtarza, że Moskale grób sobie tu gotują, że życzy sobie, żeby wszyscy pod Warszawę przyszli; ja szanuję to jego zdanie, ale jednak sercem wtórować mu nie mogę i nie chcę myśleć, co by z jego spełnienia wynikło. Bądź co bądź, gotuje się nam burza. Wszakże spokojność w mieście jest zupełna, każdy myśli najwięcej o zaopatrzeniu się w żywność, lubo nikt jeszcze w oblężenie nie wierzy; zdaje się, że przecież obce mocarstwa nie powinny tego dozwolić. Sypanie okopów ciągle postępuje, nad pięknością szańców wszyscy się unoszą. W wojsku jakieś agitują się rzeczy, ale jeszcze na jaw nie wyszły, to jednak pewne, że Umiński i Krukowiecki przystępują do zgody z wodzem. Wojsko, badane względem zmiany wodza, okazało w Skrzyneckim wielką ufność i chęć, żeby pozostał.
Plac Zamkowy w Warszawie, pierwsza połowa 1831 roku.
Klementyna z Tańskich Hoffmanowa [w:] Kufer Kasyldy, czyli wspomnienia z lat dziewczęcych, oprac. Danuta Stępniewska i Barbara Walczyna, Nasza Księgarnia 1983, s. 223–224.

poniedziałek, 25 lipca 2011

Odcinek 33: Sylvia Plath, 1956 rok

List Sylvii Plath do matki

25 lipca 1956 roku
Najdroższa Mamo,
[...] Twoje cudowne listy z podróży sprawiły mi ogromną radość, szkoda tylko, że na ostatni tydzień nie przyjechałaś do Hiszpanii. Gdybyśmy mogli prze­widzieć, że znajdziemy takie miejsce! Szkoda, że nie możesz nas w tej chwili zobaczyć. [...]
Sylvia Plath
Jak Ci przekazać tutejsze cuda? Po raz pierwszy od roku odnalazłam spokój. Przede mną dwa letnie miesiące. Wszystkie nowości i ekscytacje ostatniego roku, w którym pracowite semestry przeplatały się z jeszcze bardziej męczącymi wakacyjnymi podróżami nie pozostawiając ani chwili na prawdziwy odpoczy­nek, układają się stopniowo w jedną całość. Nasz dom jest chłodny jak studnia, cichy, ma kamienną posadzkę, widać zeń błękitnawe wzgórza, a nawet kawałek morza. Ganek od frontu jest ocieniony al­taną z winorośli i przepojony ostrym zapachem pelar­gonii. Mamy ciemne i ciężkie orzechowe meble, ład­nie kontrastujące z białym tynkiem ścian. Przez cały dzień nie widzimy ani jednego turysty.
Zaczynamy się stabilizować. Ułożyliśmy sobie dokładny plan dnia, który zaczyna się wreszcie reali­zować. Oto jak wygląda dzień piszących państwa Hu­ghes: o siódmej rano budzi nas chłodny powiew po­ruszający liście winorośli za oknem. Wstaję, zabieram z progu dwa litry mleka, które codziennie zostawiają nam w bańce, podgrzewam mleko, robię dla siebie cafe con leche, a dla Teda mleko z dodatkiem brandy [...] [do tego] pyszne, dziko rosnące banany z cu­krem. Potem wyruszamy wcześnie na rynek, naj­pierw po ryby [...], co jest fascynujące, gdyż każdy dzień przynosi inny połów. Bywają więc mule, kra­by, krewetki, maleńkie ośmiorniczęta, a czasami ogromne ryby sprzedawane w filetach. Na ogół ma­czam je w jajku rozbitym z cytryną, potem w mące i smażę na jasnobrązowy kolor. Potem sprawdzamy ceny warzyw, uzupełniamy zapas jaj, pomidorów, kartofli i cebuli (pilnuję, by każde z nas jadło co­dziennie po jednym jajku i dobrej porcji mięsa).
Szkoda, że nie możesz zobaczyć, jacy jesteśmy fan­tastycznie oszczędni. Po kartofle chodzimy do stra­ganu, gdzie za kilogram biorą 1.50, zamiast 1.75 pe­seta, znaleźliśmy też miejsce, gdzie masło jest o pe­seta (około 2 1/2 centa) tańsze. Obym nigdy więcej w życiu nie musiała się tak liczyć z każdym gro­szem. Pewnego dnia będziemy mieli mnóstwo pienię­dzy, jestem tego pewna [...] 
Ted i ja piszemy — on przy wielkim dębowym stole w jadalni (to nasz gabinet), ja przy stoliku do maszyny pod oknem — mniej więcej od 8.30 do 12. Potem gotuję obiad i wychodzimy na plażę, którą mamy wyłącznie dla siebie, gdyż w tym czasie wszyscy wracają do domów; odbywamy dwugodzinną sjestę i kąpiemy się. Później znów dwie godziny pi­sania, od 4 do 6, po czym robię kolację. Od 8 do 10 studiujemy języki, ja tłumaczę „Czerwone i czarne" i zamierzam w ciągu lata przerobić cały kurs fran­cuskiego, Ted zaś uczy się hiszpańskiego. Potem, jeśli nie jest za późno, idziemy przez zalane księży­cem migdałowe sady ku wciąż jeszcze szkarłatnym wzgórzom, skąd w dole można zobaczyć połyskujące srebrem Morze Śródziemne.
Przeszłam niezmiernie uciążliwy okres bardzo obfitej, niedobrej pisaniny dla odzyskania prozator­skiej weny podobnej do tej, jaką miałam pisząc „Mintonów" i te [opowiadania] dla „Seventeen" i zaczynam odzyskiwać wyczucie prozy. [...] Ted kończy ostatni rozdział najczarowniejszej książki dla dzieci, jaką kiedykolwiek napisano. Czyta mi codziennie jeden albo dwa rozdziały, była­byś
Ted Hughes i Sylvia Plath
zachwycona. Śmieję się i płaczę na przemian, tak są piękne. Jestem przekonana, że wejdzie do klasyki dziecięcej literatury.
Postanowiliśmy przed moim powrotem do Cambrid­ge wybrać się na tydzień do jego [Teda] rodziców i powie­dzieć, że wzięliśmy ślub. Jest mi bardzo nieprzyjem­nie, kiedy do nich pisze w taki sposób, jakby był sam, a i on żałuje teraz, że nie zawiadomił ich o na­szym ślubie, pisze więc do nich list i we wrześniu pojadę poznać moich teściów.[...] Czuję, że w przyszłym roku rozpiszę się na całego. W lecie powinnam napisać dziesięć opowiadań, a Ted naj­mniej dwie krótkie książki. [...] Nawet w tych chu­dych czasach jesteśmy bardzo szczęśliwi. Och, jak się cieszę na myśl o Ameryce, moich przyjaciołach i Cape w przyszłym roku! Ostatnie lata mojego ży­cia przypominają fabułę filmową: psychologiczno-podróżniczego, przygodowego romansu. Co za film. Pisz i dbaj o siebie
Ucałowania od nas obojga —
Sivvy
Sylvia Plath, Listy do domu, tłum. Ewa Krasińska, Czytelnik 1983, s. 222-225.         

niedziela, 24 lipca 2011

Odcinek 32: Katherine Mansfield, 1921 rok

List Katherine Mansfield do lady Ottoliny Morrell
 

24 lipca 1921 roku

Katherine Mansfield
"Chalet des Sapins". Montana-sur-Sierre.

