wtorek, 28 czerwca 2011

Odcinek 10: Anna Iwaszkiewicz, 1923 rok

Z dzienników Anny Iwaszkiewicz

28 czerwca 1923 roku
Podobno ostatniego tygodnia cała Warszawa zajęta była pobytem królewskiej pary rumuńskiej. Po prostu nie mówiło się o niczym innym jak tylko: jaką suknię miała królowa na obiedzie na zamku, jaką w operze, z kim rozmawiał król itd. W końcu już było to wszystko bardzo nudne. Dziwna rzecz ta monarchia. Ma w sobie urok rzeczy zbytkownych a niepotrzebnych. Ładne jest to wszystko. Widzieliśmy tylko przyjazd królestwa z kolei. Ekwipaże i konie cudne, wojsko także świetnie wyglądało. Podobno przyjęcia na zamku i w Łazienkach, gdzie zamieszkiwali, były olśniewająco piękne. Staś B[aliński], który był przydzielony do świty, opowiadał nam dużo szczegółów. Arystokracja nasza podobno zupełnie już potraciła głowy z radości i zachwytu. Marzą tylko o tym, żeby jeszcze polskiego dworu się doczekać. Mam nadzieję, że do tego nie dojdzie. Jest to ładne bezwarunkowo, ale nie mówiąc już o kosztach (niepotrzebnych!), jakie by to pociągnęło za sobą, cały ten ceremoniał, ta etykieta jest już bezwarunkowo zupełnie przeżytą. Każdemu poważnemu człowiekowi spełnianie na serio, na stałe śmiesznych wprost funkcji przy dworze wydałoby się rzeczą niemal poniżającą. Staś bardzo zabawne rzeczy mówił nam o tym. Trzeba koniecznie, żeby te parę dni opisał i żeby nie zapomniał o historii biednego garbusa przymierającego z nędzy, który kaligrafował menu do wielkich obiadów i przyjęć, i troskał się tylko o to, dopytywał się czy praca jego się podoba, czy królestwo zwracali uwagę na piękne złocone litery, które, zasypiając ze zmęczenia, po nocach wykańczał.
Król Rumunii Ferdynand I z prezydentem Stanisławem Wojciechowskim.

Ta historia wzruszyła mnie więcej znacznie niż historia Tuwima o urzędniku i wiem, że to prawda, że ten kontrast pomiędzy nędzarzem pracującym po nocy i piszącym spis wyszukanych potraw dla tych, którzy otoczeni królewskim przepychem zasiądą przy stole, sam kontrast istnieje naprawdę. Nie jestem socjalistką, ale kiedy słyszę takie rzeczy mam chwile rozpaczy, że nic na to poradzić nie można i że gdyby wprowadzono ustój socjalistyczny, to z drugiej strony doszłoby do takiej szarzyzny, do takiej miernoty, że naprawdę wtedy życie nie miałoby już żadnej wartości. Nie chciałabym za nic żyć w tym nierównym świecie. Tyle zawsze myśli się o tym wielkim problemie społecznym i wydaje mi się, że należy on do tych, które nie zostaną rozwiązane nigdy, że nierówność wielka, szczyty i otchłanie, są jednym z praw natury panującym we wszystkich jej dziedzinach.
Opowiadają również złośliwe dość rzeczy o prezydencie, co zresztą wszystko jest możliwe. To dziwne jak ten człowiek nie ma za grosz taktu i nie rozumie, że na stanowisku prezydenta nie może zajmować się takimi rzeczami jak menu, urządzenie szczegółów przyjęć itd. Wtrąca się do wszystkiego, co wprost go ośmiesza. Masę ludzi tym zraził do siebie. Jarosław po prostu go nie znosi, śmieszy mnie to, jak drażni go i irytuje ten brak gestu. Najlepszą historyjką z tej dziedziny jest, jak prezydent jeżdżąc do Gdyni parę dni przed przyjazdem Focha do Warszawy, woził ze sobą beczki na ryby, żeby o tyle taniej wypadło przyjęcie!
Jedziemy już za kilka dni na wieś. Żałuję, że nie zobaczymy się przedtem z Karolem [Szymanowskim], który nic nie pisze kiedy wraca. Podobno koncert jego w Paryżu i Londynie odłożony do jesieni. Ciekawa jestem wobec tego, co on tam robi i czy ma pieniądze. Mogę powiedzieć, że prawie stęskniłam się za nim, zawsze go lubiłam bardzo, a ostatnie dwa tygodnie razem spędzone w Zakopanem jeszcze bardziej nas do siebie zbliżyły.

