Odcinek 21: Wojciech Kossak, 1903 rok

List Wojciecha Kossaka do żony

Kraków, poniedziałek, 13 lipca 1903 roku

Moja Manio droga.
Przebyliśmy ciężkie dwa dni. Wystaw sobie, że powódź była taka, jakiej jeszcze nigdy za mojej pamięci nie było, dość Ci powiedzieć, że Resursa była portem, do którego zajeżdżały łodzie ciężkie pionierskie. U nas wprawdzie w wozowni woda dochodziła do siedzenia w karetce i w koczyku. W pracowni sztalugi wyglądały z wypchanym koniem z wody, a ja z Lijonem [lokaj Leon] mieliśmy po pępki z przeproszeniem wody. Pomimo to maksimum doszło do progów werandy i kuchni i ani za cal nie poszło dalej. Rzeczywiście nie chciałem oczom wierzyć. O pierwszej godzinie w niedzielę było maksimum u progu naszego kochanego domostwa, na szóstą telegraficzne wiadomości oznajmiały prawdopodobne zatrzymanie się przyboru wody.
Z rozpaczą więc wynosiliśmy wszystko na górę w najgłębszym przekonaniu, że nim trzecia wybije, będzie salon i inne pokoje w wodzie. No i co powiesz - jak stanęła woda u progu, muskając rogóżkę w werandzie, tak i na tym się skończyło [...].
W tej chwili już wszystko minęło, powozy już u lakiernika, gdzie się z mułu oczyszczą. Konie na czas wyprowadziłem do miasta. Wino wszystko na strychu, może ze sto flaszek nie zdążyliśmy zabrać, bo wodospad lunął taki z okienek, że ledwieśmy uciekli sami. Nic im prawdopodobnie jednak nie będzie. Dziś jeszcze pewnie do piwnicy się nie dostanę, ale woda tak szybko opada, że jutro już będę wiedział wszystko.
Wyszliśmy więc dzięki łasce Boskiej dziwnie szczęśliwie w porównaniu z tym, co inni w mieście doznali. [...] Jakim cudem - ciągle się dziwuję. Za to kraj cały zniszczony, rozpacz i zgroza. [...]
Zaraz jak tylko [woda] opadnie, biorę się do pracowni i do piwnicy, mówiłem już ze Stryjeńskim. Jak wrócisz we wrześniu, to śladu nie znajdziesz.
Zdrów jestem przy tym wszystkim jak ryba, więc bądź zupełnie spokojna. Możesz sobie wystawić, jak błogosławię Twój wyjazd a moje pozostanie. Ściskam Was, moje najdroższe niewiasty - Wasz Tato. [...]
Kossakówka

Wojciech Kossak, Listy do żony i przyjaciół (1883-1942), t. 1, oprac. Kazimierz Olszański, Wydawnictwo Literackie 1985, s. 680-682.

Komentarze

  1. no tak... najważniejsze że "auto" już u lakiernika ;) świetne ! już się nie moge doczekać przesyłki :)

    OdpowiedzUsuń
  2. Furda powóz, grunt, że wina uratowane:D

    OdpowiedzUsuń
  3. Ale nie wszystkie. Dawajcie szybko następny list, bom ciekaw okrutnie, czy jak korki popleśniały, to zdecydowali się na rozwiązanie globalne i Kossakówka śpiewała :D

    OdpowiedzUsuń
  4. @Bazyl: przyjdzie Ci czekać krócej, niż myślisz:)

    OdpowiedzUsuń
  5. no i widzisz - nie czytam ze zrozumieniem :)) sie jednak bidakom ze 100 flaszek zamoczyło w piwnicy "może ze sto" - no jasne... bagatela :)))

    ...czyli "Tarkowski głupstwo, sałatki szkoda" :))

    OdpowiedzUsuń
  6. @Sempeanka: "Staś na sukni zrobił plamę,
    Oblał bowiem ponczem mamę;
    A widząc ją w srogim gniewie,
    Jak przepraszać sam już nie wie.
    »Plama głupstwo - mama doda -
    Ale ponczu, ponczu szkoda!«"