Mamy wprost cudną pogodę. Mieszkamy wysoko (5000 stóp nad powierzchnią morza), a chłodny wia­terek przenika z nieba i w lesie nie jest duszno... Nie mogę sobie wystawić nic piękniejszego od tego zakątka Szwajcarii. Wszystko się zmienia, gdy stracić z oczu ohydne Jezioro Lemańskie i ska. Sierre to ciepłe miasteczko, które dojrzewa w słońcu wśród doliny; miło mi tam było i chętnie bym w nim za­mieszkała. Ma wszystkie gatunki południowych kwiatów, jest wesołe, "osobliwe" i pełne słowików. Ale gdy wyjechaliśmy wyżej, zrobiło się jeszcze ładniej. Wynajęliśmy ten mały — ale nie za mały — domek na dwa lata. Stoi na uboczu wśród leśnej polanki, okna wychodzą na wierzchołki drzew, a po przeciwległej stronie doliny widać śnieżne szczyty. Powietrze wydaje mi się cudowne, a pachnie jeszcze cudowniej.
Nigdy dotąd nie mieszkałam w lesie, wychodzi się z domu i w jednej chwili człowiek znika między drzewami. Są małe polanki i gaiki pełne kwiatów, a przez nie przebłyskują lodowato zimne strumyczki. Z najwyższą radością siaduję tam na pniu drzewa i gdybym jeszcze potrafiła, jak konik polny, sławić kogoś — wyśpiewać komuś podziękowanie. Ale komu?
M. i ja żyjemy niczym dwa małe rozkłady zajęć. Pracujemy całe rano i od podwieczorku do kolacji. Po kolacji czytamy głośno, paląc papierosy, a po po­łudniu M. idzie — a ja wlokę się — na spacer. Dni upływają coraz szybciej. Mamy jedną rozradowaną służącą do wszystkiego, która nosi chłopski gorset i fałdowaną spódnicę w aksamitne pasy. A mimo że nasz chalet jest taki arkadyjski, ma jednak łazienkę z gorącą wodą i centralne ogrzewanie na zimę, i for­tepian, i grube dywany, i żaluzje. Jestem już za stara, aby mnie te wygody nie cieszyły.
Z ludzi widujemy jedynie moją kuzynkę Elżbietę, która mieszka o pół godziny od nas. Pożyczamy so­bie Chateaubrianda i obdarowujemy się wzajemnie koszami moreli, a od czasu do czasu prowadzimy uro­cze rozmowy, które — jak sobie wyobrażam — po­dobne są do rozmów w przyszłym życiu... stale roz­pamiętujemy i roztrząsamy... choć licho wie, dookoła czego one się toczą. Jaka to dziwna rzecz — rozmowa. Mgły wznoszą się i opadają — rozmówca ginie nam z oczu, potem wydaje nam się, że go odnajdujemy, aż wreszcie opada znowu miękka, ostateczna zasłona... Wprost nie do wiary — czujesz to przecie — jacy przy końcu rozmowy jesteśmy tajemniczy i samotni. Przypuszczam, że człowiek, zrobiwszy raz to odkry­cie, powinien je zapamiętać na zawsze, ale dla mnie jest ono wciąż nowe.
O ile mi się zdaje, pisarze niedostatecznie sobie to uświadamiają. Udają, że cała zawartość paczki jest im znana. Ale co zrobić w takim wypadku, aby uniknąć mglistości? [...]
Pisuję w dalszym ciągu nowele. [...] Ale teraz, gdy te nowele ukończyłam, nie uważam, aby były dobre. Są zbyt proste. Wydaje mi się wciąż, że w następnym opo­wiadaniu wyrażę wszystko, ale to następne opowia­danie jest zawsze nieosiągalne. Robię na nie oszczęd­ności. [...] Wieczorami M. czyta głośno i robimy notatki. Nasze życie przypomina chwilami szkołę z dwojgiem uczniów. Wi­dzę, jak idziemy na spacer długim wężem — we dwoje — i poprawiamy sobie wzajemnie zadania. W rze­czywistości tak nie jest.
Jaki szalenie nudny list, prawda? "Kasia zrobiła się teraz taka nudna!"

Katherine Mansfield, Listy, tłum. Maria Godlewska, Czytelnik 1978, s. 357-359.
Widokówka z Montana-sur-Sierre w Szwajcarii

sobota, 23 lipca 2011

Odcinek 31: Franz Kafka, 1913 rok

Z dziennika Franza Kafki

23 lipca 1913 roku
Z Feliksem w Rostocku. Rozpętany seksualizm kobiet. Wrodzona im nieczystość. Bezsensowna moim zda­niem zabawa z małą Lenchen. Widok jakiejś otyłej ko­biety, która skurczona we dwoje w swym koszu plażowym wysunąwszy ostentacyjnie jedną nogę, szyła coś, gawędząc z jakąś starą kobietą, prawdopodobnie starą panną, o bły­skających po jednej stronie ust, szczególnie wielkich zębach. Pełnokrwista rasowość i roztropność kobiety brzemiennej. Jej zadek o równych, dwudzielnych powierzchniach, po prosu szlifowany. Życie na małym tarasie. Całkiem nieczuły wziąłem małą na kolana, wcale nie nieszczęśliwą wskutek tej nieczułości. Podejście w "cichej dolinie". [...]
Franz Kafka, Dzienniki: 1910-1923, tłum. Jan Werter, Wydawnictwo Literackie 1961, s. 240-241.