Anna Iwaszkiewicz, Dzienniki, oprac. Maria Iwaszkiewicz, „Twój Styl”  1993, s. 28-30. 

Za dzisiejszy cytat serdecznie dziękuję Syrence
  

piątek, 24 czerwca 2011

Odcinek 9: Maria Dąbrowska, 1914 rok

Z listu Marii Dąbrowskiej do męża, Mariana

Glina, 24 czerwca 1914 roku

Mój drogi Dziteńku -
Nic dziś nie robię. Przyjechałam i wyspałam się. Najadłam masę jagód i kwaśnego mleka. Łaziłam sobie po polach. Nikogo nie chcę widzieć, tylko Ciebie. Napiszę Ci jak ty mnie w zeszłym roku: "tyle już mam w sobie społecznego. Chcę Ciebie". - Tak mi się szalenie chce do Ciebie w lipcu jechać - może na trzy tygodnie przyjadę - a sierpień już ty sobie dla Józka rezerwuj.
Lipiec jest taki gorący i zabójczy dla pracy umysłowej. Zresztą mam już tyle trucizny w komórkach mózgowych. Czekam jeszcze odpowiedzi na moje poprzednie listy. Zwymyślasz mnie i powiesz, żem wariatka. No cóż, wielkie rzeczy - niechaj. [...]
Ach, żeby ciche i piękne miejsce, domek, mieszkanie czy coś w tym rodzaju - i mieć tyle swobody i niezależności, by nie być do niego przywiązanym. Cóż to są pieniądze! Gdy patrzę na Sobańską, że ona ma mieszkanie śliczne, samochód i wszystkie te akcesoria życia osiadłego - a swoją drogą i więcej robić może, i swobodniej się ruszać niż my.
Tak mi, Mirusiu, do Ciebie tęskno [...]. 
Ogromnie pragnę nocy z Tobą. To, mój Boże, przecież jest od wszystkiego lepsze, dziwniejsze i droższe. Zasnąć z twarzą na Twojej kochanej dłoni.
Twoja Mirka

Ich noce i dnie. Korespondencja Marii i Mariana Dąbrowskich 1909-1925, oprac. Ewa Głębocka, Iskry, 2005, s. 420-421.

wtorek, 21 czerwca 2011

Odcinek 8: Edmund de Goncourt, 1872 rok

Z dziennika Edmunda de Goncourt

21 czerwca 1872 roku
Jestem dziś u Riche'a na obiedzie z Flaubertem, który przejeżdża przez Paryż udając się na odsłonięcie pomnika Ronsarda w Vendome. 
Obiad jemy oczywiście w gabinecie, bo Flaubert nie życzy sobie hałasu ani osób w pobliżu, a ponadto chce być przy stole bez surduta i bucików.
Mówimy o Ronsardzie. I nagle, ledwo przechodzimy do polityki, literatury, kłopotów życiowych, Flaubert zaczyna krzyczeć, a ja jęczeć. 
[...] "Nie pojadę do Vendome - mówi mi Flaubert. - Doprawdy stałem się tak chorobliwie uczulony, tak podatny, że myśl o znalezieniu się w pociągu twarzą w twarz z jakimś nieprzyjemnym typem jest mi wstrętna, nie do zniesienia! Kiedyś byłoby mi to obojętne. Powiedziałbym sobie: 'Postaram się o inny przedział'. A gdybym nie zdołał uwolnić się od mego typa, ulżyłbym sobie wymyślając mu. Teraz jest inaczej. Sama świadomość przyprawia mnie o bicie serca... [...]".
[...] "Wolę, żeby mnie okradli, niż zirytowali! I tak jest ze wszystkim, z wydawcami... Cokolwiek mam zrobić, moje lenistwo jest nieopisane. Siły pozostały mi tylko do pracy". [...]
Potem odprowadza mnie na kolej i oparty o barierkę, przy której stoi się po bilety, mówi o głębokiej nudzie, zniechęceniu do wszystkiego, pragnieniu śmierci - śmierci bez metempsychozy, nowego życia, zmartwychwstania - aby na zawsze uwolnić się od własnego ja.
Gdym go słuchał, zdawało mi się, że słyszę moje codzienne myśli. Och, do pięknego rozstroju fizycznego przywodzi życie umysłowe nawet najmocniejszych, najtęższych! Nie ma co mówić, wszyscy jesteśmy chorzy, na wpół obłąkani, i gotowi całkiem oszaleć!

