wtorek, 31 maja 2011

Odcinek 2: Anne Frank, 1944 rok

Z dziennika Anne Frank

Amsterdam, 31 maja 1944 roku

Kochana Kitty!
W sobotę, niedzielę, poniedziałek i wtorek było tak gorąco, że nie mogłam utrzymać pióra w ręce, dlatego też niemożliwe było do Ciebie napisać. W piątek kanalizacja była zepsuta, w sobotę została naprawiona. [...] Takie piękne i gorące, można spokojnie powiedzieć, upalne Zielone Świątki bywają rzadko. Upał tu, w Oficynie [miejsce ukrywania się kilku rodzin żydowskich, w tym państwa Frank BZL], jest straszny, żeby Ci to przybliżyć, opiszę w skrócie gorące dni:
Sobota:
Wspaniale, co za pogoda mówiliśmy rano. Żeby tylko było trochę chłodniej mówiliśmy po południu, kiedy trzeba było zamknąć okna.
Niedziela:
To jest nie do wytrzymania, ten upał, masło się topi, w domu nie ma ani jednego chłodnego miejsca, chleb wysycha, mleko się psuje, nie można otworzyć żadnego okna. My biedni wygnani siedzimy tu i dusimy się, podczas gdy inni ludzie mają zielonoświątkowe wakacje. (To pani).
Poniedziałek:
Stopy mnie bolą, nie mam cienkich rzeczy, nie mogę zmywać w tym gorącu! Narzekanie od rana do wieczora. To było ogromnie nieprzyjemne.
Stale jeszcze nie mogę znieść gorąca i cieszę się, że dziś porządnie wieje, a mimo to świeci słońce.
Twoja Anne M. Frank

Anne Frank, Dziennik (Oficyna), tłum. Alicja Dehue-Oczko, SAWW 1993, s. 236237.



niedziela, 29 maja 2011

Płaszcz zabójcy



The Assassin’s Cloak. An Anthology of the World’s Greatest Diarist, oprac. Irene i Alan Taylor, Canongate Books 2000.

Jeśli wydaje się wam, że znacie ten tytuł, to macie rację. Nie tak dawno Padma  obszernie przedstawiła antologię złożoną z fragmentów dzienników i pamiętników z różnych epok. Zrobiła to tak smakowicie, że nie oparłem się pokusie i nabyłem egzemplarz za oszałamiającą sumę 0,99 funta (niech żyją charity shops!). Odkąd tydzień temu opasłe tomisko dotarło do mnie, czytam co wieczór zapiski z danego dnia (wybiegając naprzód, bo któż oparłby się pokusie?), a niekiedy otwieram na chybił trafił i podczytuję przypadkowo wybraną zapiskę.
Tytuł książki pochodzi z dziennika szkockiego poety Williama Soutara, który napisał: „Dziennik to płaszcz zabójcy, który nakładamy, kiedy chcemy dźgnąć towarzysza w plecy naszym piórem”. Ulubiona zaś ostatnio na blogach autorka, Muriel Spark, nazwała antologię „kufrem pełnym rozrywki i wiedzy” (swobodne tłumaczenie własne).
W dyskusji o książce na blogu Padmy padły dwie sugestie: że warto byłoby przełożyć rzecz na polski („Points des reveries, Messieurs”) i przygotować podobny zbiór z fragmentami dzienników polskich autorów. Ponieważ Padma uprzejmie pozwoliła mi skorzystać ze swoich pomysłów, chciałbym zaproponować rozwiązanie mieszane: otóż przez cały czerwiec, co kilka dni, pojawiać się będzie tu fragment dziennika, pamiętnika lub listu. Nie odmówię sobie sięgnięcia po klasyków gatunku, ale autorami będą głównie Polacy – w końcu mamy nie lada osiągnięcia, z samych tylko fragmentów dzienników Zofii Nałkowskiej można zestawić całoroczną antologię.
Zapraszam do czytania, komentowania i podrzucania waszych ulubionych zapisków z dzienników. Może serial przekształci się w prawdziwy tasiemiec? W odcinku pilotowym, a jakże!, Zofia Nałkowska.

*** 

Z dziennika Zofii Nałkowskiej

Warszawa, 29 maja 1942 roku
Wybuchł wreszcie ten maj zapachem, upałem, piskiem ptaków, wszystkimi kwiatami. Brak tylko motyli i ćmy nie tłuką się wieczorami u elektrycznych lamp. Nie wiem, że żyję, porwana w ten przyśpieszony kołowrót pracy, w ciasny, wstydliwy splot zagadnień moralności i zagadnień istnienia. Noce bez snu po zmęczeniu dnia, strachy sumienia, politowanie nad własnym nierozumem. We dnie tłumy ludzi przed sklepem [Nałkowska podczas okupacji wraz z siostrą prowadziła sklep tytoniowy – BZL], długie ogony, krzyk, lament i perswazje, by otrzymać więcej niż wyznaczona dawka dziesięciu papierosów. Widzenie z zewnątrz siebie i innych w tej relacji, powolne schodzenie w ten lej, którego nie można uniknąć, którego unikanie byłoby nie bohaterstwem, tylko nonsensem. Nawet matka jest głodna. Żywność od Zosi, za którą rewanżuję się cenną teraz bielizną i papierosami, już się skończyła, zarówno jak dwie żywnościowe przesyłki zupełnie nieznajomej pani, której tak jestem wdzięczna. Nie ma cukru, nie ma masła. Kasza, mąka, mleko – to wszystko jest w cenach potwornych albo wcale [...].

Zofia Nałkowska, Dzienniki 1939–1944, oprac. Hanna Kirchner, Czytelnik 1996, s. 298–299.