"Idylla na plaży rodzinnej", Sopot, 1910–1920 
(ze zbiorów Muzeum Sopotu)

piątek, 22 lipca 2011

Odcinek 30: Zbigniew Raszewski, 1966 rok

Z dziennika Zbigniewa Raszewskiego

Warszawa, 22 lipca 1966 roku

Skwar. Idziemy z żoną na defiladę. Brat wystarał się dla nas przez znajomego z K[omitetu] C[entralnego PZPR] o karty wstępu. Mrowie ludzi. Dzięki naszym kartom przedostajemy się jednak przed Pałac Kultury. Stajemy na podwyższeniu, po lewej ręce trybuny. Widać stąd cały plac, na którym stoją oddziały szkół oficerskich wszystkich broni i służb. Po przeciwległej stronie też nieprzebrany tłum. Wiele osób posłusznych wezwaniom dzienników wzięło parasolki. Mężczyźni przeważnie sporządzili sobie dziecinne hełmy z gazet. Naprzeciw siebie mamy zatem całą armię w papierowych hełmach. Ścisk. Mój sąsiad z lewej zaczyna marudzić, że na niego napieram. Odpowiadam, że jestem z 1. Brygady. Zdetonowany, niewyraźnie coś mruczy w odpowiedzi. [...]
Zaczyna się defilada oddziałów w strojach historycznych. Są to nieduże jednostki piesze i konne. Wbrew temu, czego się można było obawiać po zdjęciach publikowanych w prasie, nie sprawiają wrażenia maskarady. Całość jest najwyraźniej zaprojektowana przez jakiegoś malarza czy malarzy, bardzo dobra pod względem kolorystycznym. Publiczność rozgorączkowana. Mój sąsiad, ten, co marudził, słysząc jak udzielam objaśnień mojej żonie, sam domaga się wyjaśnień. Wygłaszam je wobec tego do wszystkich w postaci zwięzłych zapowiedzi, gdyż oddziały dość szybko migają nam przed oczami. Najpierw idą tarczownicy z czasów piastowskich, za nimi drużyna konna, potem dwa oddziały z XV w.: pieszy (ten złożony z pawężników i kuszników) oraz konny (świetny). Doskonale prezentuje się oddział piechoty łanowej. Widzę Skrzetuskiego! - woła jeden z mych sąsiadów. I Wołodyjowskiego? A Zagłoba jest? - pytają go dalej stojący. Okrzyki te, jak się okazuje, wywołuje oddział husarii. [...]
Po krótkiej przerwie przechodzą szkoły oficerskie. Wszystkie prezentują się bardzo dobrze. Mundury bez wyjątku zgrabne, niektóre dokładnie według dawnych wzorów (lotnicze, strzelców podhalańskich), inne nawiązujące do tradycji wojennych (czerwone berety komandosów). Nowy krok wolny od przesady, która wkradła się do wojska polskiego za wzorem pruskim. Przejeżdżają oddziały komandosów, obrony wybrzeża, artyleria, czołgi, rakiety. Mój sąsiad, ten, co marudził, już zupełnie pokorny, wysłuchuje wraz z moją żoną wyjaśnień, które pozwalają mu odróżnić transportery opancerzone i działa samobieżne od czołgów. Nb. czołgi lekkie i średnie. (Ciężkie przypuszczalnie zniszczyłyby nawierzchnię). Znamienne reakcje publiczności. Wyczuwa się, że publiczność chciałaby się cieszyć, ale nie śmie. Czasem, zwłaszcza na wezwanie spikera, zrywają się krótkie oklaski, ale zaraz gasną. Wymowa tego zachowania jest w gruncie rzeczy rozdzierająca. [...] Po godz. 11 kończy się defilada wojskowa i część publiczności zaczyna się rozchodzić. Rusza defilada młodzieży i sportowców. (Z gazet dowiaduję się, że jechał w niej tort z młodych dziewcząt w rodzaju tych, jakimi popisywano się w berlińskich music-hallach około 1900 roku). Wracamy z żoną do domu. [...]

Zbigniew Raszewski, Raptularz 1965-1967, Znak 1996, s. 182-184.

czwartek, 21 lipca 2011

Odcinek 29: Janusz Korczak, 1942 rok

Z zapisków Janusza Korczaka


Warszawa, 21 lipca 1942 roku
Jutro kończę sześćdziesiąt trzy albo sześćdziesiąt cztery lata. Ojciec przez parę lat nie wyrabiał mi metryki. Przeżywałem z tego powodu kilka ciężkich chwil. Mama nazywała to karygodnym niedbalstwem: jako adwokat powinien był ojciec sprawy metryki nie odwlekać.
Nazywam się po dziadku, a imię dziadka Hersz (Hirsz). Ojciec miał prawo nazwać mnie Henrykiem, bo sam otrzymał imię Józef. I inne dzieci nazwał dziadek chrześcijańskimi imionami: Maria, Magdalena, Ludwik, Jakub, Karol. A jednak wahał się i zwlekał.
Winienem wiele miejsca poświęcić ojcu: realizuję w życiu to, do czego on dążył, do czego dziadek tak dręcząco dążył tyle lat.
I matka. Później kiedyś. Jestem i matką, i ojcem. Wiem i wiele dzięki temu rozumiem.
Pradziadek był szklarzem. Rad jestem: szkło daje ciepło i światło. Ciężka to rzecz urodzić się i nauczyć żyć. Pozostaje mi wiele łatwiejsze zadanie: umrzeć. Po śmierci może znów być ciężko, ale nie myślę o tym. Ostatni rok czy miesiąc, czy godzina.
Chciałbym umierać świadomie i przytomnie. Nie wiem, co powiedziałbym dzieciom na pożegnanie. Pragnąłbym powiedzieć tyle i tak, że mają zupełną swobodę wyboru drogi.
Godzina dziesiąta. Strzały: dwa, kilka, dwa jeden, kilka. Może to moje właśnie okna źle zaciemnione. Ale nie przerywam pisania. Przeciwnie: lotniejsza (strzał pojedynczy) staje się myśl.

Cyt. za: Władysław Bartoszewski, Marek Edelman, I była dzielnica żydowska w Warszawie. Wybór tekstów, WN PWN 2010, s. 75.