Edmund i Juliusz de Goncourt, Dziennik, tłum. Joanna Guze, Państwowy Instytut Wydawniczy 1988, s. 379-380.

piątek, 17 czerwca 2011

Odcinek 7: Stefan Żeromski, 1883 rok

Z dzienników Stefana Żeromskiego

Kielce, 17 czerwca 1883 roku



















Byłem świadkiem niezwykłych ceremonij: ingresu biskupa Tomasza Teofila Kulińskiego i erekcji katedry kieleckiej. Dotychczas kościół nasz był tylko kolegiatą - obecnie zamieniony został na katedrę. Wczoraj przyjechał na tę uroczystość biskup ks. Kaźmierz Wnorowski, świeżo nominowany na biskupstwo lubelskie.
O godzinie 9 1/2 w towarzystwie gubernatora i naszego biskupa przybył on do ślicznie na ten cel przystrojonego kościółka Św. Trójcy. Przywitano serdecznie tego znanego patriotę i zasłużonego kapłana. On też dziękował serdecznie w pełnych rzewności wyrazach. Biskup Wnorowski w roku 1850 wysłany był do Wielikawo Ustjuga i przebywał tam do roku 1856. W Kielcach cieszył się zawsze szczerą życzliwością, na jaką sobie sprawiedliwie zasłużył. Dziś o 10 odprawił on nabożeństwo w obecności ks. biskupa Kulińskiego i następnie obaj biskupi z kościoła Św. Trójcy udali się do kościoła katedralnego w uroczystej procesji.
Uroczysty to był widok, coś majestatycznego, coś średniowiecznego mający w sobie. Na mnie widok biskupa w infule sprawia zawsze potężne wrażenie. Czuję się małym i nic nie znaczącym wobec tych sług ołtarza.
W kościele katedralnym przeczytano bullę papieską, najpierw po łacinie, a następnie po polsku. Złożono życzenia nominatowi, na które on odpowiedział serdecznym podziękowaniem. Czytano potem list pasterski biskupa do wiernych diecezji, a potem odbyło się nabożeństwo i uroczysta do pałacu procesja.
Szukałem na nabożeństwie H. - Nie było jej... [...] 

Stefan Żeromski, Dzienniki. Wybór, oprac. Jerzy Kądziela, Zakład Narodowy im. Ossolińskich 1980.

Za dzisiejszy cytat serdecznie dziękuję Syrence

wtorek, 14 czerwca 2011

Odcinek 6: Adrian Mole, 1988 rok

Z dziennika Adriana Mole'a 

Leicester, 14 czerwca 1988 roku
Dzisiaj nie mogłem się skoncentrować w pracy. Główna bibliotekarka, pani Froggatt (gruba pięćdziesięciolatka o cerze i rysach borsuka chorego na żółtaczkę) powiedziała w porze obiadowej: "Mole, przeniósł pan wszystkie książki Jane Austen z działu klasyki angielskiej do działu romansów. Czy może pan to wytłumaczyć?" Warknąłem: "Moim zdaniem to prawidłowa klasyfikacja. Powieści Jane Austen to nic innego jak brukowe romanse czytane przez snobistycznych bezmyślnych kretynów". Skąd mogłem wiedzieć, że "Jane Austen, jej geniusz i znaczenie w Anglii lat pięćdziesiątych" to temat pracy dyplomowej pani Froggatt z literatury angielskiej napisanej wiele lat przed moim urodzeniem? Jak już wcześniej wspomniałem w moim dzienniku, nigdy nie rozmawiamy w bibliotece o książkach ani o pisarzach.
Po południu wezwano mnie do gabinetu pani Froggatt. Poinformowała mnie, że biblioteka redukuje personel w związku z restrykcjami finansowymi ze strony rządu. Zapytałem, ile osób będzie musiało odejść. "Tylko jedna", odpowiedziała wielbicielka Jane Austen, "a ponieważ przyszedł pan tu jako ostatni, więc musi pan odejść jako pierwszy". Bezdomny i bezrobotny!