    OdpowiedzUsuń
  7. :)) też dobre a nie znałam, wygooglałąm, że Boy-Żeleński. A naczytałam się ostatnio o jego dziejowej odwadze i bezkompromisowości właśnie u Samozwaniec :) po wierszyku o polskich matronach przeszło mi przez myśl że to mógłby być on ;)

    OdpowiedzUsuń
  8. Pięknie, wszyscy cieszą się z uratowania wina, a nikt nie zadumał się filozoficznie nad biednymi sztalugami, które wyglądały z wypchanym koniem z wody. :) Na pewno było na nich rozpięte jakieś arcydzieło, które bezpowrotnie nawilgło.

    OdpowiedzUsuń
  9. I tam, Kossak je sobie odtworzył w jedno popołudnie:P

    OdpowiedzUsuń
  10. W Listach... reprodukcji masa, to może taśmówka odchodziła w malarskiej pracowni. Lijon tylko wciąż wynosił gotowe obrazy i składał na stosik. :)
    Tylko wypchanego konia żal.

    OdpowiedzUsuń
  11. Lirael: przy tym koniu się lekko wzdrygnęłam prawdę mówiąc - koszmarna wizja. Nie przyszło mi do głowy że Wielki Malarz Koni mógł korzystać na co dzień z takich... modeli ? ;)

    OdpowiedzUsuń
  12. ~ Sempeanka
    Myślę, że ten model był używany awaryjnie, w stajni były przecież konie prawdziwe. Chociaż z drugiej strony te prawdziwe na cierpliwe pozowanie są chyba zbyt dynamiczne. :)

    OdpowiedzUsuń
  13. Konie prawdziwe w mieście, u Michałowskich, nic więc dziwnego, że na wypchanego czasu nie starczyło. Noż, proszę Państwa, liczą się priorytety. Żywina przed wypchańcem :D

    OdpowiedzUsuń
  14. Ponieważ w pracowni Kossaka stał potem jakiś wypchany koń, to może udało się go wysuszyć, grzywę i ogon rozczesać, do porządku doprowadzić:) Nawet w tamtych czasach zdobycie drugiego wypchanego konia nie mogło być proste i tanie:)

    OdpowiedzUsuń
  15. Trzeba by prześledzić obrazy Kossaka z tamtego okresu, czy przypadkiem konie nie są szpotawe wskutek reumatyzmu podtopionego modela. :)

    OdpowiedzUsuń
  16. Gdyby Kossak był Malczewskim, to pewnie wykorzystywałby twórczo w swoich dziełach plamy pleśni na końskiej sierści:P

    OdpowiedzUsuń
  17. Muśnięty pleśnią rumak wyzierałby złowieszczo z "Zatrutej studni". :)

    OdpowiedzUsuń
  18. Przynajmniej byłoby wiadomo, czemu ta studnia jest zatruta:P

    OdpowiedzUsuń
  19. boszzzzzz... nie przy jedzeniu proszę :)))

    OdpowiedzUsuń
  20. @Sempeanka: sama jesteś sobie winna, kto je cokolwiek o 11?:P

    OdpowiedzUsuń
  21. ~ Sempeanka
    Bardzo przepraszam za zakłócenie procesów trawiennych, ale przyznaj obiektywnie, że ta wizja jest porywająca, a w dodatku głęboko symboliczna. :)

    OdpowiedzUsuń
  22. symboliczna - tak :)
    porywająca - niekoniecznie, no chyba że przyjąć znaczenie słowa "porywająca" w kontekście zapisków imć Pepysa :))

    OdpowiedzUsuń
  23. ~ Sempeanka
    W kontekście zapisków Pepysa to raczej wizja przeczyszczająca. :)

    OdpowiedzUsuń
  24. Hahahaha... Listy jak listy, ale Wasze dyskusje i rozważania! Boskie :)

    OdpowiedzUsuń
  25. O pardą:)Byle list takich dyskusji nie wywołuje:D

    OdpowiedzUsuń

Prześlij komentarz