środa, 20 lipca 2011

Odcinek 28: Maria Kasprowiczowa, 1910 rok

Z dziennika Marii Kasprowiczowej

Krym, Eupatoria, 20 lipca 1910 roku
Maria Kasprowiczowa
Przed miesiącem byłam we Włoszech. Już wtedy zaszła w mym życiu istotna i ważna zmiana.
Teraz jestem na Krymie. Lecz wydaje mi się, że upłynęły lata między tamtym dniem a dzisiejszym.
Mój dziwaczny, zagadkowy los pchnął mnie na nowe tory, skrzyżował moje życie z innym, w tej chwili już mi bliskim. O, jakże niespodzianie, jakże błyskawicznie stało się to wszystko! Powiedziałabym, że inaczej być nie mogło, że spotkanie z nim było mi przeznaczone.
W drodze powrotnej z Włoch zatrzymałyśmy się z ciotką w nieznanym i nieciekawym dla mnie mieście Lwowie.
Tam spotkałam Kasprowicza, tam stały się rzeczy nowe i ważne. [...]
Stoję na środku naszego tarasu. Wokoło morze i gwiaździste niebo. Ręce same składają się do modlitwy, lecz dusza pozbawiona jest skrzydeł. Jestem nędzniejsza od mrówki, od najlichszego ślimaka. Jednak niekiedy wyczuwam w sobie tlejącą iskierkę nieśmiertelności. Kto rozdmucha ją w płomień?
Zadaję pytanie, chociaż już wiem, już przeczuwam to, co się zbliża.
Kim będzie dla mnie Kasprowicz? Czy będzie wiatrem, który roznieci iskrę? Morzem, w którym utonę i siebie odnajdę?
Bo on jest jak przyroda. Jest jej kosmiczną siłą, jej najpotężniejszym przejawem.
Utwory jego są równie potężne, jak on. Cierpienie karmiło je w jednakim stopniu.
Poznałam go przed trzema laty we Włoszech. Mieszkaliśmy w jednym pensjonacie bardzo niedługo, nie dłużej niż dziesięć dni. Było to na brzegu morza w Sorrento. Poznali nas nasi przyjaciele, malarz polski z żoną. Byłam wtedy prawie dzieckiem, beztroskim, nad niczym nie zastanawiającym się dzieckiem, choć miałam wówczas siedemnaście lat.
Nazywał mnie Rautendelein. Lubił przytulać mą głowę do piersi, nie broniłam mu tego, ukradkiem patrzyłam w jego pochmurne, szare oczy, pochmurne nawet wtedy, gdy się uśmiechał. Nie przejawiał niczym więcej swej sympatii do mnie. Brałam ją za zwykłą, rzec by można, ojcowską czułość. Był znacznie starszy ode mnie.
Przypominam sobie, że uczył nas pisowni polskiej, wymawiania poszczególnych słów. Na skrawku papieru napisał nam jeden ze swoich wierszy. Zaczynał się od słów:
„Wiatr gnie sieroce smreki..."
A kończył słowami: „O Tatry, zaklęte Tatry — tęsknica mojej duszy..."
Wyrazy „zaklęte Tatry"' i wyraz „tęsknica" działały magicznie na moją wyobraźnię. Kasprowicz wydawał mi się tajemniczym królem nieznanych gór.
Wyjechał. Nie widzieliśmy się przez trzy lata. Nie wiedziałam nawet, gdzie jest, nie miałam od niego żadnych wiadomości. Miesiąc temu, dziwnym zrządzeniem całego szeregu przypadków, wypadło nam z ciotką w drodze powrotnej z Włoch na Krym zatrzymać się we Lwowie na jeden tylko dzień. Tak przynajmniej przypuszczałyśmy z początku. Ciotka chciała odpocząć. Zbieg okoliczności polegał na tym, że termin ważności naszych okrężnych biletów skończył się właśnie we Lwowie. Tu po trzech latach spotkałam go.[...]
Tegoż wieczoru (który miał być ostatnim; miałyśmy nawet na jutro kupione bilety), powiedziałam do pani W.:
— Chyba już nie zobaczymy Kasprowicza, a byłoby tak miło spotkać się w tym samym kółku, co niegdyś na Południu.
Wtedy to właśnie nastąpił moment, który — jak teraz już wiem — rozstrzygnął o moim losie.
Pani W. odpowiedziała: — Wstąpmy tu do kawiarni Schneidra (a przechodziliśmy właśnie ulicą Akademicką): bardzo często po wykładach Kasprowicz grywa tutaj w domino.
Istotnie tam był.
Ucieszył się ogromnie. Tym razem spostrzegłam, jakim mocnym blaskiem zapłonęły mu oczy. Mówił mi tegoż wieczoru: — Często wspominałem panią w ciągu tych lat, nawet tęskniłem za panią. Niedawno jeszcze mówiłem do przyjaciela: — "Nie rozumiem, dlaczego nie mogę zapomnieć tej dziewczyny?" — Nie myślałem, że uda mi się panią spotkać.
Pozostałyśmy pięć dni zamiast jednego. Ciotka zachorowała, nie mogłyśmy więc wyjechać. Czy to także przypadek? [...]
Tego wieczoru uczułam wyjątkowo przejmująco jego wielką, głęboką miłość do mnie. [...]
Innym razem byliśmy u niego wieczorem, w jego niedużym, lecz z wielkim smakiem urządzonym mieszkaniu. Znalazł je naumyślnie na krańcu miasta, gdzie zaczynały się ogrody. Z okien widać było zieleń drzew, na ścianach wisiało wiele obrazów — dzieła znanych malarzy polskich. Nad biurkiem duża reprodukcja uśmiechniętej Giocondy, pod nią zaś główka gipsowa dziewczęcia uśmiechającego się równie tajemniczo. Przy jej niezwykle żywym wyrazie bladła piękność Mony Lizy. Nie zapomnę nigdy jej zamkniętych powiek, nieuchwytnego uśmiechu, pełnego ekstazy i smutku. Powiedziano mi, że główka ta — to maska z twarzy młodej topielicy znalezionej w Sekwanie. Tegoż wieczoru Kasprowicz czytał urywki ze swoich utworów. Byłam porwana wspaniałością i potęgą wizji. Siedział zwrócony ku mnie twarzą. Czasem przerywał czytanie i podnosił wzrok. Jakaż siła była w tym spojrzeniu! Krzyczało: „To jestem ja! Ja! Słyszysz, to dusza moja! Musisz ją pokochać". Miałam ochotę klęknąć przed nim...
Trzy lata temu przeszłam mimo niego obojętnie. Wiedziałam, te jest wielkim poetą, lecz nie spostrzegłam, że ma wielką duszę. Nie rozumiałam wtedy jeszcze tajemnej mowy rzeczy niedopowiedzianych, nie umiałam przeczytać w jednym spojrzeniu ukrytego w nim świata.
Zapadł zmrok. Ktoś zagrał na fisharmonii melancholijną ludową pieśń polską. Popłynęły dźwięki uroczyste i powolne. Wtórował im głos młodego jasnowłosego malarza. Stałam w przyległym pokoju przy otwartym oknie, patrzyłam na czerń ogrodów i gwiazdy. Były szczególnie piękne tego wieczoru. Zdawało się, że oddychają i że ich dusza jest cząstką jego duszy. Stał przy mnie. Przypominał ciężką chmurę nasyconą elektrycznością. Chwilami, gdy wzruszenie jego osiągało największe napięcie, odchodził od okna i robił kilka kroków po pokoju. Znowu ściskał mi rękę. — Nie odjedziesz, nie puszczę cię, zostaniesz ze inną. — Przechodził nieraz bezwiednie na „ty".
Niepokoiła go uparcie myśl o różnicy dzielących nas lat. — Gdybym był młody — mówił dalej — potrafiłbym cię zatrzymać; obecnie zapomnisz o mnie, skoro tylko odjedziesz... Jesteś przecie motylem, nie potrafisz kochać poważnie. — Rozumiał mnie jednak lepiej, niż przypuszczałam. Pewnego razu powiedział: — Jesteś wróżką, jesteś stworzona, by dawać natchnienie. — Było to najlepsze, co mogłam usłyszeć od niego. O kobietach mówił: — Jakże rzadko nie zawodzą nadziei, jakie w nich pokładamy. Nieraz wydaje się: oto ta potrafi zrozumieć wszystko..., lecz wcześniej czy później nadchodzi chwila, kiedy uświadamiamy sobie, jak bardzo byliśmy dla niej obcy. Owa chwila niweczy wszystko. Nie „ta"!
Chciałabym wiedzieć, czy żona jego była „tą". Opuściła go pewnej nocy, odeszła z jego przyjacielem, także artystą. Stało się to przed dziesięciu laty. Kasprowicz — mam wrażenie — przeżył tę zdradę tragicznie. Nigdy nie mówi o tym.
Pragnęłabym w życiu takiego człowieka być pierwszą lub ostatnią. Teraz już wiem na pewno, że będę ostatnią. [...]
Maria Kasprowiczowa, Dziennik, Instytut Wydawniczy PAX 1958, s. 17-23.