Sue Townsend, Szczere wyznania Adriana Alberta Mole'a, Margaret Hildy Roberts i Susan Lilian Townsend, tłum. Hanna Pawlikowska, Książka i Wiedza 1993, s. 97-98.

piątek, 10 czerwca 2011

Odcinek 5: Maria Skłodowska-Curie, 1906 rok

Z dziennika Marii Skłodowskiej-Curie

Paryż, 10 czerwca 1906 roku
Płaczę znacznie mniej i mój smutek nie jest już tak silny, ale przecież nie zapominam. Wszystko wokół mnie jest ponure. Codzienne troski nie pozwalają mi nawet pomyśleć w spokoju o moim Piotrze. A przecież usiłowałam otoczyć się wielką ciszą, sprawić, by świat o mnie zapomniał. Mimo to ledwie daję sobie radę z własnymi myślami. Martwię się stale o dom, dzieci i laboratorium.
Ale nawet na chwilę nie zapominam, że utraciłam Piotra, tyle tylko, że trudno mi myśleć o Nim ze skupieniem i niecierpliwie wyglądam chwili, kiedy będę w stanie to uczynić.
Widziałam, jak przenoszono skrzynię z Jego ciałem do prowizorycznego grobowca. Był tak blisko mnie i tak bardzo chciałam Go zobaczyć. Jakże mi żal, że ta skrzynia, w której zamknięte jest to, co miałam najdroższego na świecie, znów zostanie zamurowana pod ziemią. Odczuwam potrzebę chodzenia na cmentarz. Jestem tam bliżej Piotra i mogę bez przeszkód żyć myślami o Nim. Znoszę jakoś życie, ale wydaje mi się, że już nigdy nie będę potrafiła się nim cieszyć, choć tak wiele mi pozostało. Nie jestem bowiem osobą pogodną i wesołą z natury, czerpałam dotąd odwagę ze spokoju ducha, jaki cechował Piotra, ale to źródło wyschło.
Byłeś ucieleśnieniem uroku i szlachetności, a także najwspanialszych talentów. Zanim Cię poznałam, nie spotkałam nikogo podobnego do Ciebie i nigdy potem nie widziałam osoby równie doskonałej. Gdybym Cię była nie poznała, nigdy bym nie przypuszczała, że w ogóle można być takim człowiekiem.
„Odkąd przestałeś istnieć”. Wspomnienia Marii Skłodowskiej-Curie, „Wysokie Obcasy”, 5 XI 2001.

poniedziałek, 6 czerwca 2011

Odcinek 4: Anonim, 1982 rok


Z zapisków warszawiaka

Warszawa, 6 czerwca 1982 roku
Rozgościły się tu niespodziewanie uroki natury, wobec których nawet doznania wojenne zdają się blednąć. W trzydziestoparostopniowym skwarze, obok dziewcząt w jasnych, zwiewnych szatkach, ciężko podkuci obrońcy pokoju stają się świetnym materiałem dla satyryka. Umundurowana praworządność ocieka potem, gdy świat roi się wiosennie mimo niej i od niej niezależnie.

W stanie, Ośrodek Karta 1991, s. 168.

piątek, 3 czerwca 2011

Odcinek 3: Marian Brandys, 1978 rok

Z dziennika Mariana Brandysa

Obory, 3 czerwca 1978 roku
N. zawiózł mnie do Klarysewa, żeby pokazać rezydencję Gierka. To cała osada ukryta w gęstym sosnowym lesie. Ogromna willa z szaroróżowego marmuru. Na dachu basen i różne inne szykany. Dokoła luksusowe wille goryli i obstawy wojskowej. Najwyższy standard luksusu dla przywódcy bogacącego się narodu komunistycznego. N. opowiada o olbrzymich fortunach, jakie powstają w PRL nieomalże z dnia na dzień, przeważnie jednak ze źródeł nielegalnych. Ci bogacze peerelowscy uważają się za bohaterów współczesności. Do partii najczęściej nie należą, są tak zwanymi patriotami, ustroju nienawidzą, ale nigdy przeciwko niemu nie występują i występować nie pozwalają, bo wiedzą, że razem z nim oni pierwsi by upadli.
N. opowiada ciekawe rzeczy o uprzywilejowanej klasie wysokich funkcjonariuszy partyjnych i państwowych oraz rencistów, którzy takimi funkcjonariuszami byli. Teraz "odstawionych" się nie zniechęca. Każdy pobiera ogromne emerytury i korzysta ze wszystkich przywilejów. Na przykład w dziedzinie dostaw żywności wygląda to tak: każdy z uprzywilejowanych ma swój numer, na który się powołuje przy zamówieniach telefonicznych. Dzwoni i mówi: Tu numer X, proszę przysłać mi na obiad to i to. I w półtorej godziny wszystko jest przywiezione.

Marian Brandys, Dziennik 1978, Iskry 1997, s. 78.