wtorek, 19 lipca 2011

Odcinek 27: Eugène Delacroix, 1860 rok

Z dziennika Eugène Delacroix

19 lipca 1860 roku
Eugène Delacroix, Widok morza ze wzgórz Dieppe
Cały niemal dzień spędziłem na molo. Widziałem odpły­wający jacht angielski; właśnie patrzyłem na niego, kiedy spadł do wody ów nieszczęśnik, co się utopił i którego znaleziono nazajutrz. 
Wieczorem w Saint-Remy; niebywałe wrażenie wywiera ta dziwna architektura oświetlona dwiema czy trzema kopcącymi świecami, które umieszczono tam i sam, żeby ciemności nie były zupełne. Niepodobna zobaczyć nic bardziej wspaniałego. 
Miło mi, że jestem tu sam, zajmując się swymi drobnymi sprawami i nie pragnąc nikogo. Spotkałem na molo panią de Lajudie, młodszą córkę Riveta; kiepska pogoda nie pozwala jej się kąpać.

Buffon lubił tylko wiersze Racine'a; i dodawał przy tym: Byłby dokładniejszy w prozie.
Eugène Delacroix, Dzienniki: 1822-1863, t. 2, tłum. Joanna Guze i Julia Hartwig, Zakład Narodowy im. Ossolińskich 1968, s. 403.

poniedziałek, 18 lipca 2011

Odcinek 26: Edward Stachura, 1973 rok

Pocztówka Edwarda Stachury do Janusza Andermana
Darłówek, 18 lipca 1973 roku
Dopadłem statek w ostatniej chwili. Wciągano właśnie trap. No to przypłynąłem. Teraz siedzę w ,,uni-barze rybackim”. Młodzieżówka, piwo i automaty grające. Dziewczyna mówi do chłopaka:
- Pij, będziesz łatwiejszy.
To tymczasem. Trzeba się dostać do Darłowa, a stamtąd do Koszalina. A minęła 20 i zaraz noc.
Sted
Darłówek, pocztówka z lat siedemdziesiątych.

Edward Stachura, Listy do pisarzy, oprac. Dariusz Pachocki, Wydawnictwo Iskry 2006, s. 301.

niedziela, 17 lipca 2011

Odcinek 25: Tadeusz Boy-Żeleński, 1919 rok

List Tadeusza Boya-Żeleńskiego do aktorki Anny Leszczyńskiej

17 lipca 1919 roku
Moja droga pani Niusiu.
Pierwszy list pani dostałem w miesiąc prawie po wysłaniu, nie rozumiem, dlaczego nie mogła go służąca doręczyć, bo nigdzie Krakowa, zresztą cóż prostszego jak wrzucić do skrzynki? Prawie zaraz potem dostałem i rugi, pocztą. Taki się zrobiłem Diogenes, że ani nie dziwiłem się, że pani nie pisze, ani że teraz napisała, po prostu ucieszyłem się listem. I bardzo serdecznie mi żal jest pani, pani Niusiu, że tak było z panią, nie wiem czemu, pierwszy raz mam wrażenie prawdy. Czy już lepiej, czy się odwróciło? Dobrze, że pani wytchnie trochę na wsi po tym forsownym życiu! Ja siedzę w Krakowie, nie chce mi się nigdzie w lecie ruszać, męczy mnie bardzo stykanie z ludźmi, o ile zaraz nie można się opłukać samotnością, więc już wolę tu siedzieć, mimo iż za drzewkami tęsknię. Kończę druk kilku książek przerwanych strajkiem. Czy dalej będzie możliwe to robić wobec ostatniego podniesienia cen druku, jeszcze nie wiem! [...] Książki, które wyszły [...], prześlę pani przy okazji, albo do Warszawy prześlę pani zlecenie do Gebethnera, żeby je wydał. Byłbym to dawno zrobił, ale wobec przerwanego porozumienia nie było sposobności. Również teatralne, o ile je zgromadzę, prześlę pani. Przypadkowo zupełnie w to wszedłem przez to, iż proszono mnie w "Czasie", aby napisać sprawozdanie z "Tartuffe'a", bo nie miał kto pisać, a potem się wciągnąłem i chętnie to robię, bo mnie to odświeża i stanowi antydot od tych kurzów bibliotecznych, w jakich żyję. Odbieram ciągłe komplementy i mam w tym "poważne stanowisko", co mnie bardzo śmieszy, bo mnie to wszystko razem nic nie obchodzi. [...] Papier się kończy, zatem dużo miłych słów, pani Niusiu, posyłam, jak również szlachetny gest tego przebaczenia, którego sobie pani życzy. I życzę, żeby wszystkie chmurki się rozproszyły i żeby Niusieńka opalała się w słońcu szczęśliwości jak pianka u cygarniczki w deseń swojej muślinowej koszulki.
Bardzo przyjazny
B.

Tadeusz Żeleński Boy, Listy, oprac. Barbara Winklowa, Państwowy Instytut Wydawniczy 1972, s. 144-145.

sobota, 16 lipca 2011

Odcinek 24: Witkacy, 1931 rok

Z listu Witkacego do żony, Jadwigi Witkiewiczowej

16 lipca 1931 roku 
Witkacy
Puściłem Malinowskiego na całego. Ich muss dienen. Listy bez nagłówka są straszne (i bez zakończenia). Wprost fizycznie cierpię z tego powodu. Stan znowu okropny. Walczę beznadziejnie. Była tu Krystyna Ejböl (rozstała się z mężem, b. miła, ale brzydka i wypryszczała). Wypiłem dla niej piwo (ostatni raz) i narysowałem ją 4 czy 7 razy (bo potem poszliśmy do Filipowskich i do Totwena, gdzie rysowałem i dużo piwa). Wielkie Ejbolalia letnie.
Ach, Nineczko, gdybyś wiedziała, jak Ciebie kocham. Czy to, jak jest Caballero, to już nic dla mnie nie zostaje? Oto jakie są kobiety — nawet taka jak Ty.  
Przyszłość jest straszna (ból fizyczny, nędza i opuszcze­nie). Cóż więcej trzeba. Trzeba nakryć łóżko czymś białym (brudne prześcieradło np.), bo one to lubią i siadają, i wtedy bić. Zabiłem 14 i jest tyle samo. Albo otworzyć drzwi do sąsiedniego pokoju i potem u siebie zgasić, a tam zapalić. Po 10 minutach zamknąć. Przejdą tam. Koniec. 
Mama osłabiona, analiza dobra. Dla Krystyny jakaś Pani wydała raut z Księżnymi Krfi. Grała z nimi w brydża. Ejböl kupił zamek itd.
Jadwiga Witkiewiczowa
Jednak cieszę się, że nie mam dzieci. W dzisiejszych czasach wychować syna piekielnym jest zadaniem.  
Robię moczenie ręki, a Aleksiejewska masuje.  
Lepiej jest. 
Dziś jest dobrze z żołądkiem. 
Nie mów Waciowi, że jego list Ci przysłałem.  




Od lewej: Stanisław Ignacy Witkiewicz, Krystyna Ejböl, Jadwiga Witkiewiczowa

Stanisław Ignacy Witkiewicz, Listy do żony (1928-1931), opracował Janusz Degler, Państwowy Instytut Wydawniczy 2007, s. 225-226.

piątek, 15 lipca 2011

Odcinek 23: Samuel Pepys, 1666 rok

Z dziennika Samuela Pepysa

Niedziela, 15 lipca 1666 rok
Na obiad przyszli młody Michell i jego żona (Betty Howlett), co do której moja żona przyznaje, że to piękna kobieta, a z mężem stanowią bardzo wdzięczną i niewinną parę. Byłem niezmiernie rad jej (Betty) towarzystwu i rad, że żonie się podobała. Po obiedzie wyszedłem z mężem Betty, on do Opactwa Westminster, ja do Whitehall, a nie spotkawszy nikogo, z kim bym pogadał - i nie chcąc być widzianym, że próżnuję i wypytywanym o sprawy floty, poszedłem do parku i tam, jako że był skwar, a ja zmęczony, położyłem się na trawie między hołotą i spałem, a potem przemyśliwałem nad paszkwilem, co mi chodził po głowie na ostatnią bitwę i jej niepowodzenia, lecz wnet inne myśli wygnały mi to z głowy. Poleżawszy jeszcze trochę poszedłem do Opactwa po Michella i z nim do domu, i napiliśmy się cienkiego piwa. Ale ciężko było mi chodzić, bo wzułem był nowe trzewiki, tedy na Fleet Street wzięliśmy powóz i do domu. A tam wziąłem żonę i Betty, i jej męża do powozu i dalej w pola, ku Hackney, a po drodze piliśmy mleko, którego dużo wypiłem, żeby pozbyć się zgagi, co mi ostatnimi czasy dokucza. W domu po kolacji rozstaliśmy się z Michellem i jego żoną, której skradłem parę całusów - i do łóżka. Aliści wiatry i kolka, którem uczuwał już na spacerze, sparły mnie tak, że całą noc cierpiałem bóle brzucha, s... i rzygałem, co rzadko ze mną bywa i co przypisuję mleku wypitemu po piwie, okrom tego, żem się zaziębił myjąc wczoraj wieczorem nogi.

Dziennik Samuela Pepysa, tłum. Maria Dąbrowska, t. 2, Państwowy Instytut Wydawniczy 1954, s. 64-65.

czwartek, 14 lipca 2011

Odcinek 22: Wojciech Kossak, 1903 rok

List Wojciecha Kossaka do żony

Kraków, wtorek, 14 lipca 1903 roku
Moja najdroższa Manio.
Wnętrze Kossakówki
Więc byłem już dziś suchą nogą w domu, nigdzie wody, tylko w piwnicy, która ciągle ubywa, zaglądałem przez okienka, nic się tam nie stało. Ale biorę się do niej zaraz, bo jednak musi być wiązanie osłabione. [...] W pracowni podłoga jedna i druga wyśpiewały ostatnią swą pieśń i musi być nowa dodana. Szafa od Ciebie nietknięta, tylko z wilgoci napęczniało drzewo i szuflady się nie otwierają. Ponieważ jednak wszystko trzeba wynieść, nim do podłóg przystąpią, przeto dam ją stolarzowi do rozebrania i do doprowadzenia do porządku. Przy tym z oknem i szybami także zrobię porządek. W ogrodzie jeszcze dalej woda stoi. [...]
Jak tylko będę wiedział, że tu wszystko będzie porządnie zrobione, to pojadę do Was. Zgnilizna w powietrzu i wilgoć. Na szczęście cudowny i ciepły czas. Myślę jednak, że na jesień wybierzecie się gdzie na południe, bo odezwą się te miazmata wszystkie przy jesiennych topielach. W każdym razie Wygoda cudownie ocalona. Stajnia jak pudełeczko i nic na niej nie znać. Powozy tak mało ucierpiały, że właściwie tylko odczyścić je z mułu kazałem.
[Lokaj] Leon uważa się za bohatera i zaczyna maltretować niewiasty. Ukróciłem te fąfry w zarodku. [...]

Wojciech Kossak, Listy do żony i przyjaciół (1883-1942), t. 1, oprac. Kazimierz Olszański, Wydawnictwo Literackie 1985, s. 683.

środa, 13 lipca 2011

Odcinek 21: Wojciech Kossak, 1903 rok

List Wojciecha Kossaka do żony

Kraków, poniedziałek, 13 lipca 1903 roku

Moja Manio droga.
Przebyliśmy ciężkie dwa dni. Wystaw sobie, że powódź była taka, jakiej jeszcze nigdy za mojej pamięci nie było, dość Ci powiedzieć, że Resursa była portem, do którego zajeżdżały łodzie ciężkie pionierskie. U nas wprawdzie w wozowni woda dochodziła do siedzenia w karetce i w koczyku. W pracowni sztalugi wyglądały z wypchanym koniem z wody, a ja z Lijonem [lokaj Leon] mieliśmy po pępki z przeproszeniem wody. Pomimo to maksimum doszło do progów werandy i kuchni i ani za cal nie poszło dalej. Rzeczywiście nie chciałem oczom wierzyć. O pierwszej godzinie w niedzielę było maksimum u progu naszego kochanego domostwa, na szóstą telegraficzne wiadomości oznajmiały prawdopodobne zatrzymanie się przyboru wody.
Z rozpaczą więc wynosiliśmy wszystko na górę w najgłębszym przekonaniu, że nim trzecia wybije, będzie salon i inne pokoje w wodzie. No i co powiesz - jak stanęła woda u progu, muskając rogóżkę w werandzie, tak i na tym się skończyło [...].
W tej chwili już wszystko minęło, powozy już u lakiernika, gdzie się z mułu oczyszczą. Konie na czas wyprowadziłem do miasta. Wino wszystko na strychu, może ze sto flaszek nie zdążyliśmy zabrać, bo wodospad lunął taki z okienek, że ledwieśmy uciekli sami. Nic im prawdopodobnie jednak nie będzie. Dziś jeszcze pewnie do piwnicy się nie dostanę, ale woda tak szybko opada, że jutro już będę wiedział wszystko.
Wyszliśmy więc dzięki łasce Boskiej dziwnie szczęśliwie w porównaniu z tym, co inni w mieście doznali. [...] Jakim cudem - ciągle się dziwuję. Za to kraj cały zniszczony, rozpacz i zgroza. [...]
Zaraz jak tylko [woda] opadnie, biorę się do pracowni i do piwnicy, mówiłem już ze Stryjeńskim. Jak wrócisz we wrześniu, to śladu nie znajdziesz.
Zdrów jestem przy tym wszystkim jak ryba, więc bądź zupełnie spokojna. Możesz sobie wystawić, jak błogosławię Twój wyjazd a moje pozostanie. Ściskam Was, moje najdroższe niewiasty - Wasz Tato. [...]
Kossakówka

Wojciech Kossak, Listy do żony i przyjaciół (1883-1942), t. 1, oprac. Kazimierz Olszański, Wydawnictwo Literackie 1985, s. 680-682.

wtorek, 12 lipca 2011

Odcinek 20: Tadeusz Borowski, 1946 rok

List Tadeusza Borowskiego do narzeczonej, Marii Rundo, ewakuowanej z obozu Ravensbruck do Szwecji

Warszawa, 12 lipca 1946 roku
Kochana, tak bardzo chciałbym dostać od Ciebie choć słowo. Wysłałem do Ciebie dwie depesze i list - nie wiem, co dostałaś. Gorzej, bo zupełnie nie wiem, co zamierzasz robić i czy spotkamy się w życiu. Czuję, że jeśli nie spotkamy się, moje życie będzie zmarnowane. Bardzo odczuwam brak Ciebie - tak, jakbym nie był sobą. Może mi nie wierzysz - inaczej nigdy pisał nie będę. Trudno mi się zdobyć na obojętne słowa, których być może chcesz. Nie potrafię.
Wszyscy - Twoja i Moja Matka, Baśka, mój Ojciec, wszyscy nasi przyjaciele - Maria, Jerzy, Czesław, Piotr etc. - uważamy, że powinnaś być z nami. Nie wierz temu, co piszą o Polsce - jest w tym dużo histerii i niezdrowego niepokoju, zupełnie niepotrzebnego. W każdym razie frazes o odbudowie nie jest tylko frazesem. Są gruzy, także moralne. Trudno - to była wojna. U nas była w najgorszej postaci. Nie, nie zmieniłem się w niczym. Ale pragnę być uczciwym. Pisałem Ci, dlaczego wróciłem. Powtórzę Ci raz jeszcze: uważam, że dobrze uczyniłem. Ten kraj trzeba zobaczyć, żeby weń uwierzyć. I żeby wróciła miłość do czegoś, co ogólnikowo nazywamy Polską. Są to sprawy wstydliwe i może mówię o nich komunałami. Wybacz mi.
Po trochu uczę się. Po trochu piszę. W tej chwili jest na literaturę koniunktura jak nigdy jeszcze: brak zupełny ludzi. Staram się robić rzeczy dobre. Trudno mi. Warunki materialne mam dobre. Baśka stara się osiedlić w Warszawie. Ja na razie nie mam mieszkania, tylko pokój na Rozbrat. Coś a la Skaryszewska, ale to się wyklaruje. Jest za to świetne locum w Olsztynie i w Łodzi. Od jesieni będę miał coś w stolicy jako asystent Krzyżanowskiego. Poza tym posad jest do cholery i dobre, tylko szkoda mi marnować czasu. Wolę pisać, selekcjonować i czasami coś drukować. To jest najlepsza droga - prócz Ciebie, bo ty jesteś najdroższa, miła moja.
Jeśli możesz - odpisz. Tak bardzo chciałbym dostać od Ciebie - choćby jedno słowo!
Tadeusz
Tadeusz Borowski (pierwszy z lewej) 
i Maria Rundo (trzecia z lewej) 
na warszawskiej Pradze, 1941 rok

Niedyskrecje pocztowe. Korespondencja Tadeusza Borowskiego, oprac. Tadeusz Drewnowski, Prószyński i S-ka 2001, s. 148.

poniedziałek, 11 lipca 2011

Odcinek 19: Wojciech Kossak, 1903 rok

List Wojciecha Kossaka do żony

Kraków, sobota, 11 lipca 1903 roku

Moja Manio droga.
Jeszcze raz zaczynam od tego, że się cieszę mocno, żeście wyjechali. Zdaje się, że tegoroczny wylew będzie większy niż zwykle. Wszystko już pod wodą [...], most wolski pod wodą, a pomimo to górskie wody mają dopiero dziś wieczorem nadejść. Wyprowadzam więc konie do miasta, do stajni w domu Michałowskich i oczekujemy mężnie, ale przygotowani na wszystko dzisiejszej nocy, która, jak "Czas" twierdzi, będzie groźna.  Przez pół dnia wyjaśniało się i nie lało, teraz zaczyna da capo. Gospodarze są w rozpaczy po prostu, żyto i pszenica nie ma ziarna wcale, będzie tylko gnój z tego wszystkiego, koniczyny i siana po większej części stracone [...].
Na wale kolejowym tłumy spektatorów, andrusy bose po pępki używają w brudnej wodzie, na szczęście że niebieskie śluzy z góry opłakują ich jeszcze obficiej. Ciekawe jednak to położenie naszego domu, wszystko pod wodą, a my na suchym. Co daj Boże amen.
Ściskam Was z całego serca - Tato.
Chciałem zobaczyć, co za Wisłą u Łosiów słychać, ale boję się tracić czasu z przeprowadzaniem koni, Wisła już równo z brzegami.
Ulica Wolska w Krakowie, 1903 rok

Wojciech Kossak, Listy do żony i przyjaciół (1883-1942), t. 1, oprac. Kazimierz Olszański, Wydawnictwo Literackie 1985, s. 680.

niedziela, 10 lipca 2011

Odcinek 18: Zofia Nałkowska, 1914 - 1937 - 1947 rok

Z dzienników Zofii Nałkowskiej

Górki, 10 VII 1914 roku

Stało się. Godziny upływają mi na pasowaniu się z męczarnią dziwaczną jak obłąkanie. Czasami nie pojmuję, jak mogłam wystawić się na to, co przecież przechodzi moje siły. Nie stopień tęsknoty jest ważny, tylko te paroksyzmy trwogi, że jakoś tego nie zniosę, że nie wytrzymam. Najlepiej jest, kiedy zanoszę się od płaczu. — Wiem już, że czas leczy tęsknotę — ale myśl, że przeminie to jedyne, co mię z nim łączy, jest dla mnie straszna jak śmierć. Jeszcze rozstać się i z myślą o nim — — Wczoraj, wbrew projektom, nagle zdecydowałam się pojechać do Warszawy, by widzieć go jeszcze przez dziesięć minut. Ale właściwie uciekłam przed obłędem, przed przerażeniem, że nie zobaczę go już, choć jeszcze mogę. Zapewne dobrze jest, że niczym nie dałam mu poznać tej męki, że byłam w chwili ostatniej serdeczna i żartobliwa. Nie przez dumę, tylko z obawy — — Nie wie o żadnej łzie, o żadnym przerażeniu. Nie wie, że jest mi potrzebny jak oddech. Rozumiem teraz kobiety, które czepiają się nóg, które za cenę jednego widzenia zniosą każde poniżenie. Jest to przerażający próg.
Zofia Nałkowska, Dzienniki 1909–1917, oprac. Hanna Kirchner, Czytelnik 1976, s. 334.


Paryż, 10 lipca 1937 roku
Ucieszona, zupełnie inna, jechałam płonącym od świateł Paryżem na uroczystość otwarcia pawilonu polskiego, mając w torebce kartę z wiadomością od Bogusława, że przyjeżdża. Wieczór — w ładnych, oszklonych hallach pawilonu, pomiędzy wodą, trawą, rożnymi kwiatami, wobec trzaskających nad wieżą Eiffla fajerwerków — trochę, czarodziejski, trochę, prowincjonalny. Zwłaszcza amatorski był śpiew pani Zamoyskiej, opuszczonej żony rzeźbiarza, zaręczonej jakoby z ambasadorem Łukasiewiczem. Drugą produkcją był taniec Ziuty Buczyńskiej — sarmacki, płaski i pusty — jakże głupi w zestawieniu z cudnym tańcem Ruth Sorel, siedzącej zbytecznie w Zakopanem, gdy tutaj oto ,,Europie” pokazuje się taki folklor. Tłum gości przesuwający się, zatrzymujący i gwarzący — cudzoziemski i nieznajomy. Kobiety w sukniach niekiedy pięknych, w kapach z futra i kaftanach z lamy, w haftowanych kolorowo jedwabnych szalach, w złotych i srebrnych sandałach. Moda obecna — nie dość zdecydowana, nie dość jednolita — nie daje harmonijnego obrazu. Ale i tak widowisko było piękne. [...] Od spotkanego tu wreszcie Teslara dowiaduję się naprzód, że Choucas mają tu dobre recenzje — a ja o tym nie wiem, pogrążona w kompleksie niższości. I nie wiem wcale, co gorsza, że przez tegoż Teslara jest tu już na francuski przełożona Granica — i że na to podobno przystałam. Pomimo ową nogę i wszystko inne wypiłam z tym niemądrym Teslarem szampana i zjadłam strzęp faszerowanego szczupaka. 
Zofia Nałkowska, Dzienniki 1930–1939, cz. 2, oprac. Hanna Kirchner, Czytelnik 1988, s. 248–249.

Krynica, 10 lipca 1947 roku
Odjechał K.I. Gałczyński ze swoją żoną Gruzinką, która pamięta Żenię i jej los. Namawiali mię, by jechać z nimi na wieś na jakąś fermę końską.
Rozmowy śmieszne na tarasie Góry Parkowej ze słodkimi granatowymi widokami dolin i lasów. Przekora, ale i trochę porozumienia. Jest to porozumienie tylko intelektualne, prawie bez wspólnych gustów, całe z przeciwstawień. Ale i to ma swoją cenę.
Co do mnie, lubię jego bezecne, przekorne, nonsensowne felietony w ,,Przekroju”. Dowcip, złość, niewiarogodne lekceważenie czytelnika. Jest to też nawrócony dawny ONR, współpracownik ,,Prosto z mostu” sprzed wojny, dziś ,,pożyteczny”. Czyta chętnie świętego Augustyna, a jego skrucha wygląda bardzo wesoło.
Zofia Nałkowska, Dzienniki 19451954, cz. 1, oprac. Hanna Kirchner, Czytelnik 2000, s. 